teatry uliczne

Kwid„Lęk wysokości” 01.10.2012 godz. 18.00
„2 dni w Nowym Jorku” 08.10.2012 godz. 19.00
„Najsamotniejsza z planet” 15.10.2012 godz. 19.00
„Wrong” 22.10.2012 godz. 19.00
„Opowieści, które żyją tylko w pamięci” 29.10.2012 godz. 19.00

„Lęk wysokości”

20121002 Lęk wysokości

reżyseria Bartosz Konopka

Fabularny debiut nominowanego do Oscara i nagrodzonego na festiwalu w Berlinie reżysera „Królika po berlińsku”, Bartosza Konopki, to poruszająca historia telewizyjnego spikera Tomka (Marcin Dorociński, nagrodzony Złotymi Lwami za kreację pierwszoplanową na Festiwalu w Gdyni), którego świetlaną karierę i poukładane życie rodzinne zakłóca wiadomość o poważnych problemach ojca (Krzysztof Stroiński, laureat Polskiego Orła za wybitną kreację w „Rysie”). Czy skoncentrowany dotąd na osobistym sukcesie dziennikarz będzie w stanie zrozumieć i wziąć odpowiedzialność za człowieka, z którym znowu połączył go kapryśny los?
Gorąco przyjęty przez publiczność i krytykę na ostatnim Festiwalu Polskich Filmów w Gdyni „Lęk wysokości” zaimponował widzom nie tylko znakomitym aktorstwem (Marcina Dorocińskiego i Krzysztofa Stroińskiego wspiera laureatka Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego – Magdalena Popławska), ale także dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach stronę wizualną. Twórcy powoli ujawniają tajemnice bohatera za sprawą wirtuozerskiego montażu scen współczesnych i zaskakujących retrospekcji autorstwa Jarosława Barzana („Ciało”, „Testosteron”, „Lejdis”), wysmakowanych zdjęć Piotra Niemyjskiego („Oda do radości”, „Nie opuszczaj mnie”), za które zdobył specjalne wyróżnienie jury 60. Miedzynarodowego Festiwalu Filmowego w Mannheim-Heidelberg oraz nagrodzonej na festiwalu w Gdyni charakteryzacji Janusza Kalei.
„Lęk wysokości” opowiada o emocjach; emocje budzą się w widzach, ale na szczęście nie ma ich na ekranie, bo wtedy mielibyśmy do czynienia z szantażem emocjonalnym. „Lęk wysokości” to film wyciszony, choć takie określenie może w przypadku opowieści o chorobie psychicznej wydać się paradoksalne, ale film Konopki jest wyciszony, bo wyciszony jest główny bohater. Inaczej by nie przetrwał. A wyciszony nie znaczy pozbawiony emocji, tylko dojrzały. Dlatego jest tak spokojnie. Jak wiadomo reżyser opowiada film przez szwenkiera, a tym, co uderza w sposobie prowadzenia kamery przez Piotra Niemyjskiego, jest spokój i wyciszenie.
W interpretacji Bartka Konopki miłość to kwestia wyboru, a dojrzałość to świadomość konsekwencji, jakie wiążą się z wyborami. To pogodzenie się z odpowiedzialnością i ze świadomością, że idealnie raczej nie będzie, choć czasami bywa. Choćby w chwili pierwszego spojrzenia na nowo narodzone dziecko. Bartek Konopka na bazie bardzo osobistego doświadczenia, zasugerowanego już w etiudzie absolutoryjnej „Czubek”, zrealizował film, w którym odnajdują się ci, którzy widzą w „Lęku wysokości” opowieść o tym, jak to jest być dzieckiem a jak – rodzicem, także ci niepogodzeni z faktem, że może należałoby jednak dojrzeć, i wreszcie ci, którzy nie godzą się na to, że upływ czasu dotyczy także naszych rodziców. „Lęk wysokości” to film mądry i bardzo potrzebny, zwłaszcza dzisiejszym prawie czterdziestolatkom.
Katarzyna Taras, Lęk wysokości, „Kino”

„2 dni w Nowym Jorku”

