07 02 2013 dkf mini

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” MAJ 2013

„MIŁOŚĆ” 06.05.2013 godz. 20.00
„HISTORIA ROJA” 13.05.2013 godz. 19.00
„BESTIE Z POŁUDNIOWYCH KRAIN” 20.05.2013 godz. 19.00
„PAN LAZHAR” 27.05.2013 godz. 19.00

„MIŁOŚĆ”

23 04 2013 milosc

Reżyseria Michael Haneke

Nagrodzona Złotą Palmą na festiwalu w Cannes „Miłość” Michaela Hanekego to jedno z największych arcydzieł współczesnego kina. Film opowiada o sile miłości, czułości i poświęceniu. Po raz drugi nagrodzony najważniejszą nagrodą festiwalu w Cannes twórca m.in. „Pianistki” i „Białej wstążki” zaprosił do współpracy przy „Miłości” Dhariusa Khondji, wybitnego operatora, autora zdjęć do filmów Davida Finchera, Romana Polańskiego, Wong Kar-waia, czy Woody’ego Allena. Głównymi bohaterami „Miłości” są Georges (Jean-Louis Trintignant) i Anne (Emmanuelle Riva), małżeństwo muzyków w podeszłym wieku. Ich córka (Isabelle Huppert) mieszka z rodziną za granicą. Pewnego dnia Anne przechodzi silny atak, w wyniku którego jej stan zdrowia dramatycznie się pogarsza. Więzy uczuciowe od tylu lat łączące parę zostają wystawione na ciężką próbę.

W języku francuskim słowo amour ma kilka konotacji. To namiętność, zakochanie, pożądanie, ale też umiłowanie, a więc – w myśl chrześcijańskiego przykazania – miłość bliźniego jak siebie samego. A może nawet – bardziej niż siebie samego. W „Miłości” Haneke eksploruje kwestię, która intrygowała już wczesnośredniowiecznych filozofów pochylających się nad Biblią. I zdaje się podążać za myślą św. Augustyna, który twierdził: tam, gdzie jest miłość, nie ma cierpienia, a jeśli nawet jest, to samo staje się przedmiotem miłości.

Amor i Tanatos towarzyszą sobie nieodłącznie od wieków. Haneke bada jednak te kwestie z nieco innej perspektywy. Reżyser pozbawia słowo miłość estetyzacji, do jakiej przyzwyczaiły nas sztuka i media kreujące fotoszopowe wizje życia. Zderza miłość nie tyle ze śmiercią, co z procesem odchodzenia – często mało wzniosłym, odpychającym. Niekiedy – dzięki postępowi medycyny – trwającym miesiące i lata. Najczęściej –wstydliwie przemilczanym.

Twórca „Funny Games” i „Białej wstążki” nie epatuje jednak modnym dziś brutalizmem. Nie konfrontuje się też wprost z kontrowersyjną kwestią eutanazji. W minimalistycznej formule opowiada historię Anne i Georgesa, którym przyszło zdać najtrudniejszy życiowy egzamin.
Ten film zbudowany jest na wzór utworu muzycznego, którego partytura przewiduje dla każdego ściśle określoną partię. Emmanuelle Riva i Jean-Louis Trintignant, legendy francuskiego kina, wygrywają swoje nuty po mistrzowsku. Osobnym bohaterem filmu jest mieszkanie, egzemplifikujące zmiany w sytuacji postaci. Starannie zaaranżowane wnętrza, pełne antyków i gromadzonych przez lata pamiątek, ulegają stopniowej degradacji wraz z postępującą chorobą Anne. Paralelne sceny (otwieranie i zamykanie drzwi do mieszkania) dyscyplinują formalnie opowieść, nadając jej ton (niemal) antycznej tragedii. Kamera Dariusa Khondjiego cierpliwie rejestruje każdy detal scenograficzny i gest – niczym Anne, która przeglądając rodzinne albumy stara się zachować w pamięci utrwalone na zdjęciach chwile. Ton zamierającego życia oddaje też ścieżka dźwiękowa, na której obok muzyki klasycznej powraca jak refren odgłos drzwi, kroków na drewnianym parkiecie, szumu wody z niezakręconego kranu czy trzepotu skrzydeł gołębia, który przypadkowo wpadł do mieszkania. Wyróżniony canneńską Złotą Palmą film Haneke to jedno z najpiękniejszych wyznań miłosnych w historii kina. To dzieło odważne, ale po mistrzowsku wyważone, wolne od taniego sentymentalizmu, nie drażniące pseudofilozofią za lub przeciw. Eutanazja to temat budzący dziś żarliwe dysputy: i lekarzy, i filozofów, i etyków. I zwykłych ludzi stających oko w oko z cierpieniem swoich bliskich. Haneke nie przepisuje jednak recept na jedynie słuszną postawę, nie ocenia żadnego z bohaterów. Jest i poświęcającym się Georgesem, i jego pełną wątpliwości córką – Evą, i samą Anne – przerażoną świadomością, że z dnia na dzień coraz bardziej pogrąża się w mroku niepamięci. Emblematyczna dla postawy reżysera jest scena, gdy Georges wypuszcza schwytanego wcześniej gołębia, który wleciał przez okno do przedpokoju. Biały gołąb, uparcie powracający na znajomy parapet, to swoisty leitmotiv filmu. I wieloznaczny symbol – ludzkiej duszy, śmierci, ale też – czystości, wierności i wolności. If You Love Somebody Set Them Free (Jeśli kogoś kochasz, daj mu wolność) – śpiewał Sting. Daj ukochanej osobie wolność. Po prostu. Iwona Cegiełkówna, Miłość, „Kino” 2012

