dkf

„ZABIĆ BOBRA” 09.02.2015 godz. 18.00
„SERCE, SERDUSZKO” 09.02.2015 godz. 20.00
„JEZIORAK” 10.02.2015 godz. 18.00
„OBCE CIAŁO” 10.02.2015 godz. 20.00
„MAŁE STŁUCZKI” 11.02.2015 godz. 18.00
„BOGOWIE” 11.02.2015 godz. 20.00


„ZABIĆ BOBRA”

03 02 2015 zabic

Reżyseria Jan Jakub Kolski

Producent „Chce się żyć” przedstawia film wielokrotnie nagradzanego Jana Jakuba Kolskiego („Jańcio Wodnik”, „Jasminum”, „Pornografia”), uhonorowany nagrodą dla Najlepszego Polskiego Filmu na Camerimage oraz nagrodą dla Najlepszego Aktora dla Eryka Lubosa na międzynarodowym festiwalu filmowym w Karlowych Warach.
Eryk (Eryk Lubos), żołnierz jednostek specjalnych walczących w Iraku i Afganistanie, wraca do kraju i zaszywa się w starym rodzinnym domu. Musi zregenerować siły w oczekiwaniu na kolejne zadanie. Ciężko mu się odnaleźć w szarej rzeczywistości. Myślami wciąż wraca do wspomnień z pola walki. Pewnego dnia poznaje młodą dziewczynę o przydomku Bezi (Agnieszka Pawełkiewicz), która zakradła się na jego posesję. Spotkanie szybko przeradza się w namiętny romans. Czy miłość potrafi wymazać najgorsze wspomnienia? A jeśli tym najgorszym wspomnieniem jest inna miłość?
Najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego można opisać jako zmaganie ze współczesnymi tematami i współczesną formą. W najbardziej udanych dziełach reżysera świat polskiej prowincji był zawieszony w przeszłości. Na tyle zresztą niedookreślonej, że ważniejszy wydawał się rytm pór roku niż konkretne okoliczności historyczne. Także technika Kolskiego – nawiązująca do tradycji kina artystycznego, pietystyczna w opisie świata przedstawionego – odwoływała się raczej do przeszłości kina.  „Zabić bobra” rozgrywa się współcześnie, a nakręcone jest kamerami cyfrowymi. Zamiast epickiej narracji, prowadzonej w celebracyjnym rytmie, widz zostaje wrzucony w sam środek zdarzeń i długo musi rekonstruować podstawowe współrzędne opowieści. Wreszcie – ekspresja aktorów, grających główne postaci, ma napełniać film intensywnym realizmem, który więcej niż z magią ma wspólnego z neurozą.
Eryk (Eryk Lubos) jest weteranem wojny w Afganistanie. Przyjeżdża do opuszczonego domu na wsi. W strategicznych punktach rozmieszcza kamery wideo i zaczyna śledztwo. Ktoś przysyła mu wskazówki, które mają odsłonić szczegóły następnego zlecenia – wielce tajemniczego, więc zapewne od jakiejś agencji wywiadowczej.
Weteran sprawnie zabiera się do pracy, ale wyraźnie przeszkadzają mu wspomnienia z niedawnej przeszłości. W snach nawiedza go obraz psów gończych i uciekającej gdzieś kobiety. Najpewniej obserwowany, Eryk wzbudza niepokój swoich zleceniodawców – czy na pewno poradzi sobie z zadaniem?
