dkf

„ANIOŁ” 07.12.2015 godz. 19.00
„RANDKI W CIEMNO” 14.12.2015 godz. 19.00
„1001 GRAMÓW” 21.12.2015 godz. 19.00
„NIERACJONALNY MĘŻCZYZNA” 28.12.2015 godz. 19.00

„ANIOŁ”

24 11 2015 aniol

Reżyseria Amin Dora

„Anioł” to jeden z tych filmów, które natychmiast wzbudzają sympatię publiczności. O tym, że trudno się w tej historii nie zakochać, zaświadczają liczne nagrody publiczności, z którymi twórcy tego znakomitego filmu wrócili do ojczystego Libanu. Widzowie wyróżnili film na festiwalu w Pusan, Mannheim-Heidelberg (i to w dwóch kategoriach!), a także w Warszawie, gdzie „Anioł” był pokazywany podczas 21. edycji festiwalu Wiosna Filmów. (…)
„Anioł” to niezwykle ciepła i chwytająca za serce historia rodzicielskiej miłości, która jest w stanie zwalczyć nietolerancję, gniew i nikczemność. Utrzymany w komediowym tonie film zyskał już sympatyków na całym świecie, zarówno wśród widzów, jak i krytyków. Ci pierwsi docenili w nim przede wszystkim zerwanie z tematami, do jakich przyzwyczaiło nas kino libańskie. W „Aniele” nie odbijają się echa wojny domowej, nie ma też palących kwestii napięć pomiędzy muzułmanami i chrześcijanami. Reżyser ze swoimi bohaterami pokazują, że to nie wojny ani różnice kulturowe są dla nas najgroźniejsze, tylko niewłaściwe nastawienie do ludzi, którzy nas otaczają.
Jeszcze jeden film libański? Owszem, co jakiś czas możemy oglądać film oficjalnie przedstawiany jako libański, ale raczej niewiele wiemy o tej kinematografii (zob. KINO 8/2015). Czy w ogóle istnieje jako struktura produkcyjna? Na przykład film zatytułowany symbolicznie „Dokąd teraz?” odnosił się do wydarzeń wojennych wciąż wstrząsających krajem, który graniczy z Syrią i Izraelem. Zrobiony przez kobietę, Nadine Labaki, prezentował w komediowym tonie „kobiece nastawienie” i naprawdę niewiele można się było z niego dowiedzieć o istocie dramatycznych konfliktów czy o ich rzeczywistej historii.
O współczesności Libanu w ogóle nie ma mowy w filmie „Anioł”. To po prostu pełna ciepła baśń, która powiada, że ludzie pragną być dobrzy i szczęśliwi. Rozgrywa się w małym miasteczku, dokąd nie docierają żadne zewnętrzne konflikty i gdzie życie toczy się leniwie pośród małych, codziennych spraw mieszkańców, którzy skazani w ciasnych uliczkach na sąsiedzką bliskość, wiedzą o sobie wszystko. Pełni sympatii zachęcają Lebę, nauczyciela muzyki ze szkoły i ojca dwóch córek, aby postarał się jak najszybciej o syna.
W odpowiednim czasie rodzi się więc radośnie witany mały Ghadi. Ale jest dzieckiem kalekim, ma zespół Downa. Jako kilkulatek staje się utrapieniem dla sąsiadów, bo wysiaduje w oknie nad ulicą i głośno zawodzi. Jednak rodzice nie chcą oddać go do zakładu. I Leba wprowadza w życie skomplikowany sposób zatrzymania przy sobie dziecka: ogłasza, że mały jest aniołem opłakującym głośno grzechy ludzi, których ogląda ze swego okna. Najwidoczniej miasteczko zamieszkują maronici, libańscy chrześcijanie, więc ta interpretacja do nich przemawia. I nie dziwią się wezwaniu do zmiany postępowania, do rozpoczęcia uczciwego, moralnego życia. Tak zaczyna się baśń.
Stylistyka tego filmu wydaje się konwencjonalna, jednak nie jest oczywista. Obraz przemawia realizmem szczegółów: to rzeczywiście kronika codziennego życia, dla nas dość egzotyczna, wypełniona zapisem prostych czynności i portretami zwyczajnych ludzi. Jest to raczej powierzchowne, ale Amin Dora, reżyser niewątpliwie sprawny i świadomy używanych środków, idzie dalej. Nawiązuje otwarcie do klasyka sprzed lat, „Cudu w Mediolanie”, w którym twórcy włoskiego neorealizmu, Vittorio De Sica i Cesare Zavattini, opowiedzieli w 1951 roku baśń o dobrym Toto wśród nędzarzy, ukazanych z szokującą wówczas dosłownością szczegółów. Stary film, ale wcale nie anachroniczny, chociaż brutalność czarno-białego obrazu osłabia w nim cudowność, aż po słynny odlot na miotłach z placu przed mediolańską katedrą. Nędzarze uciekają od nieprzyjaznej rzeczywistości.(…)
A ludzie chcą wierzyć. Potrzebują inspiracji, aby dokonać zmiany. Potrzebują cudu. Kiedy pojawia się cyniczny Gerard, aby zdemaskować grę, spotyka go wrogie przyjęcie, a jego upadek zostaje uznany z satysfakcją za oczywistą karę. Miasteczko staje się inne i problem prawdziwości czy też nieprawdziwości tego, co dzieje się w oknie Ghadiego, przestaje się liczyć. Wcale niegłupia konkluzja.
Być może tego rodzaju baśniowość jest po prostu zbyt sentymentalna i naiwna w naszych czasach. A jednak trudno nie uśmiechnąć się w finale filmu, który niesie intensywny emocjonalnie obraz triumfu dobra, jakby wezwanie „kochajmy się!” mogło jednak zabrzmieć dziś mocniej niż kiedykolwiek.
Andrzej Kołodyński, Anioł, „Kino” 2015, nr 08, s. 75

