Logo Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Powiększenie”

„SUPERNOVA” 10.02.2020 godz. 18:00
„OBYWATEL JONES” 10.02.2020 godz. 20:00
„UKRYTA GRA” 11.02.2020 godz. 18:00
„IKAR. LEGENDA MIETKA KOSZA” 11.02.2020 godz. 20:00
„PAN T.” 12.02.2020 godz. 18:00
„MOWA PTAKÓW” 12.02.2020 godz. 20:00

„SUPERNOVA”
Złote Lwy 2019 Złote Lwy – Najlepszy debiut reżyserski Bartosz Kruhlik
Plakat filmu „Supernova”Reżyseria: Bartosz Kruhlik

O FILMIE
Pełnometrażowy debiut fabularny Bartosza Kruhlika.
Trzech mężczyzn, jedno miejsce, jeden dzień i jedno zdarzenie, które zmieni ich losy. Oto polityk, który chce wygrać wybory; policjant, pragnący dotrwać spokojnie do emerytury; i mieszkaniec polskiej wsi, który ma rodzinę na utrzymaniu. Nieszczęśliwy wypadek pociąga za sobą lawinę konsekwencji. Ludzie postawieni w sytuacji granicznej – a także widzowie – staną przed pytaniem o rolę przypadku i przeznaczenia w życiu każdego z nas.

Ujęcie pustej wiejskiej drogi. Po prawej chałupy, po lewej chałupy, a w środku my, czekając, aż wstęga opowieści zacznie się rozwijać. Z takiego początku może się urodzić właściwie wszystko. Groza, miłość, nuda. Tanie podglądactwo. Mały albo duży szwindel. Przygoda. Osobiście, wpatrując się w ten znajomy widok, spodziewałem się kolejnej scenki rodzajowej z życia polskiego zacofania. Wizyty w gabinecie narodowych stereotypów rodem z „Twarzy” Małgorzaty Szumowskiej. Tymczasem wstęga „Supernovy” wiruje coraz szybciej i szybciej, obraca się wytrwale wokół własnej osi i wciąga w swój wir kolejne postaci, sytuacje i emocje. Naturalizm społeczny miesza się z dramatem policyjnym, z akcją tak gęstą od napięcia, że wystarczy jeden drobny ruch, jedna nieopatrznie zapalona zapałka, żeby wszystko obróciło się w popiół.

Nie ulega wątpliwości: w swoim długometrażowym debiucie Bartosz Kruhlik udowodnia, że potrafi wyłuskać większe terytorium z małego punktu na mapie. „Supernova” to ten rodzaj kina, który wchodzi po czubek głowy w sytuację, wbija się w sam środek eskalującego konfliktu i robi to z byka, rozpychając się łokciami, podchodząc tak blisko gorącego jądra wydarzeń, jak to tylko możliwe. Przez cały seans siedzi się zatem jak na gwoździu, czekając na wytchnienie, odreagowanie, cokolwiek, co pozwoliłoby przerwać spiralę stresu i ugasić dymiący lont. Kubeł zimnej wodny zbliża się bardzo powoli.

Zaczyna się realistycznie i w miarę spokojnie: Iwona (Agnieszka Skibicka) ucieka ze wsi z dwojgiem małych dzieci. Jej śladem podąża pijany w sztok mąż Michał (Marcin Zarzeczny), który bełkotem, prośbą i groźbą usiłuje zatrzymać rodzinę w domu. W tle pojawia się miłość do niejakiego Sławka (Marek Braun), ale także nieudane próby wyjścia z alkoholowego koła. W tej szamotaninie na wiejskiej drodze niespodziewanie, trochę jak przybysz z innego wymiaru, pojawia się czarna limuzyna z białym kołnierzykiem w środku. Kierowca pyta Michała o drogę, a ten, zamiast odpowiedzieć, wyrzyguje się na przednie siedzenie auta i osuwa do rowu. Nie ma pojęcia, że kiedy tak sobie słodko zgonuje w przydrożnych chaszczach, kilka metrów dalej rozgrywają dantejskie sceny, które zerwą na nogi wszystkie okoliczne służby mundurowe, mieszkańców wsi na czele z księdzem proboszczem i sołtysem, a nawet krajowych polityków. Rozpoczyna się coś na kształt piekielnego tańca klasowych resentymentów, wielkomiejskiej pogardy, ironicznego losu i nadziei, że świat skrajnych emocji, które znamy tylko z kina i telewizji, ominie nas i zostawi w świętym spokoju.

Jest więc „Supernova” kotłem, w którym gotuje się i kipi wiele rzeczy równocześnie. Wojna polsko-polska pod flagą z prywatnych oczekiwań czasami sytuuje się niebezpiecznie blisko tabloidowych stereotypów – takich, w jakie do wielu lat wierzy i jakie hołubi Patryk Vega. Jeśli podłość, to tylko skrajna i właściwie niereformowalna. Jeśli tragedia, to tylko ostateczna, taka, która spowoduje rozpad znajomego świata, przewartościowanie wartości i moralne przebudzenie w akcie krwawej ludowej zemsty. W gruncie rzeczy jest to bardzo prosta interpretacja polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej, szczególnie w przypadku medium posługującego się obrazami, a przez to również szczególnie wyczulonego na dosłowność i kicz. Widać, że dynamika filmu – jego swoista „obrotowość”, kręcenie się wokół jednego wydarzenia i konkretnego czasu, budowanie napięcia na skrajnościach i turpistycznej estetyce – wiele zawdzięcza twórczości Wojciecha Smarzowskiego. Więcej – jest w nią ewidentnie mocno zapatrzona. Kształtem zbliża się to wszystko do oka cyklonu, które wyrzuca kolejnych bohaterów, piętrzy kolejne przeszkody, ale z kosmosu wygląda na zaskakująco uporządkowane. Jego spójność sprawia przyjemność.

