dkf

„TWARZ” 03.09.2018 godz. 19:00
„POMIĘDZY SŁOWAMI” 10.09.2018 godz. 19:00
„WIEŻA. JASNY DZIEŃ” 17.09.2018 godz. 19:00
„ZIMNA WOJNA” 24.09.2018 godz. 19:00

 

„TWARZ”

23 08 2018 dkf1

Reżyseria: Małgorzata Szumowska

O FILMIE:
Na południu Polski żyje młody mężczyzna – Jacek. Mieszka na wsi z siostrą i rodziną. Jest fanem zespołu Metallica. Nosi długie włosy i wąsy oraz skórzane spodnie i dżinsową kamizelkę z logo zespołu na plecach. We wsi mają go za dziwaka, w rzeczywistości jednak jest człowiekiem wesołym, kochającym ludzi, zwierzęta i wszystko co dookoła. Niedawno znalazł dziewczynę. Z Dagmarą planują wspólną przyszłość, zaręczyli się. Jednak z góry ustalony bieg życia Jacka zakłóca nieszczęśliwy wypadek – podczas prac na budowie największego na świecie pomnika Chrystusa Króla Polski, bohater – po upadku z dużej wysokości – traci swoją TWARZ.

Po długim pobycie w szpitalu Jacek wraca do domu. Z nową twarzą, bo ekipie lekarzy jednego ze śląskich szpitali udało się dokonać prekursorskiej operacji przeszczepu. Bohater na chwilę staje się gwiazdą mediów, choć jego nowej twarzy daleko do doskonałości. Wszystkiego musi uczyć się od nowa: jak mówić, jeść, uśmiechać się. Pomaga mu w tym siostra, która jako jedyna wciąż wierzy, że Jacek będzie szczęśliwy, niezależnie od tego jak wygląda.

Fabuła filmu zainspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami, które miały miejsce w Polsce – budową największego na świecie pomnika Chrystusa Króla Polski w Świebodzinie i pierwszą w historii Centrum Onkologii w Gliwicach transplantacją twarzy w celu ratowania życia pacjenta. Ale to jedynie tło wydarzeń. Główny nacisk położony jest na stawianie pytań o tożsamość. Kim się jest mając cudzą twarz?

Bohater nosi w sobie wiele niewiadomych, staje przed czymś nieznanym, trudnym, niepokojącym. Nie wie, co go czeka, a przecież jego życie – mimo tego, że zawsze wyróżniał się wyglądem – było z góry zaplanowane. To wszystko przeraża i przerasta Jacka, który stara się zachować wiarę w drugiego człowieka i w to, że wszystko się ułoży. Jest prostym człowiekiem i chce przede wszystkim żyć i kochać, bo dostał od życia drugą szansę. Siódmy film Małgorzaty Szumowskiej to opowieść o próbie powrotu do normalności. TWARZ to współczesna baśń o człowieku, który jest naznaczony. Twórcy zadają pytania o tolerancję, granice wolności i znaczenie korzeni i związku człowieka z domem.

Tytuł nowego dzieła Małgorzaty Szumowskiej wydaje się nieco mylący. Delikatność zaklęta w słowie twarz niespecjalnie współgra z dosadnością opowiadanej przez reżyserkę historii. Pod tym względem znacznie bardziej adekwatne wydaje się – używane w zagranicznej dystrybucji filmu – angielskie „mug”, które znaczy mniej więcej tyle, co „gęba”.

Stąd natomiast wiedzie już prosta droga do skojarzeń z twórczością Witolda Gombrowicza. Niestety, porównanie to wypada na niekorzyść Szumowskiej. Słynny pisarz staje się dla autorki niedosiężnym, niestety, wzorem.