„RANDKI W CIEMNO”

24 11 2015 randki

Reżyseria Levan Koguashvili

„Randki w ciemno” to wspaniała, iskrząca humorem komedia romantyczna o poszukiwaniach miłości we współczesnym świecie. To niezwykle zabawny portret damsko-męskich relacji i przewodnik dla kawalera po meandrach kobiecej duszy. Film Levana Kougashviliego to dowód na to, że gruzińskie kino urasta do miana jednej z najciekawszych obecnie kinematografii.
Na „Randki w ciemno” do stolicy Gruzji, Tbilisi, zabiera nas reżyser Lewan Koguaszwili. Wyprawa do tego atrakcyjnego turystycznie zakątka świata może być zaskoczeniem dla znających miasto wyłącznie z folderów biur podróży. Zaniedbane osiedla-blokowiska, betonowe plaże i zapyziałe mieszkania ze starymi, niemodnymi meblami tworzą dość jednowymiarowe tło dla skromnej opowieści o samotności i poszukiwaniu miłości.
Czterdziestoletni nauczyciel, Sandro, wciąż mieszka z rodzicami, którzy bezustannie utyskują na jego samotniczy styl życia. Sposobem na poznanie „drugiej połówki” mają być tytułowe randki aranżowane przez jego przyjaciela, Ivę, również starego kawalera, trenera szkolnej żeńskiej drużyny piłki nożnej. (…)
Ta dziwna historia, pełna nijakich zdarzeń, błahych z pozoru rozmów i niedopowiedzeń jest próbą przedstawienia pokolenia Gruzinów wchodzących w wiek średni. Dzieciństwo i wczesna młodość spędzone w Związku Radzieckim wciąż ograniczają ich wiarę w siebie i własne możliwości. W swoim debiutanckim filmie, „Dniach ulicy”, Koguaszwili stawiał bardziej jednoznaczną diagnozę – bohaterowie życiową energię tracili na narkotyki i alkohol. W „Randkach w ciemno” nie są przegranymi straceńcami, lecz sympatycznymi, nieśmiałymi nieudacznikami.
Łysiejący, zgarbiony, małomówny Sandro. Skrywający kompleksy pod maską wyluzowanego playboya Iva. Skromna, smutna, wycofana Manana. Jej mąż, Tengo, życiowo nieporadny kryminalista, zaplątany w przerastające go sprawy. Postacie z filmu Koguaszwilego nakreślone oszczędnie, na pozór niezbyt interesujące, powoli odkrywają przed widzem swoje wewnętrzne rozterki i problemy. Z niewyszukanych epizodów i banalnych sytuacji, niczym w filmach dokumentalnych, budowany jest ich świat. W szarej rzeczywistości znajdzie się miejsce na miłość, przyjaźń i dobroć.
Reżyser portretuje bohaterów z przyjaznym dystansem, ich chaotyczne i czasem nieoczywiste zachowania nie budzą politowania i irytacji – raczej serdeczny uśmiech. Odnoszę nieodparte wrażenie, że gruziński twórca inspirował się niezależnym kinem amerykańskim, zwłaszcza wczesnymi filmami Jima Jarmuscha. Tak jak guru kina niezależnego, Koguaszwili nie sili się na efektowność, nie zwiększa tempa akcji, nie dociska pedału z napisem „emocje”. Z rozmysłem nie ogrywa sytuacji tragikomicznych (np. pysznej sceny z pojawiającą się na randce w ciemno… niewidomą), stawiając na niedookreślenia i ulotny urok chwil, gdy zarówno bohaterowie, jak i widzowie są zaskoczeni nieprecyzyjnymi i nieuchwytnymi sytuacjami, które przynosi codzienność.
Jaga Kolawa, Randki w ciemno, „Kino” 2015, nr 05, s. 76

