dkf

 

„LION. DROGA DO DOMU” 06.03.2017 godz. 19.00
„DOBRA ŻONA” 13.03.2017 godz. 19.00
„CO PRZYNOSI PRZYSZŁOŚĆ” 20.03.2017 godz. 19.00
„DOBRZE SIĘ KŁAMIE W MIŁYM TOWARZYSTWIE” 27.03.2017 godz. 19.00


„LION. DROGA DO DOMU”

23 02 2017 lion

Reżyseria Garth Davis

„Lion. Droga do domu” to poruszający, pełen emocji i niezwykłej energii film producentów nagrodzonego Oscarem „Jak zostać królem”. W obsadzie znaleźli się fenomenalny Dev Patel („Slumdog. Milioner z ulicy”), Rooney Mara („Dziewczyna z tatuażem”) oraz Nicole Kidman („Grace księżna Monako”). Film zainspirowany prawdziwą historią o nadzwyczajnej odwadze i wielkiej sile miłości.
Pięcioletni chłopiec gubi się na ulicach Kalkuty, tysiące kilometrów od domu. Napotkanym ludziom nie jest w stanie powiedzieć wiele o sobie. Nie zna swojego nazwiska ani adresu. Zdany wyłącznie na siebie, musi stawić czoło zagrożeniom czyhającym na ulicach wielomilionowego miasta. W najmniej oczekiwanym momencie jego los odmienia para Australijczyków. 25 lat później, już jako mężczyzna, wyrusza na poszukiwanie utraconego domu i rodziny.
Chociaż debiut reżyserski Gartha Davisa jest formalnie produkcją australijską, to na jego treść i ładunek emocjonalny najlepiej wskazuje nazwa amerykańskiego koproducenta, The Weinstein Company. Nie od dziś wiadomo, że Harvey Weinstein najchętniej firmuje popularne kino o aspiracjach artystycznych. Innymi słowy, są to filmy, które podobają się publiczności, chwytają za serce, ale i dają duże szanse na nagrody, w tym na nominacje oscarowe.
„Lion. Droga do domu” jest dziełem o mocno wyrachowanych parametrach, a autorzy filmu od samego początku umiejętnie pociągają za sznureczki emocjonalne kierujące reakcją widzów. Efekt końcowego wzruszenia jest więc w zasadzie gwarantowany.
Oparta na faktach historia składa się z kilku fascynujących rozdziałów. Rozpoczyna się w Indiach. W połowie lat osiemdziesiątych pochodzący z biednej rodziny pięcioletni chłopiec o imieniu Saroo przypadkowo znalazł się w pustym pociągu dalekobieżnym. Zanim ktokolwiek się zorientował, malec samotnie przejechał ponad tysiąc pięćset kilometrów z rodzinnego miasteczka do Kalkuty.
Na miejscu nie mógł się prawie z nikim porozumieć, bowiem mieszkańcy wschodniej części kraju używają nieznanego chłopcu języka bengalskiego. Przez kilka tygodni Saroo tułał się po ulicach, po czym wylądował w sierocińcu. W tym samym czasie matka bezskutecznie szukała go w zupełnie innym regionie.
Po upływie kolejnych kilku miesięcy chłopiec został adoptowany przez bezdzietną rodzinę z Tasmanii. Tam wychował się w dobrobycie i wiele lat później rozpoczął studia hotelarskie. W zasadzie powinien czuć się pełnoprawnym Australijczykiem, jednak świadomość posiadania hinduskich korzeni nie dawała mu spokoju.