„HISTORIA ROJA”

23 04 2013 roja

Reżyseria: Jerzy Zalewski

Historia Roja, to awanturnicza opowieść o dwudziestoletnim chłopaku, który po wojnie formuje własny oddział partyzantki antykomunistycznej. Działający w ramach Narodowego Zjednoczenia Wojskowego oddział Roja walczył do 1951 roku, kiedy to jego dowódca poniósł śmierć w obławie wojsk KBW, UB i LWP. Jest to historia sześciu lat walki i wielu spektakularnych akcji zbrojnych, historia egzekwowania prawa tam, gdzie zapanowało komunistyczne bezprawie, ale także opowieść o miłości, szczęściu, buncie i zdradzie, którego doświadczali młodzi partyzanci w najintensywniejszym okresie swojego życia. Losy Roja i jego żołnierzy zostały w okresie PRL całkowicie zafałszowane i do dziś pozostają praktycznie nieznane. Rój bliski jest archetypicznej postaci Anioła Zemsty lub Świętego-Wojownika. Jest ucieleśnionym mitem – pocieszycielskim dla ludzi, za których walczy, złowrogim dla przeciwników. Ludność wielbi go i darzy czcią, szczególnie przepadają za nim dzieci, z którymi doskonale się porozumiewa (sam jest przecież w istocie „młodziankiem”). Jak istota mitologiczna ma dar zjawiania się nagle w dowolnym miejscu i czasie, toteż chłopi nigdy nie tracą nadziei na jego pomoc, zaś wrogowie nie mogą zaznać spokoju nawet w otoczeniu licznej i potężnie uzbrojonej straży. Ich strach przed Rojem jest tak wielki, że niektórzy przypisują mu zdolność przebywania w kilku miejscach na raz! Jego Los jest z góry zapisany i wiadomo, że zmierza ku męczeńskiej śmierci. Widz nie śledzi tych losów z ciekawości, „co będzie dalej” i „jak to się skończy”, lecz, jak w antycznej tragedii, odbywa z bohaterem oczyszczającą drogę ku zagładzie, która jest jednocześnie odrodzeniem. Twórcy filmu pragną oddać sprawiedliwość zapomnianym obrońcom Boga, Honoru i Ojczyzny, ale także zrozumiałym, współczesnym językiem porozumiewać się z młodymi widzami. Zasadnicze pytanie filmu brzmi: „czy warto bronić przegranych spraw”. Skoro jednak istnieje impuls ich obrony, pozostaje nadzieja, że nie są one do końca przegrane…

„BESTIE Z POŁUDNIOWYCH KRAIN”