Ostatecznie „Supernovie” robi dobrze – pewnie jak zawsze – zamknięcie całości w pewnej dystansującej klamrze. Po wrzuceniu w środek traumatycznej karuzeli, w serce dzikiej filmowej burzy, na moment zmieniamy perspektywę na zdystansowaną i odległą. Kogoś ta fala uderzeniowa po eksplozji gwiazdy jednak nie dosięgła, ktoś pozostał na zewnątrz, w pełni nieświadomy kruchości konsensusu, jakim jest spokojnie i szczęśliwe życie. Być może cały świat składa się właśnie z takich punktowych katastrof, między którymi dryfują atomy tymczasowo wolne od lęków i zła. Być może jest to myśl bardzo pretensjonalna i błaha. Z jakiegoś jednak powodu na jej kanwie powstał niebanalny, angażujący emocjonalnie i dobry rzemieślniczo debiut reżyserski. Kruhlik wie, jak budować i stopniować napięcie, wie, jak poprowadzić dużą grupę aktorów bez wpadania w chaos i pustosłowie. Ma potencjał na specjalistę od wciągających thrillerów. „Supernova” miała być filmem krótkim, skromnym i niepozornym – czymś bliskim etiudzie – tymczasem wyrosła na coś dużo bardziej konkretnego. Pęczniała i pęczniała, aż w końcu wybuchła pod ciśnieniem napięcia, które sama wytworzyła. A po jej eksplozji na pewno nie pozostanie z nami tylko gruz i filmowa pustynia.

Marcin Stachowicz FILMWEB

„OBYWATEL JONES”
2019 FPFF
Złote Lwy – Najlepszy film Agnieszka Holland
Złote Lwy – Najlepsza scenografia Grzegorz Piątkowski
Plakat filmu „Obywatel Jones”Reżyseria: Agnieszka Holland

O FILMIE
Młody dziennikarz Gareth Jones (James Norton) zyskał sławę, pisząc artykuł o swoim spotkaniu z Adolfem Hitlerem, zaraz po przejęciu przez niego władzy w 1933 roku. Teraz ambitny Walijczyk przymierza się do kolejnego wielkiego tematu – gwałtownej modernizacji Związku Radzieckiego. Chcąc gruntownie zbadać sprawę, reporter decyduje się na podróż do Moskwy, aby przeprowadzić wywiad ze Stalinem. Na miejscu poznaje młodą dziennikarkę Adę Brooks (Vanessa Kirby), pracującą dla Waltera Duranty’ego (Peter Sarsgaard), dzięki której odkrywa, że prawda o stalinowskim reżimie jest brutalnie tłumiona przez sowieckich cenzorów. Słysząc zatrważające plotki na temat wielkiej klęski głodowej w ZSRR, Jones udaje się w samotną podróż przez Ukrainę. Dziennikarz staje się naocznym świadkiem tragedii Hołodomoru. Miliony ludzi umierają z głodu, podczas gdy tony zboża sprzedawane są za granicę, by sfinansować proces industrializacji radzieckiego imperium. Po powrocie do Londynu, Jones pisze artykuł ukazujący horror, którego doświadczył. Publikacja jest wyciszana, a jej autentyczność podważana przez zachodnich dziennikarzy, pozostających pod wpływem Kremla. Pomimo śmiertelnych pogróżek, Gareth nie ustaje w walce o prawdę. Swoimi odkryciami postanawia podzielić się z młodym, aspirującym pisarzem, Georgem Orwellem.

Gareth Jones wciąż słyszy uwagi na temat swojego wieku. Politycy i doświadczeni dziennikarze podśmiewają się z idealizmu i naiwności niespełna trzydziestoletniego specjalisty od spraw międzynarodowych. Agnieszka Holland podkreśla jednak wartość młodzieńczej bezkompromisowości, w niej szukając przyzwoitości w nieprzyzwoitych czasach.

Nagrodzony Złotymi Lwami w Gdyni „Obywatel Jones” dzieli się na trzy, wyraźnie od siebie oddzielone części. W pierwszej główny bohater lawiruje w świecie zachowawczości, zepsucia i hipokryzji. W drugiej ogląda koszmar zaprogramowanego przez Józefa Stalina głodu na Ukrainie. W trzeciej wreszcie walczy o ujawnienie prawdy. Prawda właśnie spaja cały film. Reżyserka przypomina o jej znaczeniu. Z wyraźnym obrzydzeniem ukazuje skłonność do chowania się za wygodnymi kłamstwami i tłumaczenie obłudy wyższymi celami.

Moralna przejrzystość buduje siłę wyrazu dzieła. Duchowo i fizycznie piękny Gareth staje się uosabianiem wartości. Kontakt z fałszem, zamiast deprawować, tylko go hartuje. Swoboda, wdzięk i wzruszająca emocjonalność interpretacji Jamesa Nortona nie pozwalają bohaterowi osunąć się w drażniącą papierowość. W swoim uporze wydaje się nawet bardziej ludzki od pozostałych. Uniknięcie deprawacji czyni go człowiekiem, w opozycji do skupionych na sobie zwierzętach.