Gdy pojawiły się nowe technologie, Saroo zaczął korzystać z programu Google Earth i w oparciu o szczątkowe wspomnienia z dzieciństwa usilnie próbował odtworzyć trasę swojej pierwszej podróży kolejowej. Z czasem stało się to obsesją dorosłego już mężczyzny. Ostatecznym celem poszukiwań było oczywiście zidentyfikowanie rodzinnych stron i znalezienie najbliższych. Ten bardzo długi proces przypominał desperackie szukanie przysłowiowej igły w stogu siana.
Scenariusz dzieli opowieść na dwie chronologicznie następujące po sobie części. Są one bardzo różne pod względem stylistycznym i językowym. Pierwsza faza rozgrywa się całkowicie na subkontynencie indyjskim. Lokalny koloryt, ze zgiełkiem ulic i wszechobecną biedą, przypomina w wielu sekwencjach klimaty filmu „Slumdog. Milioner z ulicy”.
Podobieństwo dotyczy również charyzmatycznej kreacji dziecięcego aktora. Sunny Pawar jako zagubiony mały Saroo urzeka zarówno rezolutnością, jak i wrażliwością wobec otaczającego go świata. Martwimy się o niego, lecz jednocześnie kibicujemy mu, podziwiając jego zaskakującą dojrzałość w zmaganiach z przeciwnościami losu. Pierwsza część filmu jest momentami porywająca, zwłaszcza od strony czysto wizualnej. Uderzający realizm poszczególnych sytuacji przywołuje echa szkoły włoskiej lub kina brazylijskiego, jeszcze mocniejszego pod względem społecznej wymowy.
Druga połowa filmu przenosi nas do Australii. Konwencja narracyjna zmienia się radykalnie, odzwierciedlając o wiele bardziej stateczne (i statyczne) życie mieszczańskich przedmieść. Spokój i sielanka. Kontrast pomiędzy przedstawionymi wcześniej realiami trzeciego świata a obrazem zachodniej cywilizacji nie wychodzi jednak poza utarte schematy.
Już decyzje obsadowe mają jednoznacznie definiować komfort życia w Australii. Dorosły Saroo grany jest przez gwiazdę „Slumdoga” Deva Patela, z typową dla tego aktora mieszanką naturalnego ciepła i irytującej intensywności. Aktorska stajnia braci Weinstenów reprezentowana jest przez Nicole Kidman w roli przybranej matki głównego bohatera i Rooney Marę jako jego dziewczynę.
O ile jeszcze stonowana kreacja Kidman broni się niewyszukaną prostotą, to obecność Amerykanki na ekranie wydaje się zbędna. Grana przez nią postać studentki została napisana bezbarwnie, w ogólnym rozrachunku chyba głównie po to, żeby nazwisko aktorki mogło dla dobra filmu pojawić się na promocyjnym afiszu.
Poszczególne sekwencje tej części filmu są od początku do końca przewidywalne, łącznie z dramaturgią finału. Nie oznacza to jednak, że brak w nich odpowiednich emocji. Wręcz przeciwnie, narastają one z upływem czasu. W kontekście rozwoju wydarzeń trudno pozostać obojętnym na oczywiste manipulacje emocjonalne.
I nie ma przy tym żadnego znaczenia, czy ktoś zawczasu zna prawdziwe zakończenie historii hinduskiego Odyseusza, czy też nie. Kwestie określenia własnej tożsamości przez osobę o tak skomplikowanym życiorysie jak Saroo zostają, niestety, zepchnięte na dalszy plan.
Zbigniew Banaś, Lion. Droga do domu, „Kino” 2016, nr 12, s. 71

