dkf

„OSTATNIE PROSECCO HRABIEGO ANCILLOTTO” 05.11.2018 godz. 19:00
„THE PLACE” 12.11.2018 godz. 19:00
„NEAPOL SPOWITY TAJEMNICĄ” 19.11.2018 godz. 19:00
„DOGMAN” 26.11.2018 godz. 20:00

 

„OSTATNIE PROSECCO HRABIEGO ANCILLOTTO”

29 10 2018 dkf1

Reżyseria: Antonio Padovan

O FILMIE:
Inspektor Stucky prowadzi skomplikowane śledztwo w sprawie serii morderstw i tajemniczego samobójstwa hrabiego Desiderio Ancillotto, właściciela winnicy na wzgórzach. Choć może to się zdawać nieprawdopodobne, tę adaptację bestsellerowej książki z gatunku giallo zainspirowały prawdziwe wydarzenia. W 2010 roku północno-wschodnie Włochy zaczęły odczuwać recesję, której nikt się nie spodziewał. Tylko jeden sektor produkcyjny stawiał opór – prosecco. Historia rywalizacji w świecie wina staje się dla reżysera Antonio Padovana pretekstem do kryminalnej opowieści pełnej napięcia, humoru, pięknych kobiet, wioskowych dziwaków i urokliwych plenerów. W rolę nieco niezgrabnego, ale wnikliwego inspektora Stucky’ego wcielił się Giuseppe Battiston, włoski gwiazdor doskonale znany polskiej publiczności z takich filmów jak ubiegłoroczna komedia „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” i dramat „Po latach”.

Przywiązanie do własnego regionu urasta we włoskiej kulturze niemalże do rangi fetyszu. Ten specyficzny rodzaj lokalnego patriotyzmu określa się mianem „campanilismo”. Mieszkaniec stolicy Kampanii zawsze będzie czuł się najpierw neapolitańczykiem, a dopiero w dalszej perspektywie Włochem.

Podobnie mieszkaniec Turynu czy Palermo – owa przypadłość emocjonalna tyczy się całego Półwyspu Apenińskiego wraz z jego wyspami. Bez trudu zatem można żywić w Italii przekonanie o własnej obcości, odmienności czy też wyjątkowości. O tej pełnej wyrzeczeń i paradoksów miłości do swojej ziemi opowiada w debiutanckim dziele Antonio Padovan.

W rozpoczynającej film sekwencji hrabia Desiderio Ancillotto dramatycznie i dość teatralnie żegna się z życiem. Śmierć mężczyzny jest dopiero początkiem wielu kuriozalnych, niemalże metafizycznych zdarzeń na spowitych słońcem wzgórzach Prosecco w prowincji Conegliano i Valdobbiadene (region Veneto w północno-wschodniej Italii). Czy nieboszczyk może zabić po odejściu ze świata żywych?

Jakiego rodzaju zemstę zaplanował tytułowy hrabia? Sprawą zajmuje się świeżo upieczony inspektor Stucky (znany polskiej publiczności Giuseppe Battiston, gwiazda komediowego hitu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”). Trzeba przyznać, że nazwisko stróża brzmi obco. Nic dziwnego – nasz bohater ma korzenie zarówno weneckie jak i perskie.

Osobliwa mieszanka przekłada się na równie osobliwy stosunek do otaczającej rzeczywistości. Osierocony Stucky jest stetryczałym samotnikiem, dość nieufnym i chaotycznym. Z rezerwą traktuje perskiego wuja Cyrusa, bodaj jedynego krewnego, który pozostał mu przy życiu. Inspektor wstydzi się swojej przeszłości, wciąż go coś uwiera i nie mam na myśli tylko niedopasowanych rozmiarem ubrań, które stanowią jeden z lepszych gagów w filmie (wystarczy przywołać obraz marynarki slim fit w kolorze ceglastym).

W nowym stuleciu włoska kinematografia zerwała z tzw. „Rzymocentrycznością” i zaczęła odkrywać piękno innych, słabiej znanych widzom krain. Krajobraz stał się też przestrzenią, w którą bohaterowie wpisują swoje lęki, marzenia i refleksje. Dla Stucky’ego rozwiązanie zagadki kryminalnej jest równoznaczne z odkryciem prawdy o samym sobie, szansą na rozliczenie się z własną – chwilami bolesną – przeszłością.

