Logo Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Powiększenie”

Repertuar Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Powiększenie” – luty 2020.

„OFICER I SZPIEG” 03.02.2020 godz. 19:00
„OBYWATEL JONES” 10.02.2020 godz. 20:00
„DOGONIĆ MARZENIA” 17.02.2020 godz. 19:00
„JOKER” 24.02.2020 godz. 19:00

OFICER I SZPIEG”
MFF w Wenecji 2019
Nagroda Międzynarodowej Federacji Krytyki Filmowej (FIPRESCI) –
Najlepszy film Roman Polański
Nagroda Specjalna – Nagroda Zielona Kropla (‚Green Drop’) Roman Polański
Srebrny Lew – Wielka nagroda Jury Roman Polański
Plakat filmu „Oficer i szpieg”Reżyseria: Roman Polański

O FILMIE
Owacje na stojąco, świetne recenzje i najwyższe oceny dla filmu Romana Polańskiego od czasów „Pianisty”. Epicki thriller „Oficer i szpieg” na podstawie bestsellerowej powieści Roberta Harrisa to jedno ze szczytowych osiągnięć w karierze Romana Polańskiego.
„Oficer i szpieg” opowiada opartą na faktach historię Alfreda Dreyfusa, francuskiego oficera skazanego na dożywocie za zdradę swojej ojczyzny i zesłanego na wygnanie. Georges Picquart, nowy szef wywiadu, wkrótce po uwięzieniu Dreyfusa odkrywa, że dowody przeciwko skazanemu zostały spreparowane. Wbrew swoim przełożonym Picquart postanowi za wszelką cenę ujawnić prawdę. Stawką w tej grze jest nie tylko błyskotliwie rozpoczęta kariera Picquarta, ale i wielki międzynarodowy skandal, który zmieni bieg historii. W rolach głównych występują nagrodzony Oscarem Jean Dujardin („Artysta”, „Wilk z Wall Street”), Louis Garrel („Marzyciele”) i Emmanuelle Seigner („Wenus w futrze”). Autorem zdjęć jest wybitny polski operator Paweł Edelman, od filmu „Pianista” na stałe współpracujący z Polańskim.

Roman Polański opowiada o kulisach jednej z najgłośniejszych afer w historii. Już od dawna chciałem nakręcić film o sprawie Dreyfusa, nie jako dramat kostiumowy, lecz jako historię szpiegowską. W ten sposób można pokazać podobieństwo historycznej afery do tego, co dzieje się w dzisiejszym świecie: prześladowania mniejszości, absurd środków bezpieczeństwa, tajne trybunały wojskowe, wymykające się spod kontroli agencje wywiadowcze, ukrywanie faktów przez rządy, tworzenie fake newsów i wściekłą prasę. Perfekcyjne poprowadzona intryga pokazuje system, w którym samonakręcająca się spirala nienawiści niebezpiecznie zaczyna przypominać współczesność. „Oficer i szpieg” to film o tym, jak historia się powtarza, a jeden człowiek, na przekór wszystkim walczący o sprawiedliwość, może zmienić bieg wydarzeń.

Roman Polański nie musi już niczego w kinie udowadniać. Nie potrzebuje wymyślnych środków i filmowej transgresji, by opowiedzieć ważną dla niego historię. 86 letni Polański może bez spoglądania na kinowe trendy pokazać nam, na czym polega staroświeckie, akademickie kino. „Oficer i szpieg” to prawdziwy old school. Stara filmowa szkoła mistrza swojego fachu. A jednocześnie jest to osobisty film, w którym Polański „oskarża”.

„Oficer i szpieg” opowiada historię Alfreda Dreyfusa (Louis Garrel), francuskiego oficera skazanego na dożywocie za szpiegostwo na rzecz Niemców i skazanego na dożywocie na koszmarnej Wyspie Diabelskiej w Guanie. Sprawa przez dekadę rozpalała życie polityczne we Francji. To właśnie w sprawie Dreyfusa Émile Zola opublikował swój słynny artykuł J’accuse! (Oskarżam!) z apelem o uniewinnienie Dreyfusa, za który skazano go na rok więzienia. Żołnierza bronili inni francuscy intelektualiści na czele z Marcelem Proustem. Dopiero w 1899 prezydent Francji pod naciskiem opinii publicznej anulował wyrok i przywrócił niesłusznie oskarżonemu stopień oficerski. Dreyfus nie wyszedłby nigdy na wolność, gdyby nie upór francuskiego oficera Georgesa Picquarta (Jean Dujardin). Polański zdecydował się opowiedzieć o sprawie Dreyfusa właśnie z jego perspektywy. Była to znakomita decyzja. Picquart jest postacią, w której odbija się cała Francja przełomu XIX i XX wieku. Polański nie nakręcił tylko sądowego dramatu z elementami kafkowskiego absurdu i czarnego humoru rodem z „Matni”, którego „Oficer i szpieg” nie jest pozbawiony. Polański rozlicza pierwszy raz w swojej twórczości otwarty antysemityzm Francuzów, pokazując, że demon Holokaustu nie narodził się z niczego. Widząc pogardę francuskiej elity oskarżającej Picquarta (również początkowo antysemity) czy pełnej nienawiści ulicy palącej książki Zoli, można zrozumieć późniejszą antyżydowską politykę Vichy.