23 04 2013 bestie

Reżyseria – Benh Zeitlin

„Bestie z południowych krain” to fascynujące wizualnie połączenie realistycznej opowieści, kina fantasy i baśni. Film okrzyknięty najlepszym amerykańskim debiutem ostatniej dekady i sensacją tegorocznego festiwalu w Sundance. Laureat głównej nagrody tej imprezy najwyżej oceniony także przez krytykę i publiczność. Jeszcze przed werdyktem obraz kupiła do dystrybucji firma Fox Searchlight odpowiedzialna za sukcesy „Slumdog. Milioner z ulicy”, „Czarnego łabędzia”, czy „Wstydu”. „Bestie z południowych krain” trafił także do sekcji Un Certain Regard festiwalu w Cannes i opuścił tę prestiżową imprezę ze Złotą Kamerą za najlepszy debiut, wyróżnieniami od FIPRESCI i jury ekumenicznego, stając się jednym z najczęściej nagradzanych filmów ostatnich lat. W zapomnianej, buntowniczej społeczności odciętej od świata, sześcioletnia Hushpuppy prowadzi pełne odwagi i chęci przetrwania życie. Otaczający ją świat postrzega jako delikatną strukturę pełną żywych, oddychających, wzrastających rzeczy. Kiedy więc największa od stuleci burza nawiedza miasto, Hushpuppy wie, że naturalny porządek wszystkiego, co jest dla niej ważne został zachwiany. Zdeterminowana by naprawić walącą się strukturę świata, ocalić słabnącego ojca i uratować tonący dom, mała bohaterka swoją siłę i niezwykłą mądrość przeciwstawi nadciągającemu niebezpieczeństwu.

Fenomenalne „Bestie z południowych krain” (2012) Benha Zeitlina, które kradną serca kolejnych widzów, odwołują się do niespełna trzydziestominutowej etiudy z 2008 roku – „Glory at Sea”. Tak jak pozostali młodzi filmowcy, urodzony w Nowym Jorku Benh Zeitlin testował narzędzia, za których pomocą można kręcić filmy. Uczył się patrzeć na świat, chwytać w kadrze ulotne gesty i słuchać opowiadanych szeptem historii. Dzięki temu nie stracił młodzieńczej wrażliwości, ale dojrzał do tego, by wiedzieć, czym jest elegancja wynikająca ze zdyscyplinowania i umiaru. Zarówno „Glory at Sea”, jak i „Bestie…” to filmy głęboko związane z manifestem Court 13 stworzonym przez Niezależną Armię Prostych Filmowców z Nowego Orleanu, działającą pod wodzą Jimmy’ego Lee Moora i sześcioletniej Hushpuppy (głównej bohaterki filmu Zeitlina). Court 13 narodził się w proteście przeciwko akademickim zakazom i regulacjom prawnym. Realizowane przez kolektyw filmy wymagają od reżyserów podjęcia duchowego wysiłku. Ich twórcy tworzą na marginesie mainstreamu i szczycą się tym, że ich projekty są zanurzone w realizmie. Manifest nie ma nic wspólnego z duńską Dogmą, choć artyści podkreślają, że zależy im na naturalnych plenerach i prawdziwych emocjach. „Bestie…” to doskonały przykład wizualizacji zasad narzuconych sobie przez kolektyw. To obraz, w którym Zeitlin rzuca wyzwanie naturze, bogom i zdrowemu rozsądkowi. Zgodnie z postulatami manifestu „we krwi i bólu tworzy film dla mas. Opowiada historię, której słuchacze znów poczują się jak dzieci”.