Pejzaże stanowią bodaj najatrakcyjniejszą część debiutu Padovana, trudno bowiem nie rozpłynąć się w malowniczym majestacie Wzgórz Prosecco. Stałym elementem krajobrazu są także postacie o specyficznym poczuciu humoru, niekiedy szalone czy irracjonalne, ale zdecydowanie pogodne, pozytywne. Region Conegliano i Valdobbiadene jawi się zresztą jako miejsce, w którym możliwy jest dobroduszny dialog między żywymi a zmarłymi. Miejsce, gdzie tradycja (i pragnienie jej kontynuowania – nawet za wszelką cenę) stanowi najwyższą wartość. Po seansie, oprócz wypicia lampki tytułowego trunku, warto też przemyśleć kierunek nadchodzących wakacji.

Tym, co może nieco rozczarować w debiucie Padovana, jest przeprowadzenie samej intrygi. Może warto było zrezygnować z kilku zbyt długich ujęć twarzy podejrzanych lub istotnych w śledztwie detali, a także z ilustrującej najskrytsze zamiary postaci muzyki czy chwilami nużącej powtarzalności niektórych motywów (np. mamrotanie „wiejskiego głupka” sprzątającego cmentarze). Bez wyczerpującej gimnastyki umysłowej widz wpadnie przedwcześnie na rozwiązanie zagadki. W filmie włoskiego debiutanta o wiele istotniejszym pytaniem niż „kto zabił” jest „dlaczego” – dlaczego tak uczynił.

Przekorne nawiązanie w polskim tytule do arcydzieła Stanisława Barei i słynnej „ostatniej paróweczki hrabiego Kenta” nie odpowiada ilości i rodzajowi zawartego w filmie humoru. Powiedzmy sobie szczerze: nie jest aż tak śmiesznie jak w „Misiu”, choć misiowaty inspektor skradnie wam niejeden uśmiech. Po tej dawce filmowego prosecco wychodzi się z kina przyjemnie zakręconym i w zdecydowanie pogodnym nastroju. A następnego dnia nie ma kaca.

Diana Dąbrowska, Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto, „Kino” 2018, nr 07, s. 74

 

„THE PLACE”

29 10 2018 dkf2

Reżyseria: Paolo Genovese

O FILMIE:
Psychologiczny thriller, w którym reżyser Paolo Genovese, podobnie jak w swoim poprzednim filmie – rewelacyjnej komedii obyczajowej „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, bierze pod lupę moralność i mroczne tajemnice ludzkiej duszy. Tajemniczy mężczyzna codziennie siedzi przy tym samym stoliku w tej samej restauracji, rozmawiając z osobami, które przychodzą do niego po nietypową pomoc. Każdy z nich czegoś pragnie, ma marzenie trudne do spełnienia, jeśli w ogóle nie niemożliwe. Jednak dla mężczyzny wszystko jest wykonalne. „Możesz to osiągnąć”, powtarza każdemu. Ale warunkiem jest wykonanie specjalnego zadania, dzięki czemu najskrytsze życzenia się spełnią. Kim właściwie jest ten człowiek i kto wyznacza reguły tej dziwnej gry przy stoliku?

„The Place” to przyjemne spełnienie oczekiwań. Po znakomitym sukcesie poprzedniego filmu Paolo Genovese „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” zasiada się przed ekranem z życzliwością, ale i wymaganiami. Z kina nikt nie powinien wyjść zawiedziony.

Nie jest to do końca kino włoskie, bo film powstał na podstawie amerykańskiego serialu „The Booth at the End”. Nie jest to żaden minus, ponieważ przesłanie jest bardzo uniwersalne: taką samą historię można nakręcić w każdym innym kraju. Scenariusz jest intrygujący i wciągający. Wciągający do tego stopnia, że wzbudza ciekawość o serial, który był pierwowzorem. Choć w filmowej wersji historia jest zwarta i kompletna, to myślę, że jest to umiejętne przearanżowanie scenariusza, a nie jakaś gruntowna poprawka. Ta sama opowieść rozłożona na dwa krótkie sezony (po pięć odcinków) może być równie angażująca.

Z sukcesem wykorzystano koncept jednej zamkniętej przestrzeni, w której toczy się akcja. Nie jest to „Dwunastu gniewnych ludzi”, w których wrażenie ciasnoty wzmaga rozdrażnienie i poziom adrenaliny. Po pierwsze przestrzeń jest tu mimo wszystko bardziej otwarta, ponieważ akcja toczy się w kawiarni z dużymi oknami, a czasem mamy ujęcia z zewnątrz na front budynku z neonem „The Place”. Po drugie celem nie jest wywołanie poczucia klaustrofobii i zamknięcia. „The Place” jest metaforą. Gdzieś za drzwiami knajpy toczy się życie bohaterów, ale po przestąpieniu progu lokalu, gdy przysiądą się do stolika tajemniczego mężczyzny, ich życie staje się opowieścią: wnikamy w ich pragnienia, myśli, najczarniejsze i najjaśniejsze zakątki duszy.