„Ferdydurke” Gombrowicza było jednym wielkim protestem przeciwko „przyprawianiu gęby”, a więc postrzeganiu drugiej osoby przez pryzmat stereotypów i uproszczeń. W filmie Szumowskiej z pozoru chodzi o to samo. Polska twórczyni zdaje się stawać w obronie Jacka, który wraca do rodzinnej wioski po zabiegu przeszczepu twarzy i zostaje odrzucony przez lokalną społeczność.

W rzeczywistości jednak reżyserka wpada we własne sidła. Portretując prowincjonalną Polskę, sama sięga po inteligenckie uprzedzenia, kształtowane pod wpływem amatorskich nagrań z YouTube’a i internetowych memów. W efekcie „Twarz” okazuje się filmem, w którym dorośli noszą majtki z wizerunkiemOrła Białego, a dzieci bawią się na podwórku świńskim łbem.

Tego rodzaju satyra na rodzimą przaśność i nieokrzesanie, nawet jeśli pociągnięta grubą kreską, byłaby jeszcze do obronienia, gdyby wydawała się przynajmniej szczera i zrodzona z autentycznego gniewu. Niestety, zamiast ryzyka Szumowska nieoczekiwanie stawia na wyrachowanie. Momenty, gdy decyduje się powściągnąć krytykę i obdarzyć protagonistów wyrozumiałością, brzmią nieszczerze, wydają się efektem zimnej kalkulacji.

Trudno uwierzyć na przykład w przemianę dziadka Jacka, który w pewnym momencie mówi mu niespodziewanie: „Dla mnie jesteś taki sam, jak przedtem”. Szumowskiej nie udało się do końca wykorzystać także potencjału – znakomicie zagranej przez Agnieszkę Podsiadlik – siostry głównego bohatera. Dziewczyna, jako jedyna stojąca przy bracie od początku do końca, zostaje sprowadzona do roli prowincjonalnego anioła, nieskazitelnej wysłanniczki dobra w świecie skażonym przez zło.
Co gorsza, mało przekonującą postacią okazuje się sam Jacek. Zwłaszcza w drugiej części filmu mężczyzna sprawia wrażenie jednostki pozbawionej własnej osobowości, tak jakby interesował on reżyserkę wyłącznie ze względu na swą niecodzienną przypadłość.

Niedostatki „Twarzy” wychodzą na jaw tym bardziej, gdy zestawi się ją ze znakomitym „Body/Ciało”. W tamtym filmie Szumowska udowodniła, że potrafi zaludnić ekranowy świat pełnokrwistymi bohaterami, którzy na naszych oczach ulegają nieoczekiwanej ewolucji. Reżyserka znacznie lepiej także wyważyła wówczas proporcje pomiędzy komedią a dramatem, a swojej wizji potrafiła nadać status spójnego i przemyślanego w najdrobniejszych szczegółach komunikatu.
Na tym tle nowy film Szumowskiej sprawia wrażenie tworu chaotycznego, rozbitego na zbiór niezbyt zazębiających się ze sobą epizodów. Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że pośród scen zupełnie nieudanych znajdują się także perełki.

Komediowy majstersztyk stanowi choćby sekwencja spowiedzi traktowanej przez księdza jako okazja, by pobudzić byłą dziewczynę Jacka do intymnych zwierzeń. Niemal równie zabawnie wypada rozmowa pomiędzy głównym bohaterem a przedstawicielem agencji reklamowej, pragnącym uczynić z kaleki celebrytę i twarz swojej najbliższej kampanii.

Nie da się jednak ukryć, że kilka dobrych dowcipów to trochę za mało jak na autorkę określaną jako ambasadorka polskiego kina. Tym bardziej, że twórczyni „33 scen z życia” zaczynają deptać po piętach twórcy o mniejszym doświadczeniu na arenie międzynarodowej.
Na tym samym Berlinale, na którym Szumowska cieszyła się ze Srebrnego Niedźwiedzia, w sekcji Forum entuzjastycznie przyjęto choćby „Wieżę. Jasny dzień.” Jagody Szelc. W tej sytuacji wypada mieć nadzieję, że Szumowska nie zachłyśnie się sukcesami, a wysyp młodych talentów w rodzimym kinie potraktuje jako czynnik mobilizujący.