Jest to kolejny film, gdzie Polański wykorzystuje elementy swojego burzliwego życia do opowiadanej historii. Zawsze tak robił. Nie można Polańskiego skandalisty oderwać od jego wielkiego kina. Niemniej jednak rzucane przez Polańskiego „Oskarżam!” ( taki jest francuski tytuł filmu) nie przesłania tego, co w „Oficerze i szpiegu” jest najważniejsze. Polański dowodzi po raz kolejny, że jest maestro reżyserii filmowej. Ba, pojawia się jako cameo podobnie, jak miał w zwyczaju to robić Alfred Hitchcock. Polański zadbał o każdy szczegół opowieści. Polski reżyser był zawsze znany z fanatycznego przywiązania do detali pokazywanego świata. Teraz dowodzi, że na stare lata nic ze swojego kunsztu nie stracił. Kostiumy, ulice Paryża, wnętrza gmachów francuskiej armii, gabinety ministrów – to wszystko zachwyca realizmem. Paweł Edelman wspaniale pokazuje pokazową degradacje Dreyfusa na placu pełnym żołnierzy i gapiów, by gładko potem oddać kafkowski koszmar biurokracji w klaustrofobicznych ujęciach dusznego gabinetu Picquarta. Wszystko podlewa złowieszcza muzyka Aleksandre Desplata.

Polański nie nakręcił hollywoodzkiej produkcji o ostatnim sprawiedliwym szeryfie występującym przeciwko skorumpowanemu systemowi. A jednak jest „Oficer i szpieg” uniwersalną przypowieścią o niezłomności i obronie prawdy w imię prawdy i sprawiedliwości. W imię sumienia i dobrego imienia własnego kraju. „Oficer i szpieg” jest pod tym względem filmem konserwatywnym. Jednak Polański unika patosu i cukierkowatości. Picquart i Dreyfuss rozmawiają ze sobą tylko dwa razy. W obu przypadkach dzieli ich mur wyobcowania. Polański doskonale go czuje jako wieczny uciekinier i osoba wiecznie oskarżona.

autor: Łukasz Adamski (kultura)

„OBYWATEL JONES”
2019 FPFF
Złote Lwy – Najlepszy film Agnieszka Holland
Złote Lwy – Najlepsza scenografia Grzegorz Piątkowski
Plakat filmu „Obywatel Jones”Reżyseria: Agnieszka Holland

O FILMIE
Młody dziennikarz Gareth Jones (James Norton) zyskał sławę, pisząc artykuł o swoim spotkaniu z Adolfem Hitlerem, zaraz po przejęciu przez niego władzy w 1933 roku. Teraz ambitny Walijczyk przymierza się do kolejnego wielkiego tematu – gwałtownej modernizacji Związku Radzieckiego. Chcąc gruntownie zbadać sprawę, reporter decyduje się na podróż do Moskwy, aby przeprowadzić wywiad ze Stalinem. Na miejscu poznaje młodą dziennikarkę Adę Brooks (Vanessa Kirby), pracującą dla Waltera Duranty’ego (Peter Sarsgaard), dzięki której odkrywa, że prawda o stalinowskim reżimie jest brutalnie tłumiona przez sowieckich cenzorów. Słysząc zatrważające plotki na temat wielkiej klęski głodowej w ZSRR, Jones udaje się w samotną podróż przez Ukrainę. Dziennikarz staje się naocznym świadkiem tragedii Hołodomoru. Miliony ludzi umierają z głodu, podczas gdy tony zboża sprzedawane są za granicę, by sfinansować proces industrializacji radzieckiego imperium. Po powrocie do Londynu, Jones pisze artykuł ukazujący horror, którego doświadczył. Publikacja jest wyciszana, a jej autentyczność podważana przez zachodnich dziennikarzy, pozostających pod wpływem Kremla. Pomimo śmiertelnych pogróżek, Gareth nie ustaje w walce o prawdę. Swoimi odkryciami postanawia podzielić się z młodym, aspirującym pisarzem, Georgem Orwellem.

Gareth Jones wciąż słyszy uwagi na temat swojego wieku. Politycy i doświadczeni dziennikarze podśmiewają się z idealizmu i naiwności niespełna trzydziestoletniego specjalisty od spraw międzynarodowych. Agnieszka Holland podkreśla jednak wartość młodzieńczej bezkompromisowości, w niej szukając przyzwoitości w nieprzyzwoitych czasach.