„1001 GRAMÓW”

24 11 2015 1001

Reżyseria Bent Hamer

Marie jest szanowanym naukowcem, pracuje razem z ojcem w organizacji rządowej, której celem jest utrzymanie naprawdę cennego przedmiotu: norweskiego prototypu kilograma. Całe dnie spędza na kalibracji pomiarów w nowoczesnych ścianach instytutu. Tym samym rygorem co w pracy otacza się w życiu osobistym: jeździ śmiesznie małym samochodem elektrycznym, mieszka w sterylnym apartamencie, a w stosunkach międzyludzkich jest precyzyjnie powściągliwa; rzadko można zobaczyć na jej twarzy jakieś emocje. Gdy jej ojciec umiera, starannie wykalkulowane życie Marie rozpada się i musi wyjść ze swojej strefy komfortu. Wybrano ją, by udała się do Paryża na Międzynarodową Konferencję Miar i Wag, aby zważyć kilogram i upewnić się, że nie zyskał lub stracił wartościowych mikrogramów. Po drodze Marie traktuje kilogram niczym noworodka, ściska go, tylko przy nim czuje się bezpiecznie w nowym miejscu. Niespodziewanie podróż Marie okazuję się drogą do odkrycia prawdziwej siebie, zmienia ją, ukazuje perspektywę możliwości dotąd świadomie spychanych na margines codzienności. Przyczynia się do tego przypadkowo spotkany uprzejmy mężczyzna…
Miło mi, że mogę przedstawić film subtelny, wyciszony, operujący półtonami. Taki, jakiego raczej nie udaje się nam obejrzeć w kinach. Okazuje się jednak, że filmy tego rodzaju powstają, choć nieliczne i na marginesie, poza głównym nurtem wielkich kinematografii. Na multipleksy chyba nie mogą liczyć. „1001 gramów” jest filmem norweskim z niewielkim udziałem Niemiec. Był wydarzeniem, ale na lokalną skalę, nominowany do norweskiej nagrody Amanda, która nie zajmuje wysokiego miejsca na światowej mapie wydarzeń filmowych.
Reżyser, jednocześnie scenarzysta, jest nam jednak znany. To Bent Hamer, który po swojemu ekranizował cokolwiek dziwaczną prozę Charlesa Bukowskiego „Factotum” o nonszalanckim lumpie i kobieciarzu, nie próbującym się nikomu podobać, a wcześniej ukazał satyrycznie Szwedów usiłujących obserwować Norwegów. Obserwować ich w kuchni. Bliskie absurdu, spokojne w tonie i jednak czarne komedie niespecjalnie się u nas podobały.
Zdaje się, że przynajmniej „Historie kuchenne” doczekały się wydania na płytach. Nowy film jest chyba łatwiejszy do przyjęcia, bo to jednak historia miłosna. Ale opowiedziana świadomie w zwolnionym tempie, z bardzo oszczędnym dialogiem, pełna niedopowiedzeń. Za to z łagodnymi akcentami humorystycznymi, takimi jak na przykład obraz przesuwających się w karnym pochodzie naukowców dzierżących jednakowe niebieskie parasole. Nie chcę powiedzieć, że reakcją widza będzie wybuch śmiechu, jednak lekkiego uśmiechu nie da się powstrzymać.
Bohaterką filmu jest kobieta samotna, Marie, naukowiec. Pracownica instytutu miar i wagi, wolny czas spędza w odosobnieniu w swoim sterylnym, chłodnym mieszkaniu. Pojawia się wprawdzie czasem mężczyzna, ale oglądany z daleka. Jego twarzy nigdy nie widzimy, pada tylko imię: Yngve. Należy rozumieć, że to były partner Marie, który wynosi swoje rzeczy. Żadnych dodatkowych szczegółów. (…)
No i tyle, jeśli chodzi o sytuację wyjściową. Sprawy się później nieco komplikują, model ulegnie wypadkowi, ale to bynajmniej nie zmienia stylu narracji. W dalszym ciągu jest spokojnie pedantyczna, dosłowna, oparta na ujęciach wytrzymanych aż do ostatecznego wybrzmienia.
Marie gra Ane Dahl Torp, smukła niebieskooka blondynka, ideał norweskiej urody. Małomówna, w zachowaniu chłodna i utrzymująca dystans, rozkwita dopiero w uśmiechu. Co w Paryżu (bo gdzież by indziej!) zauważa francuski naukowiec zwany Pi. Niepozorny, rudawy, niższy od Marie, za to otwarty i wesoły. A jego pasję stanowi – uwaga! – badanie natężenia i brzmienia śpiewu szczygła w lesie odległym od Paryża o 15 km i w samym mieście.
Okazuje się, że w lesie szczebiot ptaka ma charakter liryczny, ale w miarę zbliżania się do miejskich murów nabiera krzykliwości. Ulega zmianie – a zmiana to filozoficzny sens egzystencji, nie tylko ptasiej, także ludzkiej. Zmiana dokonująca się w czasie. Pi przypomina słowa Aragona: „Zanim nauczymy się, jak żyć, jest już za późno”. I Marie korzysta z tej przestrogi. Tytuł filmu „1001 gramów” jest oczywiście metaforyczny: ten jeden gram ponad urzędową miarę jest wagą jej doświadczeń, skalą, która zaczyna się samotnością i smutkiem, ale kończy miłością.
Dziwny film, pozbawiony efektów, opowiedziany z klarowną prostotą, z piękną, jakby żartobliwą muzyką, której kompozytorem jest John Erik Kaada, skądinąd przedstawiciel awangardy, ale potrafiący posługiwać się motywami jak najbardziej popularnymi. A napisy wstępne poprzedza charakterystyczna dedykacja: „Dla Ellen – ponad miarę”.
Trudno o niej nie pamiętać.
Andrzej Kołodyński, 1001 gramów, „Kino” 2015, nr 09