Piotr Czerkawski, Twarz, „Kino” 2018, nr 04, s. 72

 

„POMIĘDZY SŁOWAMI”

23 08 2018 dkf2

Reżyseria: Urszula Antoniak

O FILMIE:
28-letni Michael (Jakub Gierszał) tak naprawdę ma na imię Michał, ale trudno się tego domyślić. Na pierwszy rzut oka chłopak wygląda jak rasowy Niemiec. Blond włosy, niebieskie oczy, blada skóra nie wyróżniają go z tłumu. Kiedy staje obok przyjaciela Frantza, z którym razem pracują w kancelarii prawniczej, trudno nawet podejrzewać, że dzielą ich pochodzenie i kraj dorastania. Właściwie to Michael jest tym, któremu się zazdrości. Wystarczy na niego spojrzeć. Zawsze w idealnie skrojonej marynarce, z dokładnie odprasowaną markową koszulą i drogim zegarkiem na ręku wygląda jak model zdjęty z okładki żurnalu. Oto człowiek, któremu się udało. Imigrancka przeszłość Michaela w niczym mu nie przeszkadza. Chłopak doskonale się zasymilował. Biegle włada językiem, pojął też społeczną niemiecką etykietę. Nie ma w nim tęsknoty za krajem ani łączących go z ojczyzną więzi. Poza jedną, 55-letnim ojcem (Andrzej Chyra), który niespodziewanie zjawia się w życiu chłopaka. Spędzają ze sobą weekend, wspólnie przechadzając się po Berlinie i rozmawiając po polsku. Michael ponownie staje się Michałkiem, co zmusi go do zadania sobie pytań o swoją tożsamość i przynależność. Ale to nie wywołane duchy przeszłości są dla Michaela wyzwaniem, tylko zderzenie ze świadomością, że od lat jedynie gra Niemca. Czwarty, najbardziej osobisty film Urszuli Antoniak, która od 25 lat mieszka w Holandii, dotyka jednego z najbardziej palących problemów współczesności, zgłębiając jego humanistyczny aspekt, bez ideologii, bez politycznych deklaracji i bez stereotypów. Reżyserka nie pochyla się nad losem imigrantów, tylko pokazuje człowieka, który wyjechał, bo chciał i mógł.

W „Cichej nocy” Piotra Domalewskiego jeden z bohaterów wyznaje, że wyjeżdżał do pracy za granicę, żeby móc poczuć się nie Polakiem ale człowiekiem. Lecz to właśnie na obcej ziemi i pośród obcych ludzi był bardziej Polakiem niż w ojczyźnie. Dopiero wróciwszy do kraju mógł być kimś więcej niż po prostu reprezentantem swojej nacji. Jego monolog stanowi lapidarną i błyskotliwą przypowieść o paradoksach narodowej tożsamości.

Tożsamość nie jest jednak czymś, czemu Domalewski poświęca wiele uwagi; w emigracji najbardziej interesują go przyziemne sprawy, rodzinne bolączki i pokusy ekonomiczne. Problem tożsamości wysuwa się za to na pierwszy plan w innym nowym polskim filmie, „Pomiędzy słowami”, zrealizowanym przez Urszulę Antoniak, reżyserkę, która uprawia kino na wskroś intelektualne.

Akcja „Pomiędzy słowami” skupia się na Michale, prawniku mieszkającym i pracującym w Berlinie. Ten młody mężczyzna chce być prawdziwym Niemcem; uważa, że przynależność narodową można odrzucić i oblec się w inną, lepszą, bardziej prestiżową. Zadanie to udaje mu się – tylko lub aż – w dziewięćdziesięciu procentach. Te brakujące dziesięć procent boli go niczym blizna po trudnej operacji.