Imię głównej bohaterki, sześcioletniej Hushpuppy (Quvenzhané Wallis), na południu Stanów Zjednoczonych oznacza głęboko wysmażoną kulkę kukurydzianego chleba. Dziewczynka jest twarda, wytrzymała, nie boi się ani rzucać na głęboką wodę, ani walczyć o dobro swojego ojca. Bathub na południu Luizjany, gdzie mieszkają we dwoje, zalewa kolejna powódź, ale nic nie zmienia faktu, że Hushpuppy jest małą bestią z południowych krain – słodką i piekielnie inteligentną. Z niezwykłą jak na dziecko dojrzałością rozumie, że wszystko we wszechświecie musi mieć swoje miejsce – jeśli choćby jeden element układanki się zgubi, całość traci sens. Dojrzałość dziewczynki sprawia, że przeczuwa nadejście kresu świata, jaki zna. Docenia przedziwne piękno końca i wciąga widzów w przestrzeń wypełnioną demonami, które stworzyła ze strachu przed śmiercią własnego ojca i rozpadem ich domu. Grająca Hushpuppy młodziutka amatorka doskonale wie, jak magnetyzować widzów. Jej obecność na ekranie wypełnia życiem umierający świat; bestie pojawiające się w jej snach są jego niezbędną częścią. Fantazje Hushpuppy wypełniają kadry po brzegi. W warstwie wizualnej „Bestii…” skrywają się też jednak poetyckie wspomnienia Benha Zeitlina. Kadry wypełnia światło przypominające to, które wykradł światu Terrence Malick w „Niebiańskich dniach” (1978). Wieczorne imprezy na łodziach dryfujących po zalanym Bathub przywołują atmosferę hucznych, rozpasanych zabaw pieczołowicie opisywanych w latach 30. przez Henry’ego Millera. W domu publicznym o nazwie Pola Elizejskie, do którego przez przypadek zakrada się grupa dzieci, prostytutki są podobne do tych, które fotografował niegdyś John Ernest Joseph Bellocq. Kiedy Zeitlin mówi o swoich inspiracjach, wymienia nazwisko amerykańskiego artysty, rozpoznawalnego dzięki serii pięknych, intymnych zdjęć kobiet ze Storyville – nowoorleańskiej dzielnicy czerwonych latarni. Czy baśń o dziecku może być podszyta delikatnym erotyzmem? Czy to jego obecność powoduje, że film jest tak hipnotyczny? Czy prawdą jest to, co mówi Truman Capote, kiedy twierdzi, że „doskonalszą naturę ma ktoś nieświadomie wulgarny niż świadomie cnotliwy”? W „Bestiach…” poezja doskonale zespala się z realizmem. Oniryzm znajduje swoje miejsce obok naturalizmu. Muzyka wypełnia świat przedstawiony tylko w chwilach, gdy obserwowana przez Hushpuppy natura nie mówi sama za siebie. Feeria barw, która rozświetla świat, gdy dziewczynka biegnie ze sztucznymi ogniami w dłoniach, nie razi w oczy. Nieco oślepia, ale tylko po to, by zmusić widzów do spojrzenia na znakomity debiut Zeitlina oczyma „szeroko zamkniętymi” – przez pryzmat własnych emocji, wspomnień i zagrzebanych w pamięci przeżyć. Anna Bielak, Bestie z południowych krain, „Kino” 2012

„PAN LAZHAR”

23 04 2013 lazhar

Scenariusz i reżyseria – Philippe Falardeau

„Pan Lazhar” jest wzruszającą, pełną ciepła i subtelnego humoru opowieścią o grupie uczniów szkoły podstawowej, przedwcześnie zmuszonych do wejścia w świat dorosłych i próbujących go zrozumieć, oraz o inspirującym wychowawcy, który dzięki swojej intuicji, empatii i elokwencji zmienia ich życie. Obsypany nagrodami na całym świecie, okrzyknięty najlepszym filmem kanadyjskim roku, a przede wszystkim nominowany do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny, „Pan Lazhar” jest jeszcze bardziej wzruszający i prawdziwy niż „Stowarzyszenie umarłych poetów”. Akcja filmu rozgrywa się w montrealskiej podstawówce, gdzie nagle umiera wychowawczyni jednej z klas. O incydencie dowiaduje się z gazety Bachir Lazhar, 55-letni algierski imigrant, który oferuje szkole swoje usługi jako nauczyciel zastępczy. Z braku innych chętnych szybko zostaje zatrudniony.