„NIERACJONALNY MĘŻCZYZNA”

24 11 2015 man

Reżyseria Woody Allen

Zdobywca czterech Oscarów i 20 nominacji do tej nagrody, mistrz kina i geniusz komedii – Woody Allen przedstawia swój najnowszy obraz – „Nieracjonalny mężczyzna”. Po romantycznym spacerze szlakiem europejskich stolic, reżyser powraca do rodzinnej Ameryki, gdzie powstały jego najsłynniejsze dzieła, na czele z oscarowym „Blue Jasmine” i uwielbianym przez Polaków „Co nas kręci, co nas podnieca”. Fabuła „Nieracjonalnego mężczyzny” skupia się na historii profesora filozofii z Rhode Island, którego życie staje na głowie, gdy zaczyna spotykać się z jedną ze swoich studentek.
W rolach głównych w „Nieracjonalnym mężczyźnie” zobaczymy trzykrotnie nominowanego do Oscara Joaquina Phoenixa („Mistrz”, „Spacer po linie”, „Gladiator”) oraz jedną z najpopularniejszych gwiazd młodego pokolenia, urastającą na nową muzę reżysera, zdobywczynię nominacji do Oscara, BAFTA i Złotego Globu – Emmę Stone („Birdman”, „Służące”). Partnerują im m.in. nominowana do Złotego Globu – Parker Posey („Ostrożnie z dziewczynami”, „Masz wiadomość”), Gary Wilmes („Sekretne życie Waltera Mitty”, „Salt”) oraz nowy ulubieniec nastolatków – Jamie Blackley („Zostań, jeśli kochasz”, „Królewna Śnieżka i Łowca”).
Każdy nowy film Woody’ego Allena – a na taki możemy liczyć zwykle raz do roku – niezmiennie powoduje dopisanie nowego rozdziału do krytycznych rozważań: czy to Allen wybitny, czy zaledwie średni, co go różni od Allenów poprzednich i dlaczego w sumie różni tak niewiele. Ale każdy film amerykańskiego reżysera w gruncie rzeczy broni się samodzielnie, nie ma potrzeby ciągłego porównywania go z dawnymi osiągnięciami. Nierzadko może on nawet na tej uporczywej konfrontacji stracić – bo zamiast docenić jego swoistość, unikatową perfekcję, skupiamy się na analogiach.
To właśnie przypadek „Nieracjonalnego mężczyzny”. Tak, Allen po raz kolejny na bohatera obiera intelektualistę w depresji, znowu dotyka kwestii zbrodni i kary, wrzuca do filmu dialogi o filozofii i poszukiwaniu sensu życia. Jednak stare elementy łączą się tu w nową całość, która wypada świeżo i lekko – tak lekko, że łatwo nie docenić, z jak precyzyjną konstrukcją mamy do czynienia. To film, którym Allen rozprawia się (co też już wcześniej robił) z niezachwianą wiarą w racjonalne myślenie, jednak ani na chwilę nie przestaje dostarczać nam zwykłej przyjemności oglądania.