20121002 Woody Allen

reżyseria Julie Delpy

Owacyjnie przyjęta na festiwalu w Sundance kontynuacja „2 dni w Paryżu”, porównywanych przez krytykę z najlepszymi komediami Woody’ego Allena. Po rozstaniu z Jackiem, Marion (Julie Delpy) przenosi się do Nowego Jorku, gdzie, przygotowując wystawę swoich fotografii, poznaje słynnego prezentera radiowego Mingusa (Chris Rock). Wszystko zdaje się ich dzielić, ale to właśnie w ramionach obdarzonego wyjątkowo ciętym dowcipem gwiazdora eteru ponętna Francuzka znajdzie pocieszenie po miłosnym zawodzie. Ich sielankę zakłóci nagła wizyta ekscentrycznego ojca Marion (ojciec reżyserki Albert Delpy)  i jej wiecznie niezaspokojonej seksualnie siostry. W dodatku, gdy pracami utalentowanej artystki zainteresuje się bogaty playboy (Vincent Gallo, nagrodzony na Festiwalu w Wenecji za kreację w „Essential Killing” Jerzego Skolimowskiego), nowojorski romans barwnej pary zamieni się w prawdziwą lawinę kulturowych i  miłosnych nieporozumień.
Jest w „2 dniach” sporo staroświeckiego uroku. To elegancka komedia, co warto zaznaczyć, bo zbyt rzadko takie trafiają na nasze ekrany. Nie twierdzę, że nie lubię śmiać się głęboko z trzewi z nieprzyzwoitych dowcipów, jakie oferuje nam prawie każdy komediowy hit zza oceanu. Ale fajnie od czasu do czasu obejrzeć obraz, która ma trochę klasy, w której humor jest oparty na niuansie i ma więcej subtelności od atakującego czołgisty. I nie chodzi o to, że Delpy obraca się w sferze kwiatków i motylków wszystko wokół spryskując perfumami. Wręcz przeciwnie: wiele tu żartów dosadnych i związanych z seksem.
Ale są one wygrane z dużym wyczuciem, nadano im jakąś formę umowności, tak że nawet sprośne dowcipy ojca brzmią dość niewinne. Twórczyni serwuje nam wszystko z gracją, chciałoby się stereotypowo powiedzieć – bardzo francuską.
A z czego się śmieje? Prócz seksu drugi temat prowadzący to sami Francuzi. Podróż zaczyna się od tego, że ojciec „przemyca” do Stanów rodzime kiełbasy i sery przyklejone do ciała, a potem odmawia umycia się. W dialogach dużo jest lapsusów językowych i przytyków gości do siebie nawzajem oraz czarnoskórego gospodarza. Francuzi są złośliwi, dziwaczni i politycznie niepoprawni. „2 dni” wygarniają im to bez pardonu, ale robią to z dużą czułością, bez chęci znęcania się nad bohaterami. Filmweb

„Najsamotniejsza z planet”