„DOBRA ŻONA”

23 02 2017 zona

Reżyseria Mirjana Karanović

Aktorka znana z takich filmów, jak „Underground”, „Grbavica”, „Życie jest cudem” czy „Jagoda w supermarkecie”, debiutuje po drugiej strony kamery dramatem na bazie własnego scenariusza.
Milena jest kobietą w średnim wieku, żoną i matką, żyjącą wygodnie w ekskluzywnej dzielnicy Belgradu. Pielęgnuje urodę, sumiennie gotuje, urządza przyjęcia i śpiewa w chórze. Oboje z mężem prowadzą beztroskie życie towarzyskie w grupie przyjaciół. Jednak stopniowo niepokojące elementy rzeczywistości przenikają do świadomości Mileny i zaburzają jej poukładany świat.
Pewnego dnia podczas sprzątania odkrywa taśmę wideo, stanowiącą dowód obciążający jej męża strasznymi zbrodniami wojennymi. Tajemnica ta zmieni jej życie i ją samą w nieodwracalny sposób.
Jest przedwiośnie, poranek, dżdży. Milena (Mirjana Karanović) wychodzi do przydomowego sadu w miasteczku niedaleko Belgradu. Przeciąga się, dogląda sadzonek, w ręku ma ciepły, parujący kubek herbaty – chwila dla siebie przed typowym dniem pani domu z wyższej serbskiej klasy średniej. Milena zapewne w ten sam sposób celebruje poranki od jakichś parunastu lat. Od kiedy skończyła się wojna w Bośni i Hercegowinie, i jej mąż, poczciwy Vlada (Boris Isaković), wrócił do domu po odbytej służbie wojskowej.
W międzyczasie dorobili się i wychowywali trójkę dzieci. Najstarsza córka wyfrunęła już z gniazda, przeniosła się do miasta i została aktywistką walczącą o prawa człowieka, więc nacjonalistycznie zorientowany ojciec zerwał z nią kontakty. Milena musi odtąd spotykać się z nią tylko pod jego nieobecność. Mimo to między małżonkami jakoś się układa. Regularnie chodzą na kolacje z przyjaciółmi – byłymi wojskowymi i ich żonami. I choć podczas tych miłych spotkań towarzyskich niektórzy piją zbyt dużo, a inni nieumiejętnie ukrywają swoje skoki w bok, Mileny i Vlady te problemy nie dotyczą.
Oczywiście w ich poukładane życie niekiedy wdzierają się drobne niepokoje – w telewizji powtarzane są komunikaty wzywające do ścigania zbrodniarzy wojennych, z pochowanych w piwnicy kartonów wypada wojskowy but, nogawka w barwach moro niepokojąco wystaje z worków wywożonych w pośpiechu przez sąsiadkę – ale karton można przecież schować, z sąsiadką się nie zadawać a telewizor wyłączyć.
Wystarczyło jednak, że pewnego dnia Milena nie chwyciła w porę po pilota i nie nacisnęła przycisku off, by cała ta życiowa maszynka rozregulowała się i obnażyła wypracowywany przez lata system wyparcia. Od kiedy na ekranie sypialnianego telewizora tuż po nagraniu VHS z rodzinnego „garden party” pojawiła się rejestracja egzekucji wykonanej na bośniackich cywilach przez paramilitarną jednostkę Vlady, to, co dotąd rugowane było z pamięci, stało się widzialnym faktem.
Podobnie jak guz, który lekarze odkryli w piersi Mileny. Rak i świadomość zbrodni wojennych dokonanych przez męża naznaczają odtąd poranki i wieczory samotnej w swoim bólu bohaterki, której przed samodzielnym wyborem i wyrzutami sumienia nie uchronią już datki na tacę czy naprawa przeciekającego dachu pobliskiej cerkwi.
Mirjana Karanović – aktorka znana z nagradzanych, czołowych bałkańskich produkcji takich jak „Ojciec w podróży służbowej” (1985) Emira Kusturicy czy „Grbavica” (2006) Jasmili Žbanić, pierwsza Serbka, która po rozpadzie Jugosławii zagrała Chorwatkę (w „Świadkach” z 2003 roku) – w latach dziewięćdziesiątych aktywnie uczestniczyła w ruchach antywojennych. Brała udział w pikietach, sympozjach. Działała.
Kiedy w 2005 roku publiczna telewizja nadała nagranie pokazujące mord muzułmańskich cywili dokonany przez serbskie jednostki zbrojne, Karanović pomyślała o rodzinach oprawców, kobietach, które odtąd będą nosiły piętno swoich mężów i synów, a także o zmaskulinizowanych obrazach wojennych, w których postaci kobiet najczęściej przedstawiane są wyłącznie jako bierne ofiary agresji. Wtedy zrodził się pomysł na scenariusz, który Karanović napisała wraz z Stevanem Filipovićem i Darko Lungulovem.
Od początku wiedziała, że w „Dobrej żonie” będzie grać główną rolę, nie sądziła jednak, że zostanie reżyserką. Rozbudowując postać Mileny, zdała sobie jednak sprawę, że tej osobistej opowieści nie jest w stanie oddać nikomu, kto nie stworzyłby filmu pod jej dyktando. Nie chcąc więc utrudniać nikomu pracy, postanowiła spróbować sama.
Debiutancki film Karanović opowiada o kobietach. Tych zatajających prawdę, współodpowiedzialnych za wojenne zbrodnie, ale i tych nieświadomych, i tych walczących o sprawiedliwość; starszych i młodych. W takim, trochę nazbyt zróżnicowanym jak na jedno środowisko katalogu postaw, miota się Milena, której wewnętrzne dojrzewanie do emancypacji staje się wiodącym motywem filmu.
Już od pierwszych scen kamera nie odstępuje jej na krok – śledzi każdy ruch krzątającej się po domu bohaterki, w ciasnych kadrach portretuje jej zmartwioną twarz. Wszystko i wszyscy inni to tło dla jej dylematów, co miejscami odbija się na pobieżnie ukazanych wątkach pobocznych. O podobną perspektywę jednak trudno, szczególnie w pełnym silnych męskich postaci kinie bałkańskim. I choć drażni nieco wątek choroby, który zmienia się w metaforę przyrównującą skrywane zbrodnie wojenne do toczącego ciało raka, dzięki stosowaniu skrótów narracyjnych Karanović sprawia, że figura ta nie jest nachalna.
Jagna Lewandowska, Dobra żona, „Kino” 2016, nr 11, s. 82