Każdego ranka Michał prasuje białą koszulę, powtarzając na głos niemieckie wersje zwrotów z prawniczego żargonu. Później, ostentacyjnie elegancki i promieniujący pewnością siebie, wędruje wzdłuż korytarzy bogatej firmy, w której udało mu się znaleźć zatrudnienie. Jest „self-made manem”. Współczesnym „übermenschem”.
Wciela się w niego Jakub Gierszał, aktor nie dość, że zdolny, to jeszcze obsadzony z dużą intuicją. Ktoś mógłby powiedzieć, że pasuje do roli Michała z racji tego, że ze swoimi blond włosami ma urodę stereotypowego Niemca. Kluczowa jest jednak jego androgyniczność, nieokreśloność. Podobny nieco do Davida Bowiego, jest kimś, komu wystarczy dodać jeden atrybut, żeby diametralnie zmienić jego wizerunek. W garniturze jest sztywniakiem, w T-shircie z nadrukiem wygląda na niepoprawnego imprezowicza. Podobnie rzecz ma się z językiem. „Jesteś zupełnie innym człowiekiem, gdy mówisz po polsku. Jak mały chłopiec” – stwierdza szef Michała.
Antoniak stawia na drodze bohatera innych przybyszów z zagranicy, w których ma okazję się przejrzeć, zobaczyć w nich to, co na co dzień wypiera. Czarnoskóry poeta, arogancki w swoim przekonaniu, że może przebywać w Niemczech bez względu na normy prawne. Polska barmanka, która z wyzwalającą dezynwolturą podchodzi do kwestii narodowości. W gronie postaci-luster najważniejszy jest ojciec Michała.

Rzekomo zmarły, pojawia się w jego domu trochę jak figura ze snu, nagle, nieprawdopodobnie, personifikując ukryte potrzeby. Ten były punk i niespełniony muzyk, grany przez sfatygowanego Andrzeja Chyrę, jest przeciwieństwem po niemiecku uporządkowanego Michała: „bon vivantem” w pogniecionej koszuli wystającej ze spodni.
To jednak nie odrobina nieszkodliwego witalnego chaosu staje się najważniejszą rzeczą, jaką ojciec wnosi do życia bohatera. Daje mu coś dużo bardziej fundamentalnego: poczucie naturalnej przynależności. „Powiedz, ile widzisz we mnie swojego” – prosi niespodziewanie Michał podczas wspólnej wizyty w klubie ze striptizem, a w jego głosie słychać nieadekwatną do okoliczności powagę, echo lat trwania w poczuciu izolacji i wykorzenienia.

Film Antoniak ma w sobie coś z eseju. Fabularna sytuacja jest w nim zaledwie pretekstem do dość swobodnych dywagacji, przyglądania się z różnych stron zagadnieniu tożsamości. Jego główną treść stanowią sugestie, które rodzą się na styku słów i obrazów. W tworzeniu znaczeń spory udział ma forma.

Na czarno-białych zdjęciach Lennerta Hillege Berlin wygląda jak seria luksusowych pocztówek. Jest piękny, ale i dziwnie odległy, na swój sposób niedostępny. Michał pozostaje w nim tak naprawdę zasiedziałym turystą, który liczy, że pewnego dnia obudzi się jako tubylec.

Piotr Mirski, Pomiędzy słowami, „Kino” 2018, nr 02, s. 70

 

„WIEŻA. JASNY DZIEŃ”

23 08 2018 dkf3

Reżyseria: Jagoda Szelc

O FILMIE:
Kilka dni przed uroczystością Komunii Świętej małżeństwo Mulę (Anna Krotoska) i Michała (Rafał Cieluch) z kilkuletnią Niną odwiedza niespodziewany gość – niewidziana od lat młodsza siostra Muli, Kaja (Małgorzata Szczerbowska), która jest biologiczną matką dziewczynki. Czy Kaja będzie starała się odzyskać dziecko? Zachowanie Kai wydaje się coraz bardziej dziwne. Wokół dochodzi także do wydarzeń, które trudno wyjaśnić. Uroczystość się zbliża, a atmosfera między siostrami gęstnieje. Wkrótce ma się okazać, że istnieje inny ważniejszy powód, dla którego Kaja wróciła.