Nagrodzony Złotymi Lwami w Gdyni „Obywatel Jones” dzieli się na trzy, wyraźnie od siebie oddzielone części. W pierwszej główny bohater lawiruje w świecie zachowawczości, zepsucia i hipokryzji. W drugiej ogląda koszmar zaprogramowanego przez Józefa Stalina głodu na Ukrainie. W trzeciej wreszcie walczy o ujawnienie prawdy. Prawda właśnie spaja cały film. Reżyserka przypomina o jej znaczeniu. Z wyraźnym obrzydzeniem ukazuje skłonność do chowania się za wygodnymi kłamstwami i tłumaczenie obłudy wyższymi celami.

Moralna przejrzystość buduje siłę wyrazu dzieła. Duchowo i fizycznie piękny Gareth staje się uosabianiem wartości. Kontakt z fałszem, zamiast deprawować, tylko go hartuje. Swoboda, wdzięk i wzruszająca emocjonalność interpretacji Jamesa Nortona nie pozwalają bohaterowi osunąć się w drażniącą papierowość. W swoim uporze wydaje się nawet bardziej ludzki od pozostałych. Uniknięcie deprawacji czyni go człowiekiem, w opozycji do skupionych na sobie zwierzętach.

Nie bez przyczyny parokrotnie pojawiają się cytaty z „Folwarku zwierzęcego”. Od książki George’a Orwella rzecz się zresztą zaczyna. Pierwsze sceny budują także sugestywny, wizualny język filmu. Zdjęcia Tomasza Naumiuka bywają malownicze, ale w surowy sposób. Kadry są wyprane z mocnych kolorów. Stylowe wnętrza moskiewskich pałaców przejawiają dekadencki szyk, który wywołuje podziw i odrazę równocześnie. Zwłaszcza, gdy ogląda się potem zmrożone, opustoszałe stepy Ukrainy. Cena luksusu budzi niedowierzanie i oburzenie.

Parokrotnie pojawiają się również ekspresyjne, wypełnione napięciem i adrenaliną sekwencje. Okraszone wyrazistą muzyką ożywiają akcję. Dodają produkcji dynamizmu i efektowności, dzięki czemu silniej oddziałuje na emocje. Uzupełniają również pola interpretacji o motywy technologii, ekonomii, pojmowania rozwoju. Warstwa formalna doskonale współgra więc z treścią obrazu, a zarazem nie pozwala mu opaść w rejony ciężkostrawnego fatalizmu i trudnego w odbiorze artyzmu.

Gdyby „Obywatel Jones” powstał w Stanach Zjednoczonych, pod reżyserią podpisałby się pewnie Steven Spielberg. Holland wpisuje w swoją opowieść charakterystyczną dla tego twórcy szlachetność. Stara się przywrócić prawdzie, dobru, moralności odpowiednią wagę, siłę i znaczenie. Jednocześnie serwuje produkcję, która przykuwa do ekranu, angażuje emocjonalnie, nie pozwala się nudzić. Jeżeli po Andrzeju Wajdzie polskie kino wydawało się osierocone pod względem mistrzowskiego opowiadania o wartościach, ta dziura właśnie została zasypana.

Jan Bliźniak, Całe życie w kinie

„DOGONIĆ MARZENIA”
Plakat filmu „Dogonić marzenia”Reżyseria: Rachel Griffiths

O FILMIE
„Dogonić marzenia” to prawdziwa historia o pasji, rodzinie, przyjaźni oraz walce o własne marzenia. W rolach głównych występują: Teresa Palmer (Księga Czarownic, Kiedy gasną światła) oraz Sam Neill (Park Jurajski, Dynastia Tudorów). Michelle Payne, najmłodsza z dziesięciorga rodzeństwa wychowywanego przez samotnego ojca, od dziecka wiedziała, co chce robić w życiu. Marzyła o niemożliwym: zwycięstwie w Melbourne Cup – najtrudniejszym i najbardziej prestiżowym wyścigu konnym na świecie. Wyścigu, którego nigdy nie wygrała żadna kobieta. Mając 15 lat Michelle rezygnuje ze szkoły, żeby zostać dżokejką. Jej obiecującą karierę przerywa rodzinna tragedia oraz bardzo poważny wypadek podczas zawodów. Pomimo wszelkich przeciwności, przy wsparciu ojca oraz cierpiącego na zespół Downa brata, nie poddaje się i wciąż dąży by dogonić marzenia.

Dogonić marzenia – reżyserski debiut Rachel Griffiths, kojarzonej głównie z serialu Sześć stóp pod ziemią, to miła, familijna opowieść o Michelle Payne – niezłomnej kobiecie, która nigdy się nie poddała i mimo wielu przeciwności, które napotkała na swojej drodze – dopięła swego i została pierwszą kobietą w historii, która wygrała prestiżowe zawody jeździeckie Melbourne Cup. To jedna z tych produkcji, które wywołują w odbiorcy pozytywny nastrój i pozwalają choćby przez chwilę wierzyć, że wszystko jest możliwe.