Nie bez przyczyny parokrotnie pojawiają się cytaty z „Folwarku zwierzęcego”. Od książki George’a Orwella rzecz się zresztą zaczyna. Pierwsze sceny budują także sugestywny, wizualny język filmu. Zdjęcia Tomasza Naumiuka bywają malownicze, ale w surowy sposób. Kadry są wyprane z mocnych kolorów. Stylowe wnętrza moskiewskich pałaców przejawiają dekadencki szyk, który wywołuje podziw i odrazę równocześnie. Zwłaszcza, gdy ogląda się potem zmrożone, opustoszałe stepy Ukrainy. Cena luksusu budzi niedowierzanie i oburzenie.

Parokrotnie pojawiają się również ekspresyjne, wypełnione napięciem i adrenaliną sekwencje. Okraszone wyrazistą muzyką ożywiają akcję. Dodają produkcji dynamizmu i efektowności, dzięki czemu silniej oddziałuje na emocje. Uzupełniają również pola interpretacji o motywy technologii, ekonomii, pojmowania rozwoju. Warstwa formalna doskonale współgra więc z treścią obrazu, a zarazem nie pozwala mu opaść w rejony ciężkostrawnego fatalizmu i trudnego w odbiorze artyzmu.

Gdyby „Obywatel Jones” powstał w Stanach Zjednoczonych, pod reżyserią podpisałby się pewnie Steven Spielberg. Holland wpisuje w swoją opowieść charakterystyczną dla tego twórcy szlachetność. Stara się przywrócić prawdzie, dobru, moralności odpowiednią wagę, siłę i znaczenie. Jednocześnie serwuje produkcję, która przykuwa do ekranu, angażuje emocjonalnie, nie pozwala się nudzić. Jeżeli po Andrzeju Wajdzie polskie kino wydawało się osierocone pod względem mistrzowskiego opowiadania o wartościach, ta dziura właśnie została zasypana.

Jan Bliźniak, Całe życie w kinie

„UKRYTA GRA”
2019 FESTIWAL POLSKICH FILMÓW FABULARNYCH
Złote Lwy 2019 Nagroda Specjalna Jury – Zdobywca Łukasz Kośmicki
Najlepszy montaż Krzysztof Arszennik, Robert Gryka, Wolfgang Weigl
Plakat filmu „Ukryta gra”Reżyseria: Łukasz Kośmicki

O FILMIE
Początek lat sześćdziesiątych. U szczytu kryzysu kubańskiego amerykańskie tajne służby porywają wybitnego matematyka Joshuę Mansky’ego. Nadużywający alkoholu zapomniany geniusz ma wystąpić w szachowym pojedynku przeciwko sowieckiemu mistrzowi Gawryłowowi na międzynarodowym turnieju w warszawskim Pałacu Kultury i Nauki. Rywalizacja to jednak tylko przykrywka do szpiegowskiej rozgrywki. Kiedy sojusznicy okazują się wrogami i nie wiadomo, komu naprawdę ufać, Mansky musi wykonać decydujący ruch, mający powstrzymać konflikt nuklearny.

Świat stoi na krawędzi nowej wojny. ZSRR rozmieszcza na Kubie pociski balistyczne średniego zasięgu i grozi, że użyje ich przeciwko USA. Nie wiadomo czy to blef mający sprowokować Amerykanów, by jako pierwsi zaatakowali Rosję, czy faktycznie chcą ich użyć. Rozpoczyna się gra wywiadów obu stron, które muszą rozszyfrować ruchy przeciwnika. A jak to w takich sytuacjach bywa, wszystko musi odbywać się w wielkiej tajemnicy przed światem. W szeregach wysoko postawionych oficerów rosyjskiego wywiadu jest szpieg, który chce przekazać Amerykanom istotne informacje, jednak nie wie, komu może ufać. Każdy może przecież okazać się podwójnym agentem. Trzeba więc sięgnąć po kogoś spoza układu, kogoś kto nie będzie wzbudzał żadnych podejrzeń, obywatela, który z wojskiem nie ma nic wspólnego. Wybór pada na profesora Joshua Mansky’ego (Bill Pullman), genialnego matematyka, który rozegra mecz szachowy przeciwko sowieckiemu mistrzowi Gawryłowi na międzynarodowym turnieju w warszawskim Pałacu Kultury i Nauki. Potyczka dwóch wielkich umysłów to tylko pretekst do tego, by dwa konkurencyjne wywiady rozegrały własną grę.

Ciężar całej opowieści zostaje zrzucony na barki Billa Pullmana, dla którego takie wyzwanie nie jest najmniejszym problemem. Mansky w jego wykonaniu jest bardzo sarkastycznym człowiekiem, nie potrafiącym odnaleźć się w sytuacji, w której zostaje postawiony przez amerykański rząd. Zwłaszcza że, by normalnie funkcjonować w społeczeństwie, musi cały czas utrzymywać się w stanie upojenia alkoholowego. Na pierwszy rzut oka nie jest to najlepsza osoba, w ręce której powinno się składać losy świata. Świetnie partneruje mu Robert Więckiewicz jako dyrektor Pałacu Kultury i Nauki, który jako Polaczek cwaniaczek idealnie pokazuje naszą narodową niezłomność ducha oraz możliwość dostosowywania się do rzeczywistości.