„CO PRZYNOSI PRZYSZŁOŚĆ”

23 02 2017 przyszlosc

Reżyseria Mia Hansen-Love

Jedna z najzdolniejszych młodych autorek europejskiego kina, Mia Hansen- Love („Eden”), nakręciła studium psychologiczne kobiety po przejściach. Reżyserka wzorowała tę postać na własnej matce. Nathalie naucza filozofii w paryskim liceum. Praca wciąż jest dla niej pasją, ma świetny kontakt ze studentami – obecnymi i byłymi. Prywatnie wiedzie równie szczęśliwą egzystencję. Długoletni związek, dwoje dorosłych dzieci. Jedynie dysfunkcyjna matka przysparza nieco problemów. Pewnego dnia mąż nagle informuje Nathalie, że opuszcza ją dla innejkobiety. Wkrótce potem umiera matka bohaterki, a ona sama traci pracę. Czy odnajdzie się w nowej rzeczywistości? A może właśnie po raz pierwszy w życiu poczuje się wolna?
Hansen-Love rolę Nathalie pisała od razu z myślą o Isabelle Huppert. Razem stworzyły unikatowy w kinie portret kobiety-Hioba. Czy tak jak on, mimo że spada na nią plaga nieszczęść, uda jej się przetrwać w wierze w siebie i w ludzi?