20121002 Najsamotniejsza z planet

reżyseria Julia Loktev

To luźna adaptacja opowiadania Expensive trips nowhere Toma Bissella. Historia miłości, zdrady i wybaczenia, wnikliwe studium związku wystawionego na próbę na skutek jednego nieprzemyślanego gestu. Julia Loktev – Amerykanka rosyjskiego pochodzenia – pokazuje, jak dalece wspólne podróżowanie testuje relacje między ludźmi i ich wzajemne zaufanie oraz bada co dziś oznacza być kobietą i mężczyzną, balansując między nowoczesnym równouprawnieniem a staroświeckim konceptem silnego mężczyzny i bezbronnej kobiety.
Krytyczny moment wyprawy staje się testem męskości Alexa, który ten – według Niki – oblewa. Oryginalny tytuł to również ironiczne odniesienie do biblii żądnych przygód podróżników – przewodników turystycznych The Lonely Planet – krytykowanych za jednostronną, uproszczoną, często stereotypową wizję świata i ludzi.
Nie interesują mnie złe rzeczy, które przydarzają się dobrym ludziom. Interesują mnie dobrzy ludzie, którzy robią złe rzeczy. Alex i Nica zachowują się inaczej niż kiedykolwiek by przypuszczali (dotyczy to ich samych i oczekiwań wobec siebie nawzajem), oboje zachowują się też inaczej niż by chcieli. Gdy wydarza się dramat będący osią akcji oboje są całkowicie zaskoczeni. Okazuje się, że nie są tym, za kogo się uważali, ani tym, kim chcieliby być. Zdumiewa mnie różnorodność reakcji na punkt kulminacyjny filmu. Bałam się, że widzowie uznają zachowanie Alexa za niewybaczalne, stwierdzą, że nie jest on prawdziwym mężczyzną i spiszą go na straty. I niektórzy tak robią.
Jednak inni mówią: „W czym problem? Przecież próbował naprawić błąd. Dlaczego ona jest taka poruszona?”. Zaczynam rozumieć, że ich reakcja na film mówi tyle samo o filmie, co o nich samych, ponieważ wynika z kulturowych i osobistych doświadczeń.
Ale słowa mają w tym filmie znaczenie drugorzędne, najważniejszy jest obraz: posępne piękno gór Kaukazu, na którego tle poruszają się trzy mrówki – turyści i ich przewodnik. Nie wiadomo, dokąd ani po co idą, Gruzin z dystansu
obserwuje młodych, którzy jak dzieci stają na głowie w obliczu potężnej góry lub turlają się z trawiastego zbocza. Także w łączącym ich uczuciu jest coś niedojrzałego – to bardziej młodzieńcza fascynacja zbudowana na seksie niż gotowa na poświęcenia miłość. W pewnej chwili nadchodzi moment próby: spotkanie na górskiej ścieżce z trójką wędrowców. Dwóch dorosłych i chłopiec wdaje się w pogawędkę z przewodnikiem, nagle jeden z mężczyzn kieruje w stronę turystów karabin. W pierwszym odruchu Amerykanin kryje się za dziewczyną, po chwili jednak występuje przed nią, zasłaniając swoim ciałem. Za moment cała sytuacja okaże się głupim żartem, ale wystarczyła sekunda, moment zawahania, by między zakochanymi coś pękło. Od tej chwili kobieta wędrować będzie sama, jej zdezorientowany partner poczuje się odtrącony, a przewodnik – do tej pory bierny obserwator – włączy się do odwiecznej gry. Nie wiadomo tylko, czy będzie to gra o władzę (którą i tak posiada jako jedyny znający teren), o kobietę między dwoma mężczyznami – w najprostszym, stadnym bądź plemiennym, rozumieniu tego określenia, czy też gra między kobietą a mężczyzną. Intymna bliskość między młodymi, cała ich miłość bierze w łeb – i to w obliczu monumentalnej przyrody. Pozostają tylko trzy samotne planety: przewodnik, którego życie uczuciowe znaczone jest klęskami, zagubiony Amerykanin, który zwyczajnie nie rozumie tego, co się stało, i kobieta, dla której wyprawa w góry – być może droga w poszukiwaniu wolności – zamienia się w upokorzenie, uświadamia bowiem jej bezradność i sytuację zamknięcia między dwoma samcami, niepotrafiącymi uszanować a może zrozumieć jej prawa do wolności. Taki jest los najsamotniejszej z planet we wszechświecie.Ale nawet jeśli pominie się tę feministyczną interpretację filmu Julii Loktev, trudno o bardziej subtelną analizę relacji międzyludzkich, popartą niezwykle naturalnym aktorstwem trójki wykonawców. Wchodząc na plan „Najsamotniejszej z planet” porzucili przysługujący im status celebrytów, by pokazać prawdziwych ludzi w ich pierwotnym środowisku. Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało z pespektywy mieszkańca zalanych betonem i wypełnionych szumem samochodów wielkich miast. Konrad J. Zarębski, Najsamotniejsza z planet, „Kino”

„Wrong”