Czym jednak byłby szpiegowski thriller bez dobrego czarnego charakteru. W tym przypadku jest nim rosyjski generał Krutow, idealnie zagrany przez Aleksieya Serebryakova, dla którego Polacy to tylko tania siła robocza mająca wypełniać jego rozkazy. Ich życie jest dla niego nieistotne. Generalnie życie ludzkie nie ma dla niego żadnej wartości. Liczy się tylko zwycięstwo oraz chwała z nim związana. Jest to jedna z tych postaci, której się nienawidzi od pierwszej sceny, w której się pojawia.

Reżyser Łukasz Kośmicki, dla którego jest to filmowy debiut, napisał scenariusz, który pod płaszczykiem szpiegowskiego thrillera przemyca historię okupowanej Warszawy. Stolicy zniszczonej przez Niemców, a obecnie znajdującej się pod rosyjskim butem. Moim zdaniem jest to największa wartość Ukrytej gry, pokazanie historii Polski bez tego patriotycznego patosu, jaki zazwyczaj towarzyszy naszym rodzimym produkcjom. Widzowie zrozumieją skąd u Polaków taka ogromna niechęć zarówno do Niemców jak i Rosjan. I to bez epatowania okrucieństwem wojny na ekranie. Jestem przekonany, że ten film zostanie pozytywnie przyjęty zarówno przez polską jak i zagraniczną widownię. Udowadnia, że potrafimy robić międzynarodowe kino, którego atutem jest historia, a nie hollywoodzkie nazwisko w obsadzie.

Scenariusz Kośmickiego i Marcela Sawickiego jest napisany tak, by nie marnować czasu widza na niepotrzebne dialogi czy ciągnące się sceny. Akcja toczy się wartko i trzyma w napięciu. Jest miejscami przewidywalna, ale akurat w tym wypadku nie przeszkadza to w odbiorze filmu. Od początku do końca trzymamy kciuki za to, by misja Mansky’ego zakończyła się sukcesem, a wynik potyczki szachowej wcale nie jest tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać.

Producentom bardzo zależało by ich film stał się ich wizytówką na świecie, bo w Polsce po Sztuce kochania i Bogach już ugruntowali swoją pozycję. Dlatego do Ukrytej gry zatrudniono nagrodzonego Oscarem Allana Starskiego, który zrekonstruował klimat pomieszczeń Pałacu Kultury i Nauki z lat 60., a za zdjęcia odpowiadał nominowany do Oscara za Pianistę Paweł Edelman. Dzięki nim produkcja pięknie prezentuje się na ekranie.

Ukryta gra znakomicie wykorzystuje architektoniczne walory Pałacu Kultury i Nauki, pokazując że jest to świetny budynek do realizacji filmów, o czym mam wrażenie, nasze kino dawno już zapomniało.

Dawid Muszyński, naEKRANIE

„IKAR. LEGENDA MIETKA KOSZA”
2019 FESTIWAL POLSKICH FILMÓW FABULARNYCH
Srebrne Lwy – Zdobywca Maciej Pieprzyca, Maria Gołoś,
Renata Czarnkowska-Listoś
Złote Lwy – Najlepsza pierwszoplanowa rola męska – Dawid Ogrodnik
Złote Lwy – Najlepsza charakteryzacja – Jolanta Dańda
Złote Lwy – Najlepsza muzyka – Leszek Możdżer
Złote Lwy – Najlepsze kostiumy – Agata Culak
Złote Lwy – Najlepsze zdjęcia – Witold Płóciennik
Złoty Klakier – Nagroda publiczności dla najdłużej oklaskiwanego filmu Maciej Pieprzyca
Plakat filmu „Ikar. Legenda Mietka Kosza”Reżyseria: Maciej Pieprzyca

O FILMIE
„Ikar. Legenda Mietka Kosza” to inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia niewidomego geniusza fortepianu. Mietek jako dziecko traci wzrok. Jego matka oddaje go pod opiekę sióstr zakonnych w Laskach. W ośrodku dla niewidomych chłopiec odkrywa, że muzyka może się dla niego stać sposobem na to, by na nowo widzieć i opowiadać świat. Mietek zostaje świetnym pianistą klasycznym, jednak gdy odkrywa jazz, ma już tylko jeden cel – zostać najlepszym pianistą jazzowym w Polsce. Odnosi coraz większe sukcesy, nie tylko w kraju, lecz także na świecie. Wygrywa prestiżowy Montreux Jazz Festival. W jego życiu niespodziewanie pojawia się charyzmatyczna wokalistka Zuza. To spotkanie wszystko zmienia.

„Ikar. Legenda Mietka Kosza” Macieja Pieprzycy jest w mojej ocenie jednym z ważniejszych polskich filmów ostatnich lat i być może najlepszym, jak dotąd, filmem tego reżysera. Nie tylko w sposób artystycznie dojrzały i poruszający przywraca pamięć o genialnym muzyku jazzowym, ale stawia także pytania o to, skąd bierze się taki talent, kim jest artysta i jaką cenę musi zapłacić za swój geniusz.