Michelle Payne pochodzi z dużej rodziny. Poznajemy ją jako kilkuletnią dziewczynkę, która otoczona ósemką starszych braci i sióstr opiekuje się jedynym młodszym od niej Steviem, który ma zespół Downa. Ich ojciec – Paddy – po śmierci żony, którą ta poniosła w wypadku samochodowym, samodzielnie wychowuje tę niesforną gromadkę. Mężczyzna od najmłodszych lat uczy swoje pociechy miłości do koni oraz do wyścigów konnych, dlatego widza w późniejszych etapach filmu nie dziwi, że finalnie aż ósemka rodzeństwa jest ściśle związana z tym sportem, a podczas jednych zawodów między sobą rywalizuje aż piątka Payne’ów.

Najmłodsza córka Paddy’ego od dziecka marzy, aby iść w ślady starszych braci oraz sióstr. Jednak dziewczyna nie pragnie być tylko dżokejką – Michelle Payne pragnie wygrać słynne na całą Australię, niezwykle prestiżowe doroczne zawody Melbourne Cup, będące najważniejszym jeździeckim wydarzeniem w kraju. Michelle Payne jest do tego stopnia zakręcona na punkcie tych zawodów, że wspólnie z ojcem mają swojego rodzaju niepisaną grę, w której on zadaje pytanie o rok, a ona odpowiada nazwę konia oraz dżokeja, który wtedy wygrał.

Niestety, gdy Michelle wkracza w dorosłość i jest zdecydowana, by wziąć udział w poważnych zawodach, spotyka się z murem, który początkowo jest nie do przeskoczenia. Jednak Michelle znajdzie sposób, by go skruszyć i wreszcie dopiąć swego. Jej ojciec w obawie o zdrowie córki jest przeciwny jej ambicjom. Bohaterka filmu Dogonić marzenia jest jednak niepoprawną optymistką i jednostką wybitnie upartą, której nie powstrzyma chyba nic, dlatego w końcu uda jej się przekonać wszystkich, w jakim błędzie byli, lekceważąc ją.

Dogonić marzenia może się pochwalić ładnymi zdjęciami, dynamicznymi i w jakiś sposób majestatycznymi ujęciami wyścigów konnych i ciepłym, przyjemnym dla uszu soundtrackiem z dość znanymi hitami (wśród wykonawców między innymi Sia). Aktorsko absolutnie nie ma się do czego przyczepić. Złapałem się nawet na tym, że za dwie sceny doceniłem Sama Neila, który nie należy do grona moich ulubionych aktorów. Teresa Palmer wykonała swoją robotę w zadowalający sposób – nie przerysowała postaci, ale jednocześnie udźwignęła dramatyczne momenty. Warto wspomnieć także o tym, że Stevie Payne wciela się w samego siebie i jest bardzo jasnym punktem tej produkcji.

Rachel Griffiths prowadzi fabułę oraz swoich bohaterów w dość bezpieczny, liniowy wręcz sposób. Rozpoczyna od wprowadzenia, zarysowuje pragnienia bohaterów, wprowadza chwilową przeciwność losu, by w finale zaserwować erupcję pozytywnych emocji. To nie jest wytknięcie wady – historia ta w bardzo dużym stopniu bazuje wszak na faktach, zresztą znaczna większość prawdziwych bohaterów tego filmu żyje (Michelle Payne wygrała Melbourne Cup w 2015 roku) i ma się dobrze, dlatego też trudno o jakieś przekłamania w tej kwestii. Dogonić marzenia jest klasycznie, bardzo sprawnie wyreżyserowanym kinem familijnym.

Mateusz Cyra, Głos Kultury

„JOKER”
MFF w Wenecji 2019
Złoty Lew – Najlepszy film Todd Phillips
Camerimage 2019 Nagroda Publiczności – Najlepszy film Lawrence Sher
Camerimage 2019 Złota Żaba – Najlepszy operator Lawrence Sher
Plakat filmu „Joker”Reżyseria: Todd Phillips

O FILMIE
„Joker” przedstawia oryginalną wizję historii niesławnego łotra z uniwersum DC, nawiązującą do tradycyjnych opowieści o tej postaci, choć od nich całkowicie niezależną. Przedstawiony przez Todda Phillipsa portret Arthura Flecka, w którego rolę brawurowo wcielił się Joaquin Phoenix, ukazuje człowieka usiłującego znaleźć swoje miejsce w podzielonej społeczności mieszkańców Gotham. Marzący o choćby odrobinie uznania, próbuje swoich sił jako komik stand-up. Okazuje się jednak, że ostatecznie zawsze to on jest nabierany. Boleśnie szczere, alegoryczne studium postaci ukazuje, jak człowiek uwięziony w błędnym kole egzystencji – między apatią, okrucieństwem i zdradą – podejmuje fatalne w skutkach decyzje, które uruchamiają tragiczny łańcuch zdarzeń.