20121002 Wrong

reżyseria i scenariusz Quentin Dupieux

Pewnego dnia Dolph Springer budzi się i stwierdza, że zniknęła miłość jego życia – pies Paul. Poszukiwania ukochanego zwierzęcia zawiodą bohatera na zupełnie pokręcone ścieżki, a także radykalnie zmienią losy spotkanych osób – dziwaków i ekscentryków. Podczas tej niezwykłej podróży Dolph nawet nie zauważa, że może stracić coś jeszcze. Zdrowy rozsądek.
„Wrong” to surrealistyczna komedia w reżyserii Quentina Dupieux, znanego wielbicielom muzyki elektro jako Mr. Oizo. Film debiutował w konkursie tegorocznego festiwalu w Sundance, wzbudzając entuzjazm publiczności i krytyki. O „Wrong”, w którym bohaterowie wczesnych filmów braci Coen zabłądzili w świecie „Zagubionej autostrady” Davida Lyncha, pisano że to najbardziej szalony i jednocześnie najśmieszniejszy film festiwalu. Sam Dupieux okrzyknięty został łamiącym konwencje wizjonerem kina.
Dzień Dolpha Springera (Jack Plotnick) zaczyna się o godzinie 7.60, której zwykle nie udaje się zobaczyć. On chyba nie uważa tego za dziwne; dziwność istnienia dopada go dopiero, gdy uświadamia sobie zniknięcie ukochanego towarzysza życia, psa o imieniu Paul. Widz tymczasem od początku konfrontuje się z drobiazgami, które mogłyby zmieścić się w jakimś logicznym, nie budzącym podejrzeń porządku – jak stałe parkowanie bohatera na miejscu dla niepełnosprawnych; mogłyby zostać wyjaśnione psychologicznie – jak to, że Dolph konsekwentnie jeździ do pracy, choć nie musi; oraz takimi, które nie znajdują żadnego wyjaśnienia – jak to, że w jego biurze bezustannie pada tropikalny deszcz, co najwyraźniej nie przeszkadza pracownikom. Wszystkie razem (a przedstawiam tu tylko niektóre z elementów tej konstrukcji) tworzą spójną w swojej niespójności rzeczywistość absurdu.„Wrong” nie nazwałabym zatem filmem śmiesznym czy nawet zabawnym (co nie znaczy, że taki nie bywa).
Przede wszystkim to właśnie film dziwny, Choć niektóre pomysły Dupieux wydają się nieco wysilone – zapewne także dlatego, że twórca poczytuje sobie za obowiązek stale widza zaskakiwać i stale wymyślać absurdalne sytuacje – to zarazem całość broni się jako konstrukcja, inaczej niż w „Oponie”, gdzie siła wyjściowego pomysłu dość szybko wyczerpywała się w monotonii działania tytułowego monstrum, nie budząc ani strachu, ani śmiechu. Na konstrukcji zresztą lepiej poprzestać; za słaba jest na to, by jej demaskatorskie ostrze mogło coś rzeczywiście naciąć (nieco na wyrost porównuje się autora z Lynchem, niezależnie od zapożyczeń stylistycznych). Prowadzi zresztą to wszystko do rozwiązania w istocie zgranego lub przynajmniej – naiwnego. Prowadzi jednak z pewną biegłością: akcja z czasem gęstnieje, ścieżki czasu plączą się coraz bardziej, odsłania się coraz więcej fasad i klisz, niektóre sny się spełniają, inne okazują się (?) przedśmiertnym koszmarem. Mistrz zen pisze swój trzeci podręcznik, a sąsiad, szukający ucieczki od „zdecydowanie za bardzo depresyjnego” otoczenia, znajduje wreszcie wolność od niego – oczywiście w komunikacyjnej pustce lub, dosłownie, na pustyni.
Iwona Kurz, Wrong, „Kino” 2012, nr 7-8, s. 90-91

„Opowieści, które żyją tylko w pamięci”