Tajemniczy mężczyzna siedzi wciąż przy tym samym stoliku, z notesem pełnym zdawałoby się chaotycznych zapisków. Przychodzą do niego najróżniejsi ludzie i w zamian za spełnienie swoich pragnień, wykonują zlecone przez niego zadania. Czasem dobre, ale zdecydowanie częściej złe. Wszyscy próbują się targować i wszyscy mają rozterki moralne, ale zawsze wracają do stolika, aby dać mężczyźnie powód do wypełniania notesu.

Dzięki zamknięciu akcji w jednym pomieszczeniu, w dodatku tak znamiennie nazwanym, „The Place” nabiera charakteru przypowieści o mrocznej walce, która toczy się w każdym z nas. Mężczyzna, który jest władny spełniać marzenia, celowo nie ma imienia. W jego zmęczonej, zmarszczonej twarzy o smutnych oczach bohaterowie odbijają się jak w lustrze. Czymś więcej niż lustrze, ponieważ patrzą na niego z odwagą, bez zawahania mówią mu prawdę o swoich motywacjach, planach; obmyślają okrucieństwa, które mają doprowadzić ich do celu. Całe szczęście w tej smutnej opowieści pojawia się też nadzieja w postaci kelnerki imieniem Angela, która od mężczyzny niczego nie chce. Jedynie poznać go i być może pokochać.

Na uwagę zasługuje gra aktorska, ponieważ trzeba dobrego rzemiosła, aby unieść sceny składające się tylko z dialogów przy kawiarnianym stoliku. Wszyscy są w stanie utrzymać uwagę widza, a nawet trzymać go w napięciu, mimo że tak naprawdę w filmie nie ma żadnej akcji. Jest to też oczywiście zasługa dobrego scenariusza, ale bez dobrych aktorów nawet najlepszy scenariusz jest na nic. Moją uwagę przykuła szczególnie Alba Rohrwacher, o której wspominałam już entuzjastycznie w recenzji „Złaknionych”, gdzie towarzyszyła Adamowi Driverowi. Tutaj wciela się w rolę zakonnicy borykającej się z utratą wiary.

Pozytywny odbiór filmu „The Place” zakłóca tylko jeden drobiazg. Jest tu kilka scen kręconych niby z monitoringu kawiarni. Zdawałoby się, że musi mieć to jakiś konkretny sens. Czy ktoś podgląda/dogląda bohaterów? Czuwa nad nimi albo wręcz przeciwnie, obserwuje ich niczym w pułapce? Tego widz niestety nigdy się nie dowie. W całym filmie nie ma uzasadnienia dla takiego zabiegu. Ale po co właściwie czepiać się takich szczegółów, kiedy otrzymuje się naprawdę dobre kino?

Joanna Raflesz, Okiem Krytyka

 

„NEAPOL SPOWITY TAJEMNICĄ”

29 10 2018 dkf3

Reżyseria: Ferzan Özpetek

O FILMIE:
Zmysłowy i niepokojący film noir autorstwa wielokrotnie nagradzanego włoskiego reżysera tureckiego pochodzenia Ferzana Özpetka, znanego z takich dzieł jak „Mine vaganti. O miłości i makaronach”, „Okna”, „On, ona i on” czy „Noc w haremie”.
Podczas okultystycznej neapolitańskiej ceremonii w domu swojej ciotki, lekarka patolożka Adriana zostaje uwiedziona przez przystojnego młodzieńca Andreę. Oboje spędzają upojną noc w mieszkaniu kobiety. Rankiem Andrea prosi Adrianę o ponowne spotkanie popołudniu, jednak nie pojawia się na nim w wyznaczonym miejscu i godzinie. Następnego dnia, ku swojemu przerażeniu, Adriana odkrywa, że zamordowany młody człowiek, którego sekcję zwłok ma przeprowadzić, to nie kto inny jak Andrea.
Dodatkowo Adriana dowiaduje się od inspektorów policji, że Andrea posiadał jej nagie zdjęcia. Wkrótce potem patolożka postanawia na własną rękę zbadać okoliczności tajemniczej i brutalnej śmierci Andrei. Wtedy też w mieście pojawia się człowiek, który wygląda dokładnie tak jak jej zmarły przyjaciel…

W barokowej scenerii mieszczańskiego salonu odbywa się przyjęcie, podczas którego Pasquale (Peppe Barra, neapolitański aktor teatralny i muzyk, ikona lokalnej sceny gejowskiej) wystawia obsadzony wyłącznie mężczyznami spektakl o miłości. Za chwilę zostaje on niejako powtórzony – już w wersji damsko-męskiej – podczas towarzyszącego występowi bankietu.