Joker to film przedziwny – im bardziej chcesz go szufladkować, tym mocniej zdajesz sobie sprawę, że to arcydzieło. Zza majaczącego umysłu i gotującego się społeczeństwa wyłania się tu współczesny świat bez retuszu. Fabryka Snów ustąpiła miejsca brutalnej rzeczywistości i chwała jej za to.

Jest w filmie Joker scena, w której oczami Arthura Flecka spoglądamy na mocno sfatygowany notes z żartami. Początkowo jeden z nich głosi, że tytułowy bohater ma nadzieję, iż jego śmierć będzie miała więcej sensu niż życie. W finałowej fazie historii ten napis ulega nieoczekiwanemu przeobrażeniu – angielskie słowo „sense” zostaje zastąpione przez „cents”. Magnetyzm zmieniającego się ujęcia robi piorunujące wrażenie; sztuka bywa przewrotna, ale też zwodnicza. Pal już licho igranie z widzem, które reżyser Todd Phillips opanował w tej opowieści do perfekcji. Skoro fikcja i rzeczywistość zaczęły tu ze sobą tańczyć obłąkane tango, to od samego początku do końca nie będziesz wiedział, co jest prawdą, a co tylko urojeniem chorego umysłu. Wychodzisz z założenia, że znasz już wszystkie fabularne schematy, że nic nie jest w stanie cię zaskoczyć. Później jednak głowisz się nad tym, w którą stronę podąży teraz narracja, czy poszczególne sekwencje faktycznie się rozgrywają, czy są tylko mylnym tropem podesłanym ci przez twórcę. Z ręką na sercu przyznaję się, że nie wierzyłem. Ani w to, że obraz Phillipsa jest w stanie sprostać tak wygórowanym oczekiwaniom, ani w to, że w Hollywoodzkiej Fabryce Snów z jej komiksową maszynerią wciąż pojawia się miejsce na tak bezpardonowy eksperyment. Joker to Dzieło przez duże „D”, które w naszą przyzwyczajoną do bezpieczeństwa świadomość wchodzi jak taran. Prowokuje i mami, uderza posępnością i zmusza do refleksji. Jeśli po seansie poczujesz, że w duszy coś ci wrzeszczy, dudni, skrzypi i bełkocze, wiedz, że to Książę Zbrodni właśnie opowiedział swój najlepszy żart. W pewnej perspektywie – zabójczy.

Najwygodniej byłoby odbierać Jokera przez pryzmat fascynującego studium majaczącego umysłu z niezwykle aktualnym komentarzem społecznym – ot, osobliwe pożenienie dramatu psychologicznego z kreśleniem szerokiej panoramy publicznych niepokojów. Sęk w tym, że na pijanym statku Phillipsa nie ma takiego słowa jak „wygoda”; to łajba szaleńców – albo poddanych obywatelskiemu ostracyzmowi, albo spoglądających na żyjących na marginesie ludzi ze swoich wystawnych sanktuariów. Gotham City w stanie permanentnego wrzenia, przy czym nie jest ono bynajmniej jak u Christophera Nolana ufundowane na anarchistycznej w wydźwięku krucjacie jednostki. Tutaj uciśnione masy zatracają się w poczuciu beznadziei i braku perspektyw, jakby miasto przeobrażało się w tykającą bombę nie tyle dosłowną, co będącą konsekwencją zmiany mentalności. Społeczny bunt przychodzi więc w odpowiedzi na zalewające ulice góry śmieci, przenoszone fabryki, likwidowane miejsca pracy, plagę przerośniętych szczurów czy podupadający system opieki zdrowotnej z zamykaniem szpitali psychiatrycznych na czele. Powiesz, że Phillips bawi się w lewicującego rewolucjonistę, jednak nie mogłeś być w większym błędzie. Reżyser, choć umiejscawia akcję na przełomie lat 70. i 80. XX wieku, zaprzęga do pracy cały szereg odwołań do rzeczywistego świata, przez co przekaz filmu nabiera ponadczasowego wymiaru. Słychać tu echo słynnego nowojorskiego strajku śmieciarzy z końcówki lat 60. i obywatelskich nastrojów pod rządami Donalda Trumpa. Ograbiany z godności i wolności lud chce wyjść na barykady; problem polega na tym, kto ma go tam poprowadzić. W mieście szaleńców może to zrobić tylko najbardziej obłąkany z nich.