Sytuację dodatkowo komplikuje Bezi (Agnieszka Pawełkiewicz), próbująca poznać lepiej tajemniczego przybysza. Chociaż ciągle narusza przestrzeń Eryka, równie dobrze to on może być traktowany jak intruz: pod jego (zapewne długą) nieobecność, dziewczyna urządziła sobie kryjówkę w jednym z pokojów w jego domu. Eryk i dziewczyna zbliżają się do siebie, ale to nie spodoba się tajemniczym zleceniodawcom mężczyzny.
Film Kolskiego można uznać za opowieść o wykorzenieniu. Dobrze oddaje to jedna z pierwszych scen, kiedy Eryk przyjeżdża do dawno niewidzianego domu. Na miejscu okazuje się, że solidny choć zapuszczony budynek ktoś pokrył idiotycznym graffiti, przedstawiającym panoramę wielkiego miasta. Grana przez Eryka Lubosa postać także wskazuje na ten temat: weteran z Afganistanu, „nie naszej” wojny, po wypadku na służbie nie może wrócić do zwykłego życia.
Potrzebuje tajemniczego zlecenia, by nadal mieć jakiś cel, tak jak potrzebuje rozmieszczonych wokół siebie kamer, by odzyskać poczucie kontroli. Jakiś rodzaj stałości dają mu obsesyjnie powracające obrazy z czasów służby i ponawiany wciąż od nowa, bezsensowny wysiłek – walka z bobrami, które na przepływającej nieopodal rzece ciągle budują tamy.
Brzmi to dobrze jako pomysł, który jednak rozbija się o realizację. Eryk Lubos (nagroda za najlepszą rolę męską w Karlowych Warach w 2012 roku) prezentuje charakterystyczny dla siebie rodzaj energii i intensywności, jakby stworzony do postawionego przed nim zadania. Podobnie dobrym wyborem jest grająca Bezi debiutantka Agnieszka Pawełkiewicz, młodzieńcza i prowokacyjna zarazem. Niestety, oboje są postawieni w szeregu pretekstowych, ledwo zarysowanych sytuacji.
Pomimo mniejszych i większych niepowodzeń, przy odrobinie dobrej woli z filmu Kolskiego da się wyczytać rzeczy ważne. A decyzja, by zwrócić się w stronę współczesności i próbować jej diagnozy, w przypadku tego twórcy wydaje się trafna. Reżyser „Zabić bobra” przez lata tworzył narrację o polskiej prowincji jako cudownym miejscu; tym silniej wybrzmiałaby zaproponowana przez niego rewizja mitu, który sam stworzył.
Temat wykorzenienia, który wciąż pobrzmiewa w jego ostatniej produkcji, oglądany w kontekście poprzednich dzieł reżysera, nabiera krytycznego wyrazu, jakiego nigdy nie będzie miał żaden pospolity film interwencyjny. Pozostaje mieć nadzieję, że Kolski taką próbę znowu podejmie, a efekt będzie na miarę jego najlepszych filmów.
Krzysztof Świrek, Zabić bobra, „Kino” 2014, nr 03, s. 74