Tu Adriana (Giovanna Mezzogiorno) poznaje młodszego od siebie Andreę (Alessandro Borghi) i po kilku lampkach wina tudzież krótkim acz skutecznym seansie uwodzenia („Niestety mam spotkanie jutro o dziesiątej, na którym będę strasznie zmęczony, bo spędzę całą noc z tobą”) ulega jego urokowi.

Zaklęcie działa: trafiają razem do mieszkania, a po rozkosznej nocy umawiają się na randkę w neapolitańskim Muzeum Archeologicznym. Tam jednak mężczyzna się nie pojawia. Niedługo potem pracująca jako sądowy patolog Adriana rozpoznaje kochanka w zwłokach. Czyżby – w co ze względu na doświadczenia z dzieciństwa głęboko wierzy – ciążyła na niej klątwa? Czy jest kobietą fatalną, rozdającą pocałunki śmierci?

Pytań jest tu więcej niż odpowiedzi, bo „Neapol spowity tajemnicą” chętnie je mnoży, korzystając z poetyki kryminału i dreszczowca, a starając się jednocześnie być filmem spirytystycznym i melodramatem. Nic dziwnego, że gubi się w tych konwencjach i w żadnej do końca nie przekonuje. Jakby tego było mało, przyświeca mu, zaznaczona już w pierwszej scenie (a nawet w poprzedzającej ją dedykacji „a Napoli”), ambicja złożenia hołdu kulturze najniezwyklejszego z włoskich miast, w którym łączą się wszystkie style architektoniczne, w którym Wezuwiusz sąsiaduje z górą śmieci, a opera z pizzą.

Włoska prasa nazwała zresztą najnowszy film Ferzana Özpetka neapolitańskim „Wielkim pięknem” – podobnie jak u Sorrentino i tu znane z folderów atrakcje turystyczne napełniane są znaczeniami i ożywają. Prócz wspomnianego Muzeum Archeologicznego, także rzeźba Chrystusa spowitego całunem z San Severo dłuta Giuseppe Sanmartino, od którego film wziął oryginalny tytuł, czy wnętrza Palazzo Sanchez de Leon, które pamiętają jeszcze realizację „Złota Neapolu” de Siki i „Podróży do Włoch” Rosselliniego.

Już w czołówce pojawiają się monumentalne schody Palazzo Mannajuolo, spektakularnie sfilmowane przez Gian Filippo Corticelliego, nagrodzonego za zdjęcia do filmu dwoma najważniejszymi włoskimi nagrodami filmowymi: Srebrną Taśmą i Dawidem Donatella. Trudno nie skojarzyć tych ujęć z „Zawrotem głowy” i rzeczywiście w warstwie fabularnej mamy tu do czynienia z podobnymi tropami nieprzepracowanej żałoby, niestabilności psychicznej, a także fabrykowania sobowtóra.

Özpetek szczególnie mocno eksponuje właśnie zaczerpnięty z Hitchcocka, ale i z poetyki gotyckiej, motyw „doppelgängera”: Adriana i jej matka, Andrea i jego brat, ale też Adriana i Andrea, noszący imiona składające się z tych samych liter, przyjmujący ten sam rudawy kolor włosów. Wszystko tu jest podwójne, niepewne, podkreśla postawioną na początku filmu tezę, że „człowiek nie potrafi znieść zbyt dużej dawki prawdy”.

Magiczną aurę potęguje jeszcze obsesja neapolitańczyków na punkcie liczb (wcześniej opowiadał o niej chociażby dokument „Liczby i marzenia” Anny Bucchetti) czy inspirowana muzyczną tradycją stolicy Kampanii ścieżka dźwiękowa Pasquale Catalano. W tej miejskiej symfonii, eksponującej bogactwo tradycji Neapolu, wybrzmiewa jednak coś fałszywego, a nastrojowość nie wystarcza, żeby uznać „Neapol spowity tajemnicą” za film udany.