To właśnie na tle rodzącej się w Gotham rewolucji poznajemy Arthura Flecka (Joaquin Phoenix), który wydaje się jednocześnie największą ofiarą systemowych zmian, jak i swoistym prorokiem ich konkluzji. Dopiero co opuścił zakład psychiatryczny, a swoją chorobę próbuje ujarzmić w ramach rozmów z pracowniczką opieki socjalnej. To postać zupełnie niezrozumiana – jego niekontrolowane napady śmiechu sprawiają, że spotykający go na swojej drodze ludzie biorą go za niebezpiecznego odmieńca. Dziwakiem jest nawet dla kolegów po fachu z trupy klaunów; w pracy idzie mu zresztą jak po grudzie, skoro najpierw zostaje pobity w trakcie jednego z ulicznych pokazów, a później szef grozi mu zwolnieniem. Na przeciwległym biegunie życia Flecka wyrasta opieka nad chorą matką (Frances Conroy), z którą namiętnie zatraca się w oglądaniu telewizyjnych programów Murraya Franklina (Robert De Niro). Kobieta raz po raz pisze listy do Thomasa Wayne’a (Brett Cullen), swojej dawnej sympatii – gdy Arthur jeden z nich przeczyta, będzie sądził, że lokalny magnat i obiekt społecznego buntu jest jego ojcem. Dodajmy do tego urokliwą sąsiadkę Sophie (Zazie Beetz), która bodajże jako jedyna zdradza zainteresowanie osobą protagonisty.

Sęk w tym, że w przewrotnym zamiarze reżysera każdy z powyższych komponentów fabularnych jest albo fikcyjny, albo staje się pokłosiem faktu, że główny bohater mylnie interpretuje rzeczywistość. Nie ma więc, jak wszystko na to wskazuje, Wayne’a-ojca, nie ma miłosnych przechadzek z potencjalnym obiektem westchnień, nie ma rozwijającej się kariery komika. Jest za to naznaczone chorobą psychiczną matki tragiczne dzieciństwo, jest też sprezentowany Arthurowi rewolwer, z którego wystrzeli on do trójki napastników w metrze. Tracimy grunt pod nogami w opozycji fikcja-rzeczywistość, zaciera się też granica między dobrem a złem. Gotham widzi w tajemniczym klaunie z metra zbawiciela, Franklin zaś w jednym z jego stand-upowych występów dostrzeże potencjalny materiał na pośmiewisko i zaprosi go do swojego programu. Cała ta historia zakończy się zamordowaniem Murraya na antenie – w mieście gejzery niepokoju już dawno wystrzeliły, mieszkańcy przyozdobieni w maski klaunów zyskali swojego ludowego trybuna. Joker wyniesiony przez publikę na piedestał tańczy na dachu samochodu w ramach osobliwego danse macabre. Jakże wymowne jest to, że dopiero po tym wszystkim miejsce w szpitalu psychiatrycznym ostatecznie się dla niego znajdzie.