„SERCE, SERDUSZKO”

03 02 2015 serce

Reżyseria Jan Jakub Kolski

„Serce, Serduszko”, nowy film Jana Jakuba Kolskiego, to opowieść o wolności, przyjaźni i wierze w marzenia.Maszeńka marzy o karierze primabaleriny. Pewnego dnia ucieka z domu dziecka, a w ślad za nią rusza Kordula, jej ekscentryczna opiekunka i miłośniczka tatuaży. Razem przemierzają całą Polskę od Bieszczad aż do Gdańska, by zdążyć na egzamin do szkoły baletowej. Ścigane listem gończym przez policję, napotykają na swojej drodze mnóstwo dziwnych postaci, które pomagają dziewczynce spełnić marzenia. Maszeńki szuka też jej ojciec, który musi na nowo odnaleźć drogę do serca córki i odmienić swoje życie.

Gdy ostatnim razem twórca „Jancia Wodnika” próbował sił w kinie gatunkowym,  jego film nie mógł znaleźć dystrybutora przez blisko dwa lata. Kolejna próba oczarowania masowego widza ma znacznie większe szanse na powodzenie. „Serce, serduszko” to porządnie zrealizowany familijny utwór drogi z ulubionym przez Kolskiego typem bohatera – nadwrażliwą duszą, która „trzecim okiem” widzi więcej od innych. Do tego reżyser funduje nam najlepszy od lat  w polskim kinie dziecięcy debiut, a także odkrywa nieznane do tej pory oblicze Marcina Dorocińskiego. Pakujcie plecaki, warto zabrać się w tę podróż.
11-letnia Maszeńka tańczy w balecie, rysuje w brulionie filmy animowane i podbija serce każdego, kto znajdzie się w jej pobliżu. Wystarczy zobaczyć, jak kręci piruety z „Jeziora łabędziego”, zaprzęgając do pomocy zachwycone korpulentne kucharki. Przedstawienie podgląda z ukrycia Kordula – zagorzała wielbicielka death metalu i tatuaży oraz nowa pracownica bieszczadzkiego domu dziecka, w którym mieszka Maszeńka. Splot okoliczności sprawi, że bohaterki wyruszą razem w podróż do Gdańska na egzamin do szkoły baletowej. W pogoń za nimi wyruszy nie tylko zaalarmowana przez dyrekcję sierocińca policja, ale też uzależniony od alkoholu ojciec dziewczynki, gotowy zawalczyć ponownie o jej miłość i szacunek.

Twórca nie mocuje się z wysłużoną konwencją. Pokonywanie kolejnych kilometrów jest  w „Sercu, serduszku” równie istotne co przezwyciężanie ukrytych głęboko demonów, a wędrówka przez miasteczka i wsie odbywa się równolegle z wewnętrzną podróżą trójki bohaterów. Kolski-scenarzysta obudował ekranową wędrówkę łańcuszkiem epizodów,  w których z ironią, ale bez jadu przygląda się polskiej prowincji bądź… cytuje kinowe przeboje. Świetny jest wątek z wytatuowanym wizerunkami Matki Boskiej księdzem (Borys Szyc) freestylującym dla wiernych na wideoblogu. Z kolei taneczny pojedynek Maszeńki z małym mistrzem breakdance’u z Kazimierza Dolnego przypomina popisy ze „StreetDance 3D”.  

Jako reżyser Kolski wygrał przede wszystkim dzięki trafnym wyborom castingowym. To dzięki nim film nie traci emocjonalnej temperatury, a sportretowane grubą krechą, jednowymiarowe postaci nabierają niespodziewanie życia. Dorociński – ostatnio słynący z ról twardzieli, których można zabić, ale nie da się złamać – jest fenomenalny w tragikomicznej roli ojca. W zdezelowanym samochodzie, z kurczakiem o wdzięcznym przydomku Sraluch goni przez Polskę w poszukiwaniu córki i siły do walki z nałogiem. Grająca Maszeńkę Marysia Blandzi ma wszystkie atuty przyszłej gwiazdy: talent, wdzięk, naturalność i charyzmę. To bardzo rzadkie połączenie, zwłaszcza u debiutantów. Szkoda by było, gdyby młoda aktorka została w przyszłości rzucona na pożarcie przez jakiegoś telewizyjnego tasiemca..
Łukasz Muszyński FilmWeb
Jeśli już coś dobrego się temu filmowi przytrafiło, to niewątpliwie obsada. Bryluje zwłaszcza Marcin Dorociński (który w ostatniej chwili zastąpił Eryka Lubosa) w roli alkoholika, ojca głównej bohaterki. Nie trzeba mieć w pamięci „Lęku wysokości”, żeby docenić kunszt tego aktora. Ale jeśli wróci się do debiutu fabularnego Bartosza Konopki, można dodatkowo dostrzec konsekwencję, z jaką Dorociński buduje swoją pozycję. Postać w „Sercu…” jest rewersem tej, którą zagrał u Konopki. Tam był synem, który musi rozliczyć się ze swoim ojcem, przepracować traumę zniszczonego dzieciństwa, tym razem sam wciela się w niszczyciela, słabego i żałosnego, zamieniającego życie córki w koszmar i stającego na drodze do jej szczęścia i sukcesu. Jest w „Sercu… scena niezwykła. Skacowany ojciec, unieruchomiony w samochodzie na stanowisku kierowcy, jest karmiony przez córkę jajecznicą. Dorociński w kilka zaledwie minut płynnie i autentycznie przechodzi od prośby do groźby, od dobroci do agresji, od miłości do