Özpetek – jak wcześniej w Istambule czy w Lecce – tym razem wyraźnie zakochał się w Neapolu (strzała Amora dosięgnęła go, gdy wystawiał tam kilka lat temu „Traviatę”), ale uczucie to każe mu gruntownie wyczyścić miasto z brudu, krzykliwości, przestępczości. Czyli tego wszystkiego, co stanowi o jego dzikim charakterze, który znać choćby ostatnio w wideoklipach Liberato – objawieniu neapolitańskiej sceny muzycznej, ukrywającym swą tożsamość niczym neapolitańska pisarka Elena Ferrante.

Oczywiście reżyser ma prawo widzieć miasto tak, jak chce, nawet jeśli w jego spojrzeniu czuć jeśli nie turystę to przynajmniej pięknoducha. Matteo Garrone, z którego filmów też przecież przebija miłość do Neapolu, nigdy by sobie na to nie pozwolił. Być może Ferzan Özpetek zwyczajnie nie jest twórcą tej klasy, choć dawniej pokładano w nim duże nadzieje.

W niektórych filmach Özpetka więcej było elementów osobistych („On, ona i on”, 2001), w innych popularnych („Mine vaganti – o miłości i makaronach”, 2010), ale we wszystkich pojawiał się stały zestaw interesujących go motywów. Wśród nich: upodobanie do scen grupowych (rodzina, a także wytwarzanie alternatywnych modeli rodziny) oraz celebrowanie szeroko rozumianego włoskiego stylu życia i przyjemności zmysłowych – od jedzenia, przez muzykę, po erotykę, w tym homoerotykę.

Wszystko to odnajdziemy także i w „Neapolu spowitym tajemnicą”. Choć charakterystycznych dla reżysera wątków gejowskich jest mniej, mocno wypada odważna scena miłosna, w której Özpetek na równi zachwyca się Alessandro Borghim, co Giovanną Mezzogiorno. Aktorka, którą po występie w „Ostatnim pocałunku” (2001) Gabriele Muccino mocno skojarzono ze średnim kinem autorskim, poprzednio wystąpiła u Özpetka czternaście lat temu w „Oknach”.

Teraz oglądamy ją w roli, którą uciec chce od utrwalonego później w „Miłości w czasach zarazy” i „Spotkaniu w Palermo” emploi zwiewnej piękności. Adriana, wykonująca mało eteryczny zawód patologa (co może nazbyt dosłownie podkreślać ma związek Neapolu ze śmiercią), jest dojrzalsza, pulchniejsza, nosi niekorzystną fryzurę.

I jeśli szukać wartości w najnowszym dziele Özpetka, to chyba właśnie w tych drobnych przesunięciach. Niegdyś to James Stewart patrzył na Kim Novak, nigdy odwrotnie. Teraz dojrzała kobieta z całą swą sensualnością, a nawet – dozwolonym i niestygmatyzowanym – szaleństwem, może dumnie stanąć na pierwszym planie. A kamera może trzymać jej stronę.

Adam Kruk, Neapol spowity tajemnicą, „Kino” 2018, nr 08, s. 78-79

 

„DOGMAN”

29 10 2018 dkf4

Reżyseria: Matteo Garrone

O FILMIE:
Rewelacja tegorocznego festiwalu Cannes! Złota Palma dla Najlepszego Aktora. Skąpane w deszczu i kokainie włoskie miasteczko i opowieść o małym, wielkim człowieku — psim fryzjerze, który musi się odgryźć. Mieszkańcy włoskiego miasteczka wiedzą, że Marcello, miejscowy psi fryzjer, nie skrzywdziłby nawet muchy. Niepozorny, ale lubiany przez wszystkich, dzieli swój czas między pracę, wychowywanie córki i okazjonalny handel kokainą. Z powodzeniem unika kłopotów, przynajmniej dopóki nie pojawia się Simone – trzęsący całą okolicą, wiecznie naćpany osiłek. Kiedy po raz kolejny bezwzględnie wykorzysta naiwność Marcella, psi fryzjer będzie musiał się odgryźć.

Jak pisał Italo Calvino: „Piekło żyjących nie jest czymś, co będzie, piekło żyjących jest już tutaj, jest to piekło, w którym codziennie mieszkamy, które tworzymy, będąc razem”. Przywołany cytat lakonicznie oddaje istotę najnowszego filmu Mattea Garrone, twórcy dobrze znanego polskiej publiczności za sprawą takich dzieł jak nagrodzone w Cannes „Gomorra” (2008) i „Reality” (2012), a także baśniowy „Pentameron” (2015).