W pierwszej scenie filmu Jagody Szelc samochód opuszcza miasto i odjeżdża na prowincję. Prolog skonstruowany jest w taki sposób, by każde następne ujęcie prezentowało coraz mniej zamieszkałe tereny a jednocześnie przybliżało widza do pojazdu – na początku filmowane z lotu ptaka miasto wygląda trochę jak wielki procesor, później kamera Przemysława Brynkiewicza śledzi samochód, klucząc między drzewami, co przywodzi skojarzenia z „Lśnieniem” Stanleya Kubricka.
Już w tej scenie zawiera się trajektoria wybitnego debiutu Jagody Szelc – w trakcie seansu przejedziemy bowiem drogą prowadzącą od znanego do nieznanego, od racjonalizmu do duchowości, od pozorów kontroli do jej zupełnego braku; wreszcie – od dramatu obyczajowego do horroru.

Te pierwsze kategorie reprezentuje Mula (Anna Krotoska), kobieta mieszkająca za miastem z mężem (Rafał Cieluch) i ośmioletnią Niną (Laila Hennessy). Ponieważ dziewczynka przygotowuje się właśnie do ceremonii pierwszej komunii świętej, do domu Muli przyjeżdża jej brat (Rafał Kwietniewski) z żoną (Dorota Łukasiewicz) i dawno niewidzianą siostrą, Kają (Małgorzata Szczerbowska), która – jak szybko się okazuje – jest biologiczną matką Niny. Choć Mula zgodziła się na wizytę siostry, za wszelką cenę nie chce dopuścić do tego, żeby dziecko dowiedziało się o swoim pochodzeniu.

„Wieża. Jasny dzień.”, jak sugeruje już rzadko spotykany dwuczłonowy tytuł, zbudowana została na zasadzie przenikających wszystkie warstwy filmu dualizmów. Kaja wprowadza zatem w świat przedstawiony elementy rozbijające racjonalność. Jest postacią tajemniczą, nieodgadnioną, stanowiącą dokładne przeciwieństwo pragmatycznej, zorganizowanej Muli. Można uznać ją za obłąkaną, ale film wyraźnie sugeruje, że za jej specyficznym zachowaniem i niezrozumiałym spokojem kryje się coś więcej niż po prostu szaleństwo.

Pierwsza połowa filmu należy do Muli – Jagoda Szelc maluje wiarygodny portret trzydziestoparolatków z klasy średniej, doskonale rozpisuje codzienne dialogi, które brzmią niemal jak zaimprowizowane, a Przemysław Brynkiewicz filmuje sceny rozmów i posiłków w kluczu naturalizmu obyczajowego.
Z każdą kolejną minutą seansu świat przedstawiony, a z nim cały film, jest jednak w coraz większym stopniu przejmowany przez Kaję. W jednej ze scen oglądamy zwykłą wymianę zdań między spacerującymi po łące bohaterami. Chwilę później ten sam dialog widzimy z perspektywy Kai. W tle nie słychać już jednak szumu drzew i śpiewu ptaków, ale zakłócenia; dźwięki niewytłumaczalne, niezrozumiałe, których źródła nie jesteśmy w stanie zlokalizować.

Uniwersum „Wieży…” zaczyna konsekwentnie wypadać z torów. Ksiądz przygotowujący dzieci do komunii traci rozum, należący do Muli pies ucieka i zaczyna dziko kopać w ziemi, drzewo puszcza pyłki niczym rozdeptana purchawka. Uosabiany przez Mulę świat racjonalizmu (i – na płaszczyźnie realizacyjnej – naturalizmu) rozpada się na kawałki, powoli wpełza do niego horror.