20121002 Opowieści które żyją

reżyseria Júlia Murat

Zainspirowana lokalną legendą poetycka historia wioski w brazylijskim interiorze, gdzie czas dawno stanął w miejscu. Wyczekując z utęsknieniem deszczu ostatni żyjący mieszkańcy fikcyjnej Jotuomby spędzają czas na rozmowach, grze w bule i wspólnych posiłkach. Pewnego dnia do zamkniętej społeczności przybywa Rita, młoda fotograf zafascynowana aurą zastygłego w czasie miejsca. Dziewczyna tchnie nowe życie w uśpioną osadę, wnosząc do codzienności starszych ludzi delikatny urok młodzieńczej radości. Jednak gdy zacznie dopytywać się o klucz do zamkniętego cmentarza, mieszkańców ogarnie niepokój. Ich najgłębiej skrywana tajemnica ujrzy światło dzienne. Julia Murat stworzyła piękną i pełną ciepła baśń o cyklu odradzającego się życia. Zagubiona w czasie i przestrzeni Jotuomba, której mieszkańcy żyją wspomnieniami minionych dni przywodzi na myśl literackie klimaty realizmu magicznego. Niepowtarzalną atmosferę filmu tworzą nastrojowe kadry przypominające zbiór starych fotografii, które reżyserka umiejętnie łączy z nowoczesną muzyką m.in. zespołu Franz Ferdynand, a miękkie, czarno-białe zdjęcia Rity w tradycyjnej technice fotografii otworkowej pozwalają widzowi zajrzeć w głąb duszy mieszkańców niezwykłej osady. Pełen alegorii i symboli film Julii Murat skrywa uniwersalne przesłanie o przekazywaniu tradycji i przechowywaniu wspomnień. Jednak w filmie Murat to nie suspens fabularny jest ważny. To, co istotne, kryje się w mrokach wnętrz oświetlanych lampą, na twarzach ludzi ze starych fotografii i tych – wciąż żyjących. Ważna jest pamięć o przeszłości, ale i perspektywa jutra. Nie bez kozery to młoda dziewczyna dokumentuje przeszłość, to, co minione. Młodość (Rita) przeciwstawiona zostaje dojrzałości (Madalena).
Ale „Opowieści, które żyją tylko w pamięci” to nie tylko nostalgiczna pocztówka z wyprawy do krainy bezczasu. Realizm magiczny? Historia o miłości, która trwa mimo wszystko? Socjologizująca refleksja nad starzejącym się społeczeństwem XXI wieku? Obraz końca (mikro) świata? „Opowieści…” otwierają przed widzem wiele ścieżek interpretacyjnych.Nie dziwi więc ani długa lista nagród dla filmu (m.in. specjalne wyróżnienie w sekcji Horizontes Latinos na MFF w San Sebastian), ani fakt, że jego reżyserka (rocznik ’79), oprócz scenopisarstwa skończyła też grafikę. Zafascynowana rozmaitymi technikami filmowymi Murat zadebiutowała eksperymentalnymi instalacjami wideo. Swoje krótkometrażowe filmy sama często też montuje. W „Opowieściach…” wykorzystuje jedną z najstarszych (znanych już w starożytności!) technik wizualnego przetwarzania rzeczywistości – camera obscura. Zdjęcia wykonane za pomocą takiego aparatu są bliskie impresjonistycznemu malarstwu: rozmyte, pastelowe lub czarno-białe barwy i półcienie, i niemal całkowity brak kontrastów.
Elektryzująco pięknym kadrom Lucia Bonelliego (autora zdjęć m.in. do filmów Lisandra Alonso) towarzyszy cisza przerywana zróżnicowaną ścieżką dźwiękową: dyskretną, nostalgiczną muzyką Lucasa Marciera (w duchu musique d’ameublement Satiego) i rytmami indie rocka szkockiego zespołu Franz Ferdinand.Światło lampy, rozjaśniającej ciemności, nie tylko powraca jak refren. Staje się osobnym bohaterem. Medium. I katalizatorem wydarzeń. „Zwiedzając” wraz z Ritą dom Madaleny czujemy się niczym profani dotykający sacrum – jak turyści w jaskini z prehistorycznymi malowidłami naskalnymi, które przewodnik dyskretnie oświetla wątłym fleszem latarki. Dyskretnie, bo silne światło mogłoby zniszczyć dzieła mistrzów sprzed tysiącleci. Madalena też chce ocalić przeszłość i wydaje się, że w domu, pełnym fotografii dawno nieobecnych bliskich, najlepiej czuje się właśnie w mroku. Bo jest znajomy. I bezpieczny. Światło aparatu fotograficznego wprowadza pewien dysonans – sprawia, że Madalena odkrywa w sobie na nowo kobiecość i z pewnym zdziwieniem przygląda się swojej twarzy w pokrytym kurzem i patyną lustrze. „Jakie znaczenie ma czas?” – pytała sędziwa bohaterka grana przez Bette Davis w „Sierpniowych wielorybach”. Podobne pytanie pewnie mogłaby zadać Madalena. I może zgodziłaby się z Einsteinem, który uważał czas za pojęcie względne, zależne od osoby obserwatora. Współczesny astrofizyk, Michio Kaku, w swojej teorii strun zakłada, że we wszechświecie istnieje aż 11 wymiarów. W którym z nich toczy się nasza teraźniejszość? Do którego zmierzamy? A może – jak dla bohaterów filmu Murat – nie ma to większego znaczenia?
Cegiełkówna, Opowieści, które żyją tylko w pamięci, „Kino”