Włoski reżyser powraca na południe Italii i proponuje widzom współczesny tragikomiczny western, w którym istotną rolę pełnią nie tylko ludzie, lecz także psy.

Tytułowy „Dogman”, czyli psi fryzjer Marcello (w tej roli znakomity Marcello Fonte, zdobywca tegorocznej nagrody aktorskiej na festiwalu w Cannes), jest w równej mierze dobroduszny, co pechowy i samotny. Średnio powodzi mu się w życiu, ale ludzie i psy go lubią. Marcello ma jednak dwie słabości. Jedną z nich jest kokaina, drugą zaś podziw i perwersyjny rodzaj sympatii dla terroryzującego otoczenie osiłka Simoncino.

„Dogman” stanowi filmową wariację – czy, lepiej, interpretację jednej z najmroczniejszej kart włoskiej kroniki kryminalnej lat 80. Co ciekawe, Garrone był zafascynowany historią rzymskiego Psiarza (Er canaro) jeszcze przed zrealizowaniem „Gomorry” (2008).

Co w tej traumatycznej opowieści przykuło uwagę Włocha? Odpowiedź na to pytanie wydaje się prosta – historia Psiarza kręci się wokół prawdy i fałszu, odwagi i tchórzostwa zarazem. A włoskiego reżysera od początku kariery uwodzą skrajności, szaleństwo, obsesja, a przede wszystkim – koszmary.

Pierwowzór filmowego Marcella, Pietro de Negri, przyznał się pewnego dnia do zabójstwa boksera Giancarla Ricciego, którego okaleczone i zwęglone ciało odnaleziono na wysypisku śmieci. Mężczyźni znali się wcześniej – chuderlawy psi fryzjer był przez mięśniaka terroryzowany, podobnie jak reszta mieszkańców rzymskiej suburbii.

„Raniłem go, dusiłem, przypalałem, ostatecznie uśmierciłem. Wszystkiego dokonałem sam” – zeznał otwarcie de Negri. Śledztwo policji wykazało jednak, że sprawca pozostawał wówczas pod wpływem narkotyków (od których, swoją drogą, był uzależniony), a co ważniejsze – na ciele zakatrupionego mężczyzny nie odnaleziono dowodów na prawdziwość zeznań Psiarza (w których roiło się od makabrycznych szczegółów, na przykład o duszeniu boksera jego własnymi obciętymi genitaliami).

Sprawa nie została do dziś w pełni wyjaśniona, sugeruje się wręcz, że mogły być w jej przebieg zamieszane osoby trzecie (apodyktyczny bokser, co nie wprawia w zdumienie, miał dużo wrogów). Czemu więc De Negri, niemalże z dumą, wziął całą winę na siebie?

„Dogman” to o film o zemście, ale również o desperackiej potrzebie zachowania godności w świecie, w którym rządzi prawo silniejszego, a jedynym wyjściem wydaje się przemoc” – stwierdził w jednym z wywiadów włoski reżyser.

Podobnie jak „Gomorrę”, najnowsze dzieło Garrone charakteryzuje spojrzenie antropologiczne – reżysera nie interesuje faktograficzna wierność (czas akcji, imiona postaci, szczegółowy przebieg wydarzeń zostały zmienione). Film jako medium nie musi spełniać roli rzetelnej kroniki, powinien za to być narzędziem służącym do odkrawania na ekranie zainfekowanych przemocą i bezprawiem elementów włoskiej, w tym wypadku, rzeczywistości.

Filmowy „Dogman” to przede wszystkim troskliwy ojciec i opiekun, człowiek spokojny, serdeczny, kochający zwierzęta. Sam Garrone określa go często mianem współczesnej wersji Bustera Keatona. Redefiniując kategorie ofiary i kata, włoski twórca rysuje na ekranie intrygujące studium przemiany.

Zastraszany i stale poniżany everyman wznosi się na wyżyny swoich możliwości (zarówno fizycznych jak i psychicznych) i dokonuje przełomu – w życiu własnym i otoczenia. „Dogman” to przede wszystkim mityczna opowieść o apokalipsie codzienności, w której prosty człowiek urasta do roli wybawcy.

Diana Dąbrowska, Dogman, „Kino” 2018, nr 09, s. 75

Poprzedni artykułXIX edycja Ogólnopolskiego Turnieju w Tańcu Sportowym o Puchar Burmistrza Kwidzyna
Następny artykułAndrzej Grabowski: „Żywot człowieka zabawnego”