Przedziwny to film. Nominalnie wpisany w ramy większego niż życie kina superbohaterskiego, a jednak najpełniej wybrzmiewający tam, gdzie liczy się subtelność i konteksty. Phillips z narracyjną maestrią podchodzi do szkicowania świata przedstawionego, zupełnie nieprzewidywalnego, wymykającego się jakimkolwiek próbom kategoryzacji poznawczej. O sile Jokera najbardziej stanowią więc jego zniuansowanie i wielowarstwowość. Nie pamiętam już, kiedy X Muza zaoferowała nam dzieło o tak szerokich perspektywach interpretacyjnych. Na Boga, czego tu nie ma? Choroba umysłu, psychologia tłumu, alegorie społeczno-polityczne, ludzkie dramaty, dyktat medialny, a do tego wszystkiego dochodzi jeszcze bezpretensjonalny hołd dla klasyków kina z późnych lat 70. i wczesnych 80. Jakbyśmy przemierzali Ulice nędzy, na których naszymi przewodnikami są Martin Scorsese, Francis Ford Coppola, Sidney Lumet, Brian De Palma czy nawet arcypoważny Clint Eastwood, którego oblicze, notabene, pojawi się na jednym z monitorów w ostatnim ujęciu produkcji. Co więcej, elementy fabuły i konwencje gatunkowe działają w ten sposób, że o ich ostatecznym kształcie decyduje sam widz, niejako na zasadzie: zobaczysz tu to, co naprawdę chcesz dostrzec. Phillips nie pretenduje bowiem ani do miana społecznego diagnosty, ani moralisty; choć bierze na warsztat niewiarygodnie ciężką tematykę, to mocuje się z nią bez popadania w banał czy narracyjne koleiny. Schorzenia obywatelskie i mentalne faktycznie nimi są, nikt nie rozładowuje ich entuzjastycznym post scriptum czy tasowaniem nam przed oczami nadzieją na lepsze jutro. Oto życie takie, jakie jest – pełne bólu, strachu, zła i deficytu empatii. Demony rodzą się nie jako odprysk, a w samym sercu tego etycznego rozgardiaszu. Kiedyś Joker fascynował dlatego, że wyrastał naprzeciw wiecznie pokazującego mu jego miejsce Batmana. Teraz w tym równaniu Mroczny Rycerz, nawet jeśli Bruce Wayne na ekranie jest, to wydaje się kompletnie niepotrzebny. Tak się jednak dzieje, gdy niepokorny reżyser zaczyna celebrować nadaną mu wolność twórczą i przewietrza ekranowy świat komiksów. To już świat istniejący przed Jokerem i po Jokerze. Phillips nie wchodzi co prawda w szaty społecznego oskarżyciela, jednak z drugiej strony żadnych jeńców też brać nie zamierza – jeśli ktoś przyczynił się do wybudzenia potworów w Arthurze Flecku, to zrobiliśmy to my wszyscy. Największy dyskomfort w trakcie seansu odczujemy wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że nie możemy go ani polubić, ani znienawidzić. Gdzieś na najgłębszym poziomie protagonista staje się dla nas osobliwym zwierciadłem; możemy się w nim przejrzeć tak, by samych siebie zapytać o własną empatię dla drugiego człowieka. Gdzie byliśmy, gdy bity w metrze bronił się za pomocą rewolweru? Czy gdy próbował opowiedzieć o swojej chorobie, zachowywaliśmy się jak znudzona tym stanem rzeczy pracowniczka opieki społecznej? Śmialiśmy się do rozpuku podczas jego nagranego na wideo komediowego występu? Fleck nie jest złoczyńcą z krwi i kości; to postać tragiczna, która niczym Canio we włoskiej operze Pajace, cierpiąc wewnętrzne katusze, wie, że będzie musiał grać wesołą komedię i bawić tłum. Takie piętno odcisnęła na nim przecież nieustannie nazywająca go „Wesołkiem” matka. Arthur jest tak szalony, jak otaczająca go rzeczywistość. Psychopata, mający jednak pierwotnie dobre serce. Desperacko poszukujący akceptacji everyman, który na przedstawienie dla chorych na raka dzieci zabiera pistolet. Niepoprawny marzyciel, do znudzenia przemielany medialną papką. Jest wszystkim tym, czego się boimy – wodą pomieszaną z ogniem, mrokiem i jasnością, czernią i bielą. Nie mamy jednak kontroli nad tymi opozycjami, więc naszą reakcją na nie może być wyłącznie strach, podlany jakąś trudną do jednoznacznej klasyfikacji fascynacją. Potrzebujemy tego typu outsiderów z prostego powodu; to oni pomagają nam zrozumieć, że jądro ciemności to coś więcej niż pusta kategoria, a jeden z komponentów naszej natury.

Nie ma żadnego przypadku w tym, że hartowany fizycznym i psychicznym bólem, wypychany poza społeczny margines i określany przez swoje rzeczywiste oraz wyimaginowane relacje Arthur w ramach ostatecznego żartu w programie Franklina odbiera prowadzącemu życie. W filmie Phillipsa media to okno nie tyle na, co po prostu przesłaniające świat; osobliwą wariację na temat szczęścia odnajdziemy uwalniając się spod ich jarzma. Zachłyśnięci medialną agendą i jej rozrywkową funkcją stajemy się ślepcami wśród wszechobecnych, jaśniejących ekranów – taki stan rzeczy przepowiadał Jean Baudrillard, mający swoją drogą gigantyczny wpływ na filozofię lat 70. i 80. Zamiast pisać scenariusz własnego życia wolimy tworzyć doskonale preparujące rzeczywistość symulacje. Klaszczemy, choć nie wiemy dlaczego. Zabijamy, choć nie znamy powodów własnego postępowania. Przypomnijcie sobie o tym, gdy Arthur najpierw udusi poduszką własną matkę, a później oszczędzi jednego z klaunów tylko dlatego, że ten zawsze był dla niego „miły”. Jest coś niesłychanie złowieszczego w scenie zmasakrowania kolegi z pracy, gdy towarzyszący mu karzeł próbuje otworzyć drzwi – jest za niski, by sięgnąć zamka. Ironia tej sytuacji wbrew pozorom polega na tym, że w odróżnieniu od nas Fleck zna już powody swojego zachowania. Nie jest z pewnością wzorcem, który powinniśmy naśladować, ale ma większy od naszej stopień samoświadomości. Niektórzy z nas zareagują dającym iluzję bezpieczeństwa śmiechem, inni zaczną dostrzegać w całej sekwencji rzekomą inspirację dla przyszłych morderców. Nawet po seansie będziemy próbować rozładować skalę napięcia, którą uraczył nas reżyser. Moja rada jest taka: przestańcie, dajcie tej chwili płynąć. Tylko wtedy docenicie pełne spektrum realizacyjnej wirtuozerii Phillipsa.