„Nieracjonalny mężczyzna” rozgrywa się w całości w uniwersyteckim miasteczku w Nowej Anglii. Na uczelnię ma przyjechać nowy profesor filozofii – Abe Lucas (Joaquin Phoenix); wyprzedza go opinia oryginalnego nauczyciela a zarazem kobieciarza i pijaka. Jedną ze studentek podekscytowanych perspektywą zajęć z legendarnym Lucasem (legendarnym ze względu na jego akademicką renomę, a nie nałogi) jest Jill, grana przez Emmę Stone. W pierwszej sekwencji ta dwójka na przemian wciela się w rolę narratora, a widzowi od razu podsuwany jest łatwo rozpoznawalny trop: „Nieracjonalny mężczyzna” zapowiada się na opowieść o romansie profesora w średnim wieku z zafascynowaną nim studentką.
Wykładowca przechodzi kryzys: nie potrafi się niczym cieszyć, nie może pisać, a wszystkie intelektualne dywagacje prowadzą go do jednego wniosku – o bezsensie istnienia. Oczywiście, mimo to, ze swoją erudycją, efektownymi powiedzeniami i zblazowaną miną robi furorę w akademickim mikrokosmosie. Komizm wynika głównie z tego, że Abe bierze siebie i swoje problemy jak najbardziej poważnie, za to reżyser – niekoniecznie. Dryfujący bez celu bohater łatwo poddaje się Ricie (Parker Posey, znana z filmów innego amerykańskiego autora, Hala Hartleya) i nawiązuje nic nie znaczący romans. Jednocześnie w bardzo przewidywalną stronę zmierza jego znajomość z Jill.
W tej konstelacji pojawia się wątek potencjalnego morderstwa: zbrodnia, która zaraz nastąpi, będzie czynem „egzystencjalnym” odbijającym w prawdziwym życiu idee, które Abe przywołuje na swoich wykładach z taką lubością. Widz bardzo szybko dowie się, kto zabił, jednak w recenzji wypada pozostawić to niedopowiedziane. Natomiast możemy powiedzieć, że tajemnica „Nieracjonalnego mężczyzny” zasadza się na tym, czy przestępca zostanie odnaleziony. Bo, w zamierzeniu, popełniona zbrodnia to zbrodnia doskonała, która dla sprawcy jest po prostu ćwiczeniem z etyki.
Phoenix wpasowuje się w swoją rolę wyśmienicie: gra bardzo oszczędnie i nie osuwa się w parodię profesora szukającego natchnienia w romansie ze studentką czy też naśladowanie samego Allena. Lecz prawdziwą gwiazdą filmu jest Stone. W swojej pierwszej roli u Allena, w „Magii w blasku księżyca”, jako uduchowione medium z założenia miała być trochę irytująca. Dopiero tutaj dostaje szansę zagrania pełnej postaci i wprowadza Jill do grona najciekawszych heroin Allena.
Zupełnie nie na miejscu byłoby powiedzieć, że Allen znalazł w jej osobie nową aktorską muzę, bo swoim filmem dowodzi, że koncept muzy jest śmiechu wart. Natomiast możemy stwierdzić, że Stone w „Nieracjonalnym mężczyźnie” idealnie odnajduje się w świecie Allena – w jego rytmie wyznaczonym jazzową ścieżką dźwiękową, szybką wymianą zdań i podskórnym dowcipem. Miejmy więc nadzieję, że pojawi się w nim jeszcze nie raz.
Malwina Grochowska, Nieracjonalny mężczyzna, „Kino” 2015, nr 08, s. 81