Zanim film Macieja Pieprzycy pojawił się na ekranach kin, postać Mieczysława Kosza znana była właściwie wąskiemu gronu osób interesujących się muzyką jazzową. Choć umarł mając zaledwie 29 lat i nie pozostawił po sobie zbyt bogatego dorobku, pozostał w pamięci tych, którzy się z nim zetknęli i słuchali jego muzyki. Do tego grona należy z pewnością Krzysztof Karpiński – pasjonat jazzu i badacz jego historii. W 1990 roku ukazała się jego książka o Mieczysławie Koszu, zatytułowana „Tylko smutek jest piękny”. Została w tym roku wznowiona przez Wydawnictwo Literackie i poszerzona o nowe źródła, a przy tym jest piękna edytorsko. W 2007 roku powstał film dokumentalny według scenariusza i w reżyserii Roberta Kaczmarka: „Esencja nastroju”, w którym Mieczysława Kosza wspominają przyjaciele, muzycy, z którymi grał, a także słyszymy jego głos, nagrany podczas wywiadów radiowych. I wreszcie „Ikar. Legenda Mietka Kosza” – nagrodzony Srebrnymi Lwami film Macieja Pieprzycy, który jest także autorem książki pod tym samym tytułem.
To całkiem sporo, jak na tak krótkie życie. Mimo upływu lat, postać Mietka Kosza nie tylko nie blaknie, ale ciągle fascynuje swoją aurą geniuszu i tajemnicy.

Pomysł zrobienia filmu o pianiście wyszedł jakieś dziesięć lat temu od Piotra Adamczyka, któremu marzyła się rola głównego bohatera. Ostatecznie zagrał jego antagonistę, ale – co najważniejsze – powstał film znakomity: niebanalny, dający się interpretować na różnych poziomach, piękny wizualnie i muzycznie, eksperymentujący dźwiękiem.

Opowieść Pieprzycy jest nielinearna. Jak w muzyce jazzowej – jest główny temat (Mietek Kosz), ale są też jego wariacje: uniwersalna opowieść o genialnym artyście, który „nie przystaje” do swoich czasów ani do innych ludzi i jest przerażająco samotny. To doświadczenie przekłada się zapewne na jego kompozycje, głębię interpretacji, a jednocześnie niszczy go. Jego Ikarowy lot musiał się tak właśnie skończyć.

Film jest także opowieścią o biednym, utalentowanym chłopcu, którego kalectwo jest swego rodzaju stygmatem, ale i łaską. Paradoks? Gdyby nie postępująca ślepota, mały Miecio nie znalazłby się w Laskach, gdzie otoczono go serdeczną opieką i odkryto jego talent. Stamtąd posłano go na studia do Krakowa. Nie zdarzyłoby się to zapewne nigdy, gdyby pozostał na wsi, gdzie nikt nie był w stanie rozpoznać jego niepospolitego talentu, a tym bardziej kształcić go w tym kierunku. Jest to więc opowieść o Janku Muzykancie, w którym ktoś jednak rozpoznał ów niezwykły dar.
Odtwarzając realia lat 50. i 60. Pieprzyca nie tylko pozwala zrozumieć realia, w których przyszło bohaterowi żyć i dorastać, ale pokazuje też, że człowiek jest jednak tajemnicą i nie da się go zrozumieć poprzez otoczenie, w którym przebywa, realia polityczne, w których granie jazzu było swego rodzaju manifestem wolności. Mietek Kosz wybiera jazz przede wszystkim dlatego, że grając tę muzykę, może improwizować, a więc wyrażać siebie. Dla niego właśnie muzyka jest podstawową formą ekspresji. Z niej czerpie ekstazę, podczas gdy życie staje się coraz większą udręką.

Już sam początek filmu wprowadza nas w tę sytuację egzystencjalną. Bohater pojawia się samotnie na scenie, odnajduje fortepian… wcale nie przystępuje do gry. Siedzi jakby sparaliżowany – łowi otaczające go dźwięki (które słyszy ze szczególnym natężeniem), a te uruchamiają obrazy z przeszłości. I tak rozpoczyna się seria retrospekcji, które przeplatają się z „tu i teraz”, tworząc pełny, choć zagadkowy obraz osobowości bohatera. Owe wydarzenia z przeszłości owocują zarazem w jego grze. Bo kiedy wreszcie zaczyna grać, zagarnia całą publiczność i owacjom nie ma końca.

Kadry w filmie „Ikar” są pięknie skomponowane – zarówno te, które dotyczą teraźniejszości bohatera, jak też ukazujące jego przeszłość, głównie dzieciństwo. Co charakterystyczne, kamera jest zawsze blisko bohatera – tworzy jego portret intymny, jednocześnie delikatny i prawdziwy. Możemy go „poczuć”, usłyszeć myśli, zobaczyć przeżycia…

Najbardziej zapadła mi w pamięć scena, w której ojciec wynosi chore dziecko do stajni, kładzie na sianie, a później bije konia, który staje dęba przerażony, a jednocześnie uważny, aby nie rozdeptać dziecka. Scena jak z tragedii greckiej – straszna i patetyczna. Po latach dorosły już chłopiec przyjeżdża jednak przebaczyć ojcu przed jego śmiercią. Nie rozmawiają „o tamtym”, stary jest dumny, że jego kaleki syn stał się sławny i piszą o nim w gazetach. Ta scena wiele mówi o Mietku, między innymi o tym, że mimo straszliwego czynu ojca, potrafi zdobyć się na wybaczenie. Na pogrzebie matki jeszcze tego nie potrafił, ale po latach udało mu się te swoje traumatyczne doświadczenia przekształcić w dźwięki. Być może właśnie dlatego muzyka Mietka Kosza tak porusza.