Nie jest to jednak typowy horror, w którym na widza czekałyby zjawy czy psychopaci. „Wieży…” zdecydowanie bliżej do przedstawicieli amerykańskiego „art horroru” ostatnich lat, takich jak „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” Roberta Eggersa czy „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella. Można powiedzieć, że jeśli większość horrorów na widza krzyczy, to „Wieża…” do niego szepcze.

Ma to sens, bo Kaja urasta tu do rangi kogoś na kształt wiedźmy czy czarownicy – postaci, która zna się na ziołach, odczytuje niezauważalne dla innych sygnały, wie i widzi więcej, inaczej rozumuje i inaczej odbiera świat. Jagoda Szelc sięga do przepastnej szafy słowiańskiego folkloru i znajduje w nim postać, o którą polskie kino nigdy się jeszcze nie upomniało – szeptuchy, która nie jest postacią negatywną i wrogą, ale ambiwalentną i ulotną.

Reżyserka buduje atmosferę subtelnie i niebanalnie, obecna w jej debiucie groza ma jednak jeszcze jedną (co najmniej) płaszczyznę. Otwarcie „Wieży…” informuje, że film powstał „w oparciu o przyszłe wydarzenia”, a w fabule znajdziemy delikatne sygnały, że akcja rozgrywa się w bardzo niedalekiej przyszłości, niejako „za chwilę” – a to na ekranie pojawi się na moment przedzierający się przez Polskę imigrant, a to w urywku telewizyjnych wiadomości usłyszymy o konflikcie narastającym w innej części świata.

„Wieża. Jasny dzień.” jest więc horrorem preapokaliptycznym, który prezentuje jedną z najciekawszych wizji końca (lub nowego początku), jakie kiedykolwiek widzieliśmy w kinie – apokalipsa nie wiąże się tu bowiem z buntem maszyn, wybuchem bomb jądrowych i wszechobecnym radioaktywnym pyłem, ale z powrotem do szamaństwa; do czegoś pierwotnego, tajemniczego, wypychanego ze zbiorowej świadomości.

Co ważne, „Wieża…” nie jest przy tym filmem uwikłanym w lokalne debaty polityczne, ale raczej komentującym zagrożenia związane z kierunkiem, w którym zmierza współczesny świat. A ponieważ to dzieło do perfekcji dopracowane tak pod względem scenariusza (finał zmusza widza do tego, by powrócił do wcześniejszych scen i na nowo je zinterpretował), jak i realizacji, Jagodzie Szelc udało się osiągnąć przytłaczający poziom sugestywności, który wywołuje nie tylko podziw, ale i nieme przerażenie.
Przemyślana w każdym calu konstrukcja jej filmu powoduje, że widz nie ma możliwości ucieczki w bezpieczne ramiona racjonalizmu; „Wieża. Jasny dzień.” to coś na kształt przepowiedni, w którą w trakcie seansu pozostaje tylko na ślepo uwierzyć.

Grzegorz Fortuna Jr, Wieża. Jasny dzień., „Kino” 2018, nr 03, s. 73-74

 

„ZIMNA WOJNA”