Oto rzadki przykład filmu o intelektualistach i dla intelektualistów. W dodatku centralną postacią jest tutaj kobieta, wiadomo zaś, że w literaturze czy kinie żeńskie postacie ujmowane są przeważnie w porządku melodramatycznym. Czyli kierują się emocjami, przedkładają uczucie nad rozsądek, miłość uznają za wartość absolutną itd. itp. Ostatnim filmem o kobiecie-intelektualistce, jaki widziałem, była „Hannah Arendt” (2012) Margarethe von Trotty. Tam jednak mieliśmy do czynienia z opowieścią opartą na faktach, natomiast w „Co przynosi przyszłość” oglądamy wycinek z życia postaci fikcyjnej. Nathalie Chazeaux jest zresztą, podobnie jak Arendt, filozofką. Uczy w paryskim liceum, prowadzi też prestiżową serię książkową w jednym z wydawnictw. Lubi swoją pracę, czuje się spełniona zawodowo.
Te miesiące z biografii bohaterki, które pokazuje nam Mia Hansen-Love, przyniosą kryzys i to na kilku płaszczyznach. Wydawnictwo zerwie z Nathalie współpracę (cóż, nawet na rynku książek naukowych najważniejsze są wskaźniki sprzedaży), dla innej kobiety opuści ją mąż – także profesor filozofii – z którym dobrze się rozumiała, chora na depresję matkę kilka razy w tygodniu podejmować będzie próby samobójcze. Bohaterka przyjmuje jednak wszystkie zawirowania ze stoickim spokojem. Na chłodno, co nie znaczy, że bez emocjonalnego i uczuciowego zaangażowania (gdy trzeba, potrafi się też wkurzyć). Intelekt, wiedza, filozoficzne przygotowanie pozwalają jej zachować dystans, poddać rzeczywistość racjonalizacji. Jak również utwierdzić się w swoich wyborach.
Główną rolę odtwarza Isabelle Huppert, znana z tego, że nie pozwala sobie na łatwe, sentymentalne chwyty. Jej gra jest zawsze bardzo świadoma, konsekwentna, jej bohaterki nierzadko odstręczają wręcz swą siłą i, pozorną przynajmniej, oschłością. Nathalie to zresztą rewers pianistki ze słynnego filmu Hanekego. Erika, uwięziona w represyjnej kulturze, szukała rewanżu w perwersyjnym okrucieństwie, w sadomasochistycznej grze z otoczeniem. Chazeaux, przeciwnie, znajduje w świecie myśli, nauki, edukacji ratunek i równowagę. Nie boi się ani wyzwań etycznych (np. czy należy oddać matkę do domu opieki?), ani jednoznacznych decyzji.
Gdy Nathalie, po separacji z mężem, porządkuje swoje rzeczy w domu w Bretanii, należącym do rodziny eksmałżonka, niespodziewanie w filmie pozbawionym dotąd muzyki rozbrzmiewa romantyczna pieśń Schuberta. Pozwala ona zrozumieć żal i melancholię przepełniającą bohaterkę żegnającą się ze swym ulubionym miejscem na ziemi. Ale trudno, to właśnie przyniosła przyszłość. Nathalie się nie roztkliwia, lecz odważnie idzie naprzód. „Życie się przecież nie kończy” – powiada.
Dialog z „Pianistką” widać także w wątku przyjaźni Nathalie z byłym uczniem, młodym, przystojnym Fabienem (Roman Kolinka). Jak pamiętamy, u Hanekego jeden z uczniów wyznaje miłość Erice, a ona jego uczucie próbuje wykorzystać jako kolejne narzędzie manipulacji. U Hansen-Love nie ma wątku erotycznego. Relacja między Nathalie a Fabieniem opiera się na wspólnocie zainteresowań i więzi duchowej. Również ich chwilowy konflikt dotyczyć będzie kwestii światopoglądowych. Fabien skłonny do radykalizmu i aktywizmu, zaangażowany w protesty przeciwko eksmisjom, przystanie do wiejskiej komuny domagającej się m.in. zlikwidowania prawa autorskiego. Zarzuci swojej nauczycielce konformizm i wygodnictwo. Ona zaś uzna jego młodzieńczy bunt za powierzchowny i jałowy.
Pod opowieścią obyczajową kryją się więc pytania o tytułową przyszłość nie tylko w wymiarze jednostkowym, biograficznym, ale też kulturowym i politycznym (w dialogach rozważana jest chociażby bardzo dzisiaj aktualna kwestia terroryzmu). Francja to jeden z niewielu krajów, w którym ton wciąż nadają elity intelektualne. Chyba jeszcze tylko tam teorie Levinasa, Derridy, Arendt czy współczesnych filozofów są w stanie poruszyć opinię publiczną, a nie wyłącznie wąską grupkę jajogłowych. „Co przynosi przyszłość” dobrze pokazuje tę dbałość o zachowanie intelektualnego poziomu i to już na etapie szkolnej edukacji.
Nathalie funkcjonuje w świecie, który jest bezpieczny, ułożony, par excellence kulturalny (również, jak widzimy na ekranie, raczej pozbawiony napięć rasowych, klasowych, religijnych, o których czytamy w doniesieniach prasowych z Francji). Hansen-Love zastanawia się jednak, czy gdzieś tam nie szykuje się przewrót na miarę 1968 roku. Jeśli nawet tak, to jego sprawcami raczej nie będą biali, wyedukowani potomkowie elit. Komuna, do której przystaje Fabien, została na ekranie przedstawiona z delikatną, ale jednak ironią. Sama Nathalie, która wywodzi się z nizin i doszła do swej pozycji drogą awansu społecznego, chociażby dzięki poświęceniu matki, nie tęskni za rewolucją. Przeciwnie – stara się zachować status quo, a zarazem przekazać uczniom wartości, w które wierzy. Naucza ich – zdaje się, że z powodzeniem – krytycznego, filozoficznego namysłu nad rzeczywistością.
Można oczywiście powiedzieć, że wszystko to są burżujskie dylematy, a Nathalie reprezentuje sytą, zamożną klasę średnią, którą stać na zajmowanie się przez cały dzień ontologicznymi subtelnościami. Ja jednak doceniam perspektywę autorki filmu, która nie czyni dramatu z życiowych perypetii Nathalie, lecz próbuje je ująć w szerszym, racjonalnym kontekście. Nie znamy przyszłości, nie możemy nic pewnego na jej temat powiedzieć. Możemy natomiast, bazując na dziedzictwie kulturowym i własnych doświadczeniach, przyjmować to, co nas spotyka, w sposób wyważony i opanowany. Z wewnętrznym i zewnętrznym spokojem.
Bartosz Żurawiecki, Co przynosi przyszłość, „Kino” 2016, nr 08, s. 70-71