Poza znakomitymi zdjęciami Witolda Płóciennika (operatora m.in. filmu Janusza Kondratiuka „Jak pies z kotem”), na szczególną uwagę zasługuje kreacja Dawida Ogrodnika, który tak sugestywnie wcielił się w postać Mietka Kosza, że trudno teraz sobie wprost wyobrazić kogoś innego w tej roli. Nie można też pominąć wspaniałych interpretacji utworów wykonywanych przez bohatera, których autorem jest znakomity muzyk i kompozytor Leszek Możdżer. Towarzyszą mu inni utalentowani wykonawcy oraz Synfonia Varsovia. Dzięki nim możemy posłuchać kompozycji Kosza w najlepszym wydaniu.

„Ikar. Legenda Mietka Kosza” Macieja Pieprzycy jest w mojej ocenie jednym z najważniejszych polskich filmów ostatnich lat i być może najlepszym, jak dotąd, filmem tego reżysera reżysera. Nie tylko w sposób artystycznie dojrzały i poruszający przywraca pamięć o genialnym muzyku jazzowym, ale jest też dziełem, które stawia pytania o to, skąd bierze się taki talent, kim jest artysta i jaką cenę musi zapłacić za swój geniusz.

Barbara Lekarczyk-Cisek, KulturalneIngrediencje

„PAN T.”
2019 FESTIWAL POLSKICH FILMÓW FABULARNYCH
Złote Lwy – Najlepsza drugoplanowa rola męska Sebastian Stankiewicz
Camerimage 2019
Złota Żaba – Najlepszy film Adam Bajerski, Marcin Krzyształowicz
Plakat filmu „Pan T.”Reżyseria: Marcin Krzyształowicz

O FILMIE
Pełna czarnego humoru, seksu i wzruszeń, zaskakująco współczesna historia o Polsce z absurdalnych czasów, w których rzeczy bardzo nieprawdopodobne były całkiem możliwe. Przesycona nostalgią podróż do niezwykłego świata, w którym słynni pisarze i poeci artystycznej bohemy zasiadywali w knajpach i kawiarniach, ukradkiem komentując zło otaczającego ich świata. Film w reżyserii Marcina Krzyształowicza – nagrodzonego Orłem i Srebrnymi Lwami na festiwalu filmowym w Gdyni twórcy „Obławy”. W roli głównej odmieniony i powracający w wielkim stylu Paweł Wilczak.
Powstająca z powojennych ruin Warszawa roku 1953 to miejsce, w którym wszystko jest możliwe. Wszechobecna niepewność, donosy i kontrola oswajane są wódką i dobrym towarzystwem, w podziemiach kościoła daje się słyszeć jazz, a przypadkowe spotkanie w toalecie z I sekretarzem Bolesławem Bierutem może zakończyć się niespodziewaną nietrzeźwością. To wszystko zna z własnego doświadczenia Pan T. – uznany pisarz, który gnieździ się w ciasnej klitce w hotelu dla literatów. Objęty zakazem wykonywania zawodu, utrzymuje się z korepetycji dawanych pięknej maturzystce, z którą łączy go płomienny romans. W sąsiednim pokoju mieszka chłopak z prowincji, który marzy o karierze dziennikarza. Pan T. staje się dla niego mistrzem i nauczycielem. Życie głównego bohatera nabierze tempa, gdy władze zaczną podejrzewać go o niecne zamiary wysadzenia Pałacu Kultury i Nauki, ponętna uczennica zaszokuje go niespodziewanym wyznaniem, a Urząd Bezpieczeństwa zacznie śledzić każdy jego ruch. W tej rzeczywistości pełnej absurdów trudno będzie zachować powagę.

Warszawa skąpana w czerni i bieli, pierwsza połowa lat 50. Pan T. jest pisarzem, któremu nie po drodze z socrealistycznym poglądem na świat. W ogóle nie po drodze mu z prawie wszystkim. Schowany za ciemnymi okularami z wyższością patrzy na bliźnich, a choć w kieszeni nie ma prawie nic, to stać go niemal na wszystko. Gdy akurat nie bryluje na salonach, to leży bezczynnie w łóżku gapiąc się w sufit i śniąc na jawie sny o potędze. Życie Pana T. jest wyboiste niczym kocie łby, po których pisarz codziennie spaceruje w poszukiwaniu kolejnych sposobów na zabicie czasu. Piękna maturzystka od nauki woli zabawę, I sekretarz czyha w toalecie, a Urząd Bezpieczeństwa oskarża o terroryzm. Nad wszystkim góruje Pałac Kultury i Nauki, który w zrównanym z ziemią mieście jawi się jak latarnia przyciągająca zbłąkanych żeglarzy. Panu T. zaczyna świtać w głowie pomysł na wywrotową powieść, a fikcja miesza się z rzeczywistością.