23 08 2018 dkf4

Reżyseria: Paweł Pawlikowski

O FILMIE:
Nowe dzieło Pawła Pawlikowskiego – laureata Oscara za film „Ida”. Światowa premiera obrazu odbyła się w trakcie 71. Festiwalu Filmowego w Cannes. Już pierwszy pokaz wzbudził euforię publiczności, przynosząc łzy wzruszenia Julianne Moore, gratulacje od Benicio del Toro i dwudziestominutową owację na stojąco. Zaowocował też wysypem bardzo pozytywnych recenzji, porównujących polską produkcję do „La La Land”, „Casablanki” i hitów Martina Scorsese. Ukoronowaniem sukcesów filmu na najważniejszej imprezie filmowej świata stała się natomiast nagroda za najlepszą reżyserię dla Pawła Pawlikowskiego. „Zimna wojna” opowiada historię trudnej miłości dwojga ludzi, którzy nie umieją żyć bez siebie, ale równocześnie nie potrafią być razem. W ich role wcielają się Tomasz Kot i Joanna Kulig, którym na ekranie partnerują Agata Kulesza i Borys Szyc. Wydarzenia pokazane w „Zimnej wojnie” rozgrywają się w latach 50. i 60. XX wieku, w Polsce i budzącej się do życia Europie, a w ich tle wybrzmiewa wyjątkowa ścieżka dźwiękowa, będąca połączeniem polskiej muzyki ludowej z jazzem i piosenkami paryskich barów minionego wieku.

Nagroda dla najlepszego reżysera w Cannes, entuzjastyczne recenzje w zagranicznej prasie. „Zimna wojna” dociera do Polski w blasku chwały. Ale w czasie seansu zapomina się o blichtrze czerwonych dywanów. Paweł Pawlikowski po raz kolejny proponuje kino wyciszone, toczące się w niespiesznym tempie. Medytację nad najdelikatniejszymi uczuciami, które zderzają się z brutalną polską historią.

Rok 1949. Nowa władza potrzebuje nowej sztuki. Bliskiej ludowi. Na fali przemian dwoje inteligentów jeździ po wsiach, nagrywa śpiew kobiet pamiętających dawne przyśpiewki. Ratuje prawdziwy folklor przed walcem socjalizmu i „centralizacją przemysłu ludowego”. A na przesłuchaniach do tworzonego przez nich zespołu Mazurek (nawiązanie do Mazowsza) pojawia się Zula. Prosta dziewczyna z trudną przeszłością, ale i z charyzmą, energią, błyskiem w oku. Między nią a kompozytorem Wiktorem rodzi się uczucie.

Wiktor decyduje się wyemigrować z Polski, w czasie koncertów Mazurka w Berlinie ucieknie do zachodniej części miasta. Zula na taki krok nie umie się odważyć – nie pojawia się w umówionym miejscu. Paweł Pawlikowski obserwuje kolejne spotkania, gdy drogi bohaterów przecinają się w Paryżu, w Jugosławii. Opowiada o miłości niemożliwej. O ludziach, którzy nie mogą bez siebie żyć, ale rzeczywistość nie pozwala im być razem.

Jednak melodramat to tylko jedna płaszczyzna „Zimnej wojny”. Reżyser, który większość życia mieszkał za granicą – w Anglii, Francji, Włoszech, Niemczech – po powrocie do Polski sięga do własnych wspomnień. Nie ukrywa, że inspirował się historią własnych rodziców, którym zadedykował film.

Uważnie i czujnie rekonstruuje świat swojego dzieciństwa. Mówi: „Nostalgia nie jest siłą napędową mojego kina. Ale odbyłem z tym projektem emocjonalną podróż. Wróciłem do miejsc, w których nie byłem od dekad. Z czasu spędzonego z ojcem nad Narwią czy w górach zostały we mnie obrazy, dźwięki, smaki. Pamiętam też ludzi, których spotykałem”.

W filmie czuje się, że to rzeczywistość, którą Pawlikowski zna od podszewki. Powracają tu utwory z „Idy”, jak choćby „24 000 bacci” Adriana Celentano. Jest jazz – powiew świeżości zza żelaznej kurtyny. Ale fantastycznie brzmi też folklor, który ożywa i niesie współczesne emocje. Muzyka staje się jednym z tematów tej opowieści.
Artysta uzupełnia także galerię bohaterów tamtych czasów, jaką zaczął tworzyć w „Idzie”. Jest tu inteligentka, której wizja sztuki boleśnie zderza się z linią władzy. Jest prymitywny partyjny kacyk – mierny, ale wierny. Jest sam Wiktor, artysta złakniony wolności, oddychania innym powietrzem, ale przecież wrażliwością mocno zakorzeniony w Polsce.