„DOBRZE SIĘ KŁAMIE W MIŁYM TOWARZYSTWIE”

23 02 2017 dobrze

Reżyseria Paolo Genovese

Kameralny komediodramat jest jednym z największych przebojów kin włoskich 2016 roku (ponad 2,5 miliona widzów). Jedną z głównych ról w filmie gra, uwielbiana w Italii, Kasia Smutniak.
Siedmioro długoletnich przyjaciół spotyka się na kolacji. Dla urozmaicenia wieczoru rozpoczynają zabawę polegającą na dzieleniu się między sobą treścią
każdego SMS-a, e-maila lub rozmowy telefonicznej, jakie otrzymują w trakcie
spotkania. Kiedy tym samym wiele tajemnic zaczyna wypływać na światło dzienne, niewinna gra rodzi konflikty, które niełatwo będzie zażegnać…

Film Paolo Genovesego jest lekki jak „prosecco”, po którym na drugi dzień pęka głowa. Podczas letniej kolacji, do której zasiadają bohaterowie „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, nie brakuje drogiego biodynamicznego wina, smakowitego tiramisu, wybuchów śmiechu, sterty kłamstw i morza łez. Grono filmowych przyjaciół przypomina postacie z „Dekameronu” Boccaccia. Jednak zamiast snucia opowieści, czytają one nawzajem swoje SMS-y i podsłuchują rozmowy telefoniczne.
Jak dobrze znasz przyjaciół, z którymi trzymasz się całe życie? Czy wiesz, z kim koresponduje twoja żona? W jakim stopniu jesteś w stanie zaufać mężowi, z którym planujesz dziecko? Te jakże poważne, wręcz fundamentalne dla ludzkich związków pytania zadaje w niezwykle lekkiej i żartobliwej formie włoski reżyser. Film Genovesego pokazuje spotkanie grona starych znajomych, podczas którego wspomina się wspólne przygody, obgaduje nieobecnych i uważa, żeby nie powiedzieć za dużo. Stawką, o jaką toczy się ta towarzyska gra, jest zachowanie pozorów.
Bohaterowie postanawiają jednak zaryzykować i nawzajem wystawić się na próbę. Przecież nikt nie ma tu nic do ukrycia. W ramach eksperymentu uzgadniają, że podczas kolacji wiadomości przychodzące na ich komórki oraz rozmowy telefoniczne będą dostępne dla wszystkich zasiadających za stołem. Pozornie wydaje się, że to nic takiego.
Bohaterowie są bliskimi przyjaciółmi, w większości mają ustabilizowane życie i stałe związki a niektórzy nawet dorastające dzieci. Można by pomyśleć, że bardziej niż romanse interesują ich kolejne operacje plastyczne, seanse u psychoterapeutów i domy opieki dla starzejących się rodziców. Jednak z każdą kolejną przychodzącą wiadomością i odebraną rozmową ich relacje się komplikują. Skrywane żądze wychodzą na światło dzienne, a dobrze do tej pory strzeżone tajemnice stawiają pod znakiem zapytania wzajemną lojalność, przyjaźń, wierność i miłość.
Film został osnuty delikatną mgiełką niesamowitej, baśniowej atmosfery. Bohaterowie przez cały wieczór wyglądają na balkon, żeby podziwiać zaćmienie księżyca, a ryzykowna gra z własną prywatnością odsłania ciemną stronę wzajemnych relacji. Genovese nieustannie balansuje na granicy realizmu i fantazji. Dba, by związki łączące bohaterów były jak najbardziej wiarygodne, podobnie jak dialogi, które są głównym nośnikiem dramaturgii.