Tytułowy pan Bachir Lazhar (Mohamed Fellag), z filmu Philippe’a Falardeau to duchowy kuzyn Johna Keatinga, anglisty ze „Stowarzyszenia Umarłych Poetów” Petera Weira. Ekscentryczny Algierczyk, tak jak 20 lat temu liberalny Amerykanin, wykonuje rolę nauczyciela, zdefiniowaną przez kodeks pracy, doprecyzowaną przez normy społeczne i wychodzącą naprzeciw oczekiwaniom przełożonych, rodziców i dzieci – w tej właśnie kolejności. Jednak Lazhar nie ma ochoty równać do tych wyznaczników. W głowie ma zaszczepioną inną wizję nauczania. W jego mniemaniu nauczyciel i wychowawca to ktoś więcej niż osoba nadzorująca i oceniająca tempo przyswajania przez uczniów wiedzy podręcznikowej: to przede wszystkim mentor i przewodnik po życiu. Te podniosłe określenia wybrzmiewają w filmie Falardeau bez patosu. Kanadyjskiemu twórcy udało się wyważyć nastroje, chociaż rozpoczyna opowieść od dramatycznego epizodu. Światem lokalnej społeczności wstrząsa samobójstwo Martine, jednej z nauczycielek. To na jej miejsce przychodzi tytułowy bohater, by swoją mądrością i życiowym doświadczeniem ukoić nerwy i uspokoić sen wstrząśniętych tragedią podopiecznych. „Pan Lazhar” nie jest jednak zbiorową „bildungsroman”, opowieścią o dojrzewaniu jako procesie dochodzenia małoletnich bohaterów do akceptacji śmierci. Jeśli ktoś zostaje w filmie poddany procesowi mentalnej przemiany, to raczej nauczycielki w matriarchalnej szkole, do której Lazhar trafił. Chociaż Falardeau korzysta z dość prostej opozycji: oziębłe kobiety i uczuciowy mężczyzna, jego filmu nie można oskarżyć o banalne odwrócenie stereotypu. W kanadyjskiej produkcji kobiety reprezentują sterylne ciało pedagogiczne. Nie wolno zbliżyć się do ucznia, dotknąć, poznawać. Synonimem profesjonalizmu jest bezemocjonalność. Wizerunek tak zorganizowanej szkoły, znany nam zresztą z nadwiślańskiego podwórka, tym razem odwołuje się do praktyk z Półwyspu Perskiego. Jeśli spojrzeć na kontekst społeczny, w jakim film powstał i w jakim został osadzony, a więc multikulturowe społeczeństwo i wynikające z tego problemy, nieuniknionym skojarzeniem będzie „Klasa” Laurenta Canteta. Nagrodzony Złotą Palmą film odmalował uczniów wieloetnicznej paryskiej szkoły – imigrantów i autochtonów – na jednym obrazie, nadając im kształt i wizerunek, któremu „Pan Lazhar” domalowuje drugą część. Poprawność polityczna zaszła tak daleko, że „innego” nie można już definiować poprzez kolor skóry czy narodowość. Inny to ten, który przechodzi z jednej społeczności lokalnej do drugiej, na przykład ze szkoły do szkoły w obrębie jednego miasta, a jego cechą rozpoznawczą jest to, że „uciekają mu szczegóły”, bo taki zarzut usłyszy mężczyzna – algierski imigrant od jednego z rodziców. Te i inne paradoksy współczesności, które odkrywa przed nami Falardeau, stawiają jego film obok dokonań najlepszych. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że diagnozując kanadyjską (i nie tylko) rzeczywistość, twórca jednocześnie próbuje się od niej odżegnać. Wkładając w usta dzieciaków kwestie przynależne dorosłym, metaforyzuje w nich rodziców i odkrywa przed widzem ślepe uliczki, w które brną członkowie zatomizowanego społeczeństwa. Jednak wobec swoich odkryć reżyser zachowuje się tak, jak w jego filmie nauczyciele względem podopiecznych – nie chce lub boi się do nich zbliżyć, poznać czy dotknąć. W efekcie dostajemy opowieść, która zamiast wyostrzyć problem, gładko nad nim przechodzi. Poza tym historia skąpana jest w klimacie nostalgii – wybrzmiewająca z niej tęsknota za ciepłem i serdecznością drugiego człowieka nasuwa podejrzenie, że twórcy spreparowali ją pod wymogi Oscara, do którego film był zresztą nominowany. Chociaż statuetki nie otrzymał, zasługuje na uwagę: Falardeau jest bowiem bacznym obserwatorem, który chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami, choć nie ma ochoty obudowywać ich komentarzem. Niekoniecznie musi to zostać uznane za wadę. Artur Zaborski, Pan Lazhar, „Kino” 2013