„Pan T.” to rzecz tak oryginalna, że do końca nie wiem, jak ten film osadzić gatunkowo. Trochę tragikomedia, a trochę dramat obyczajowy. Dodatkowo dostajemy tu nutkę awangardowej sensacji ze złoczyńcami w maskach i herosem czającym się w cieniu. Całość zostaje podana także z biograficznym dressingiem, choć kucharz zarzeka się, że to całkiem inny składnik. Film Marcina Krzyształowicza z różnych powodów – prawnych i artystycznych – odcina się od życiorysu Leopolda Tyrmanda. Nazwisko pisarza nie pada tu ani razu, a jego filmowe zapiski zawierają frazy ledwie inspirowane tekstami z kultowego „Dziennika 1954”. Mimo wszystko produkcja wypełniona jest po brzegi nawiązaniami do twórczości oraz życia autora „Złego”. Spór między twórcami „Pana T.” a rodziną Tyrmanda pozostawiam prawnikom, a sam skupię się na tym, co w tej produkcji najlepsze – aktorstwie!

Marcin Krzyształowicz zgromadził przed kamerą obsadę, o której marzyłby niejeden rodzimy reżyser. Nawet dalsze plany zasilane są przez aktorskie tuzy oraz kilka ciekawych niespodzianek. Wszyscy wypadli świetnie, nawet jeśli pojawili się tylko w jednej scenie. Jako wyjątkowo oślizgły aparatczyk bryluje Wojtek Mecwaldowski. Przewodniczący Koła Młodych Dziennikarzy, Wiktor Zborowski, rozbraja komentarzami na temat twórczości podopiecznych. Pojawiają się dwaj cwaniaccy stróże w osobach Krzysztofa Czeczota i Eryka Lubosa. Spełniony pisarz Przemysław Bluszcz otacza się znudzoną żoną Katarzyną Warnke. Trzej filozofowie dorabiający w fabryce zabawek to Kazimierz Kutz, Jacek Fedorowicz oraz… Leszek Balcerowicz. Tomasz Sapryk jest genialny jako wrażliwy UB-ek, a Jacek Braciak kreuje postać spokojnego poety Zbyszka (tak, tego Zbyszka). Jerzy Bończak kradnie każdą swoją scenę jako znudzony Bolesław Bierut, który od wygłoszenia przemowy woli zajarać jointa.

No i wreszcie błyszczy pierwszy plan – ekspresyjna maturzystka Maria Sobocińska, prowincjonalny pismak Sebastian Stanki Stankiewicz oraz oczywiście powracający w glorii chwały na wielki ekran Paweł Wilczak w roli tytułowej. Skrojonej idealnie pod jego aparycję, sposób bycia i wysławiania się. To jedna z tych kultowych kreacji, które mają szansę zainspirować wielu widzów chociażby do nonszalanckiego przechadzania się po mieście w płaszczu i ciemnych okularach.

„Pan T.” to świetne kino, które wymyka się zaszufladkowaniu i potrafi sporo od siebie dać. Arcyzabawne dialogi, absurdalne sytuacje, fikcja mieszająca się z realizmem oraz niepodrabialny klimat Warszawy powstającej z gruzów – „Pan T.” jest troszkę draniem, ale nie sposób go nie lubić.

Piotr Olczyk – Multikino

„MOWA PTAKÓW”
Plakat filmu „Mowa ptaków”Reżyseria:Xawery Żuławski

O FILMIE
Bohaterami „Mowy ptaków” są ludzie funkcjonujący na marginesie społeczeństwa – nauczyciel historii, którego poglądy odstają od dominującej narracji, bezrobotny polonista, sprzątaczka, kwiaciarka, kompozytor cierpiący na trąd i licealistka przygotowująca swój pierwszy film. Bohaterowie muszą poradzić sobie w świecie, w którym bezmyślność i podążanie za tłumem stanowią dominującą postawę. „Mowa ptaków” to ekranizacja ostatniego scenariusza zmarłego w 2016 roku Andrzeja Żuławskiego. Muzykę do filmu skomponował Andrzej Korzyński, wieloletni współpracownik Żuławskiego i Andrzeja Wajdy. Za zdjęcia odpowiada Andrzej Jaroszewicz, z którym Andrzej Żuławski pracował wcześniej przy filmach „Na srebrnym globie” i „Szamanka”. „Mowa ptaków” jest dzięki temu wspaniałym hołdem dla jednego z najbardziej niepokornych twórców w historii polskiego kina i niezwykłym komentarzem na temat wykluczenia i mechanizmów działania współczesnego społeczeństwa. „Mowa ptaków” to też niezwykła opowieść o alienacji we współczesnej Polsce i szukaniu swojego miejsca w świecie, w którym każdą odmienność próbuje się zepchnąć na margines. „Mowa ptaków” jest niepokorna, anarchistyczna i szalona. Nie pozwoli o sobie zapomnieć przez długie miesiące.

Niedawno poznaliście najlepszy film 2019 roku, teraz czas na najlepszy polski film 2019. Mowa oczywiście o Mowie ptaków w reżyserii Xawerego Żuławskiego. Jeszcze przede mną seans Bożego Ciała i innych gdyńskich smaczków, ale jestem w pełni przekonana, że żaden z nich nie spodoba mi się równie mocno. Film-performance zagościł w naszych kinach w ostatni piątek – 27 września 2019 roku, jednak już wcześniej fani Żuławskiego mieli szansę zobaczyć go na wielu pokazach przedpremierowych i festiwalowych. Obraz ten zebrał gromkie brawa, ale publiczność całkowicie się podzieliła. Xawery dopuścił się rzeczy fenomenalnej — poróżnił kinomanów, którzy oceniają film głównie zerojedynkowo. Głównie dlatego, że jest to pozycja adresowana do wąskiego grona odbiorców – fanów kina niezależnego, twórczego, a przede wszystkim autorskiego.