Jednak trudno nie odnieść wrażenia, że wydarzenia, które mają miejsce podczas kolacji, zbyt łatwo układają się w spójną całość, żeby wybrzmieć w pełni realistycznie. Twórcom to jednak nie przeszkadza – doskonale zdają sobie sprawę, że ukazana sytuacja jest tylko efektownym zmyśleniem, rodzajem współczesnej bajki dla dorosłych, kończącej się nienachalnym morałem. Dlatego opowieść zostaje wzięta w nawias, który odziera film z nadmiernego dramatyzmu, ale zarazem, paradoksalnie, dodaje opowieści wyjątkowo gorzkiego posmaku.
Dzieło włoskiego reżysera zdaje sprawę z wielu fundamentalnych lęków współczesnego świata. Choć motorem napędzającym akcję stają się telefony komórkowe, nie one zostają postawione w stan oskarżenia – są jedynie, jak mówi jeden z bohaterów, osobistymi „czarnymi skrzynkami”, śledzącymi każdy krok i zapisującymi, niczym w sumieniu, wszystkie grzechy.
Tym, co najbardziej niepokoi, są wszechobecne pozory, które stanowią ochronę przed niebezpieczeństwem całkowitego odsłonięcia tożsamości, pragnień i niepokojów. Za fasadą długoletniego małżeństwa może skrywać się samotność, a deklaracja przyjaźni może maskować niezrozumienie i pogardę. Oprócz romansów i zdrad, które wychodzą na pierwszy plan, Genovese podejmuje także temat lęku przed brakiem akceptacji, utratą niezależności czy starością.
Włochowi udało się skondensować wspomniane niepokoje dzisiejszego świata za pomocą minimalistycznej formuły „filmu gadanego”, rozgrywającego się podczas jednego wieczornego spotkania. Sukces tego pozornie prostego dzieła tkwi w precyzji scenariusza i trafionych dialogach. Genovese stopniuje napięcie, bawi się swoimi bohaterami, by momentami rozładowywać tężejącą atmosferę.
W tym celu sięga po subtelny humor, korzysta nawet z burleskowego qui pro quo. Stawia filmowe postacie w niekomfortowych sytuacjach, żeby piętnować ich złe uczynki. Nie szczędzi im uszczypliwości, umoralniających batów, ale również ciepła i zrozumienia. Momentami przybiera postawę wyrozumiałego ojca, starającego się pojąć motywacje dzieci, które zeszły na złą drogę.
Genovese znakomicie odnalazł się w świecie pozorów, w którym żyją jego bohaterowie. Sam z nich korzysta, żeby uniknąć kłopotliwej deklaracji – wydania jednoznacznego wyroku na niewiernych mężów, znerwicowane żony i nieszczerych przyjaciół. Może się wydawać, że staje po stronie surowych praw moralnych, obnażając najbardziej skryte i wstydliwe tajemnice filmowych postaci.
Jednak za każdą ich winą kryje się wielki smutek – poczucie braku miłości, akceptacji czy uwagi. „Człowiek jest istotą niezwykle delikatną” – mówi jeden z bohaterów. Wydaje się, że ta myśl towarzyszyła również twórcy, który co prawda obnażył ludzkie słabości, ale jednocześnie empatycznie je rozgrzeszył.
Michał Piepiórka, Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, „Kino” 2017, nr 1, s. 80-81