Człowiek, który musi dokonać dramatycznego wyboru, przed jakim stanęła powojenna inteligencja. Może postawić na pracę u podstaw, kompromisy w ogarniętym stalinizmem kraju, gdzie o sprawach najważniejszych trzeba mówić ściszonym tonem, a najbliższa osoba może okazać się donosicielem. Albo wyjechać: do innego świata, którego niuansów, kolorytu i porywów serca nigdy całkiem nie zrozumie.

Bo „Zimna wojna” jest refleksją nad losem emigranta. Nad korzeniami, o których nie da się zapomnieć. Bo nie można się odciąć od tego polskiego tragicznego romantyzmu, od ran przeszłości, które rzucają swój cień na teraźniejszość, od dziwnej mieszanki melancholii i czarnego humoru. We Francji bohater staje się własnym cieniem. Świetny facet musi podlizywać się paryskim elitom kulturalnym, permanentnie walczyć z odium obcego, obywatela gorszej Europy.
Reżyser to znamię inności pokazuje subtelnie, za pomocą drobnych gestów. Rozumie, skąd bierze się zamknięcie emocjonalne człowieka – milczenie, gdy w autorytarnym systemie, w rozmowie z ministrem kultury, narasta w tobie sprzeciw i rezygnacja zarazem. A później, już za granicą, bierność, choć buzują w tobie skrajne emocje.
O parze ludzi rozłączonych przez historię Paweł Pawlikowski opowiada bez patosu, lekką ręką, wśród obrazów francuskich klubów jazzowych czy na ulicach Zagrzebia. Także na tym polega finezja „Zimnej wojny”. Programowy brak nachalności tylko podkreśla tragizm losów Wiktora i Zuli. Świetne, oszczędne dialogi niosą w sobie dramatyzm, ale i skrzą się humorem.

Czerń i biel nasyca ekran łagodnością i liryzmem. Lecz zdjęcia Łukasza Żala nie są już tak delikatne jak w metafizycznej „Idzie” opowiadanej z punktu widzenia młodej, wciąż niewinnej dziewczyny. Najpierw chropowaty zapis rodzącego się socjalizm, później większy kontrast i mrok oddają ten sam świat z perspektywy ludzi, którym powojenna rzeczywistość złamała biografie. A wszystko w dawnym formacie ekranu 4:3.

Zachwycają też w „Zimnej wojnie” kreacje aktorskie. Joanna Kulig z precyzją oddaje metamorfozę prostej chłopki w dziewczynę, która śpiewa w paryskim „L’Eclypse”. Tomasz Kot potrafi w jednym spojrzeniu zawrzeć tęsknoty, jakie narastają w głównym bohaterze. Zaskakuje Borys Szyc na drugim planie. Jego partyjny urzędnik w swoim kulturalnym nuworyszostwie jest jednocześnie śmieszny i straszny. Bo przecież widz wie, że w Polsce na dekady zapanują czasy właśnie takich ludzi.
Odbierając canneńską nagrodę reżyser dziękował współscenarzyście, Januszowi Głowackiemu. Tłumaczył, że pisarz (notabene również emigrant) symbolizuje dla niego to, co jest w nas najlepszego: otwarcie na świat, gorzką ironię, tolerancję. I właśnie takiej polskości składa hołd Pawlikowski. Polskości wciąż narażanej na brutalną siłę populizmu, autorytaryzmu, rosnących reżimów.

Ten cichy list miłosny do polskiej kultury zrealizowany przez człowieka, który świetnie odnajdywał się za granicą, ale wrócił do kraju świadomie, nie pasuje do atmosfery dzisiejszej Europy, zżeranej przez nacjonalizmy. Ale może właśnie dlatego jest tak ważny?

Krzysztof Kwiatkowski, Zimna wojna, „Kino” 2018, nr 06, s. 66