Eksperyment Żuławskiego opowiada o zatraconych w depresji inteligentach, którzy całkowicie zagubili chęć do życia. Polonista i Historyk załamują ręce nad tym, że przedmioty przez nich nauczane w szkole są w pełni bagatelizowane przez uczniów. Humaniści nie mogą zrozumieć, dlaczego ich lekcje nie przynoszą owoców, a ich wychowankowie to klasyczni przedstawiciele (sub)kultury polski walczącej, którzy po zajęciach uczestniczą w mszy świętej, jak i również biorą udział w marszach. Niby pogodzili się z tym, że polska kultura z dnia na dzień umiera, ale oni nie poddają się i są gotowi o nią walczyć. Tylko jak rozprzestrzeniać kulturę, historię, polską literaturę, gdy duch wartości moralnych czy estetycznych jest martwy. Tak jak Chrystus, do którego łobuzy wzdychają po szkole.

Ciekawym pomysłem jest podział fabuły na konkretne epizody tak, aby widz dokładnie mógł poznać historię każdego z bohaterów i zobaczyć, co skłoniło ich do tak skrupulatnych przemyśleń. Wprowadzenie tego zabiegu pozwoliło niejako pokazać każde zjawisko i każdy problem z osobna w celu wnikliwego scharakteryzowania każdej z postaci. Oprócz osobnych, prywatnych wątków, przebija się między nimi bardzo prywatne wspomnienie, a raczej rekonstrukcja młodzieńczych pomysłów Andrzeja Żuławskiego. Marian (polonista) i Józef (wirtuoz), tak samo, jak niegdyś Andrzej Żuławski i Andrzej Korzyński chcą stworzyć piosenkę. Hit, który pokochają miliony. Przez co owoc ich wspólnej pracy będziemy mogli podziwiać w zakończeniu.

Xawery Żuławski zdecydował się złożyć ojcu najpiękniejszy hołd. Stworzył dzieło, które w kinematografii może zostać niedługo określone mianem manifestu. Manifestu, który przypadnie do gustu tylko nielicznym. Młody twórca bawi się kinem, a co za tym idzie również jego konwencją, stroni od klasycznego rozumienia X muzy na rzecz nowatorskich rozwiązań. Tworzy własny krój dzieła filmowego, stawiając przede wszystkim na nieopisaną odwagę. Momentami da się dostrzec, że ta satyryczna laurka składana na ojcowskim grobie jest wręcz przeżarta niedopowiedzeniami, jak i żalem do rodzica. Adresowana w pełni intymnie do Andrzeja Żuławskiego, a nie do całego ogółu.

Żuławski wręcz pedantycznie buduje swoje postacie, bazuje nie na konkretnych osobach, ale mocno wybrzmiewających cechach charakteru. Zakładam, że każda i każdy z nich ma swoje korzenie w konkretnej przygodzie Żuławskiego Seniora. Mimo tego należy docenić aktorów, którzy wzięli udział tym przedsięwzięciu. Nie sądziłam, że kiedykolwiek wypowiem to zdanie, ale chciałabym docenić Sebastiana Fabijańskiego. W końcu na moich oczach dowiódł, że jest dobrym aktorem, który cały czas trafia na bardzo słabe role. Postać, którą wykreował była dla mnie sporym zaskoczeniem. Warto też wspomnieć o Katarzynie Chojnackiej, wcielającą się w upierdliwą uczennicę, bo to ona skradła totalnie moje serce.

Mowa Ptaków jest skrzętnie najeżona kontekstami, żeby wszystkie je odkryć, nie wystarczy tylko znać całą filmografię Pana Andrzeja, ale również być zaznajomionym z jego życiorysem. Chociaż nie wiadomo, czy to wystarczy, bo w filmie można doszukać się wielu zapożyczeń czy wtrąceń, do których potrzebna jest ogromna wiedza nie tyle filmoznawcza, jak i ogólna. Pewne jest jedno, Mickiewiczowskie Dziady z pewnością mogą się schować przed Mową Ptaków. A ta nie zawodzi pod względem motywów i inspiracji. Jestem w pełni przekonana, że dzieło mogłoby przysporzyć wielu problemów śmiałkom, którzy zdecydują się poddać je wnikliwej analizie i badaniom.

Żuławski jest nadambitnym twórcą, o czym widz prędko się dowie, śledząc jego ponad dwugodzinne dzieło, gdzie już na samym początku sygnalizuje, że będzie „to coś”, czego jeszcze nikt z nas w kinie nie widział. Decyzja o stworzeniu kinowego performansu z pewnością nie była prosta, ale reżyser wykazał się ogromną odwagą, chcąc pokazać swoje dzieło w taki, a nie inny sposób. Za co jestem mu ogromnie wdzięczna, bo Mowę ptaków miałam okazję zobaczyć już dwa razy, a pisząc tę recenzję, planuję już kolejny seans, tym samym odwlekając czas na zaznajomienie się z filmografią Andrzeja Żuławskiego.

Klaudia Kroczek, AllinCard