Cały reżyserski kunszt jest pochodną przeróżnych czynników – skrupulatnego budowania stylistyki na modłę kina lat 70., subtelnie wplecionego w fabułę czarnego humoru czy niepokojących, lecz wciąż intrygująco ukazanych scen przemocy. Choć przez ostatnie lata bywaliśmy już w Gotham wielokrotnie, to z tej strony jeszcze go nie poznaliśmy. To miasto dosłownie i w przenośni pełne brudu, taplające się w szczurzych odchodach i walających się po ulicach odpadkach. Operator Lawrence Sher konsekwentnie dobiera ciemniejsze soczewki tak, by ekranową lokację zatopić albo w mroku, albo przynajmniej w półcieniu. Nawet sekwencje rozgrywające się za dnia, jak choćby ta, gdy Fleck próbuje wejść do posiadłości Wayne’ów, wydają się matowe, poniekąd wyzute z symbolizującego życie światła. Pomysł na warstwę wizualną znajduje swoje dopełnienie w ścieżce dźwiękowej, która, o dziwo, nie zapada w pamięć z uwagi na evergreeny Franka Sinatry, a poprzez kapitalną pracę, jaką przy jej tworzeniu wykonała autorka soundtracku do Czarnobyla, Hildur Guðnadóttir. Poszczególne sceny są więc okraszane taktami, które mają wybudzić atmosferę grozy – niektórym z nas skojarzą się z próbą zapisu majaczenia umysłu, innym ze skrzypieniem i trudnymi do opisania jękami.

Nazwijmy rzeczy po imieniu: Joker nie stałby się filmowym arcydziełem, gdyby nie koncert, który na ekranie dał Joaquin Phoenix. Widziałem już większość produkcji z jego udziałem, ale w tej przechodzi on sam siebie. Z emploi kinowej enigmy aktor uczynił w tym przypadku swoją największą broń – gdy trzeba, błaznuje, gdy wymaga tego sytuacja, zastyga w bezruchu ze śmiertelnie poważną miną. Przez całą opowieść przetacza się niczym śmiercionośny huragan, który najpierw niszczy, by później dać chwilę oddechu w swoistym oku cyklonu. Na każdą jego szarżę przypada moment, w którym wybudza pozorny spokój. Fenomenalna gra Phoenixa jest skutkiem modulacji chropowatego głosu i operowania całym ciałem, co uwidacznia tak jokerowa gestykulacja, jak i ruchy kącików ust. Jestem jednak przekonany, że w pamięci zapadnie nam przede wszystkim jego szaleńczy śmiech; brawurowy rechot raz po raz będzie kontrastował z cieknącymi łzami. Złowieszczą aurę protagonisty dopełni jeszcze, wydawałoby się, pokraczny taniec, ten ze schodów, zza kulis programu Franklina i z dachu auta. Phoenix wygina się tu w ramach obłąkanych pląsów, uwodząc swoją postawą. To bez dwóch zdań spektakl jednego aktora, nawet jeśli na drugim planie widzimy kapitalnie rozpisane postacie, które naprawdę dobrze sportretowali De Niro, Conroy, Marc Maron czy Glenn Fleshler. Doskonały scenariusz sprawia, że każdy z bohaterów funkcjonuje w ramach osobnych mikroświatów, które zderzając się ze sobą doprowadzają do mentalnych (r)ewolucji.

Joaquin Phoenix podniósł ten sam sztandar, który w kinie trzymali już przed nim giganci – nie bez powodu wizualnie jego Książę Zbrodni będzie nam kojarzył się z kreacją Cesara Romero, w mocy sprawczej z Heathem Ledgerem, a przecież i tryskający cieczą kwiat przypięty do marynarki na modłę tego Jacka Nicholsona też się znajdzie. Wygląda na to, że każda epoka dostaje takiego Jokera, na jakiego sobie zasłużyła. Jakimś przedziwnym zrządzeniem losu wszystkie jego wersje zaczynają korespondować z aktualnymi nastrojami społeczno-politycznymi. Co najnowszy z nich mówi nam o nas samych? Głównie to, że żyjemy w świecie przepadających nadziei i wszędobylskich iluzji, gdzie empatia w stosunku do drugiego człowieka zanika. Znacznie bardziej pokrzepiające jest to, że reżyser Todd Phillips stanął w opozycji do determinującego Hollywood, a zwłaszcza jego superbohaterską część, ducha czasu. Stworzył film, których w dzisiejszej Fabryce Snów już się po prostu nie robi – lekcja z kinowej anatomii, realizacyjny majstersztyk i zarazem piekielnie inteligentna wiwisekcja współczesnego społeczeństwa. Niektórzy na ten wniosek zareagują śmiechem. Rzecz w tym, że ostatni śmieje się dziś Joker.

Piotr Piskozub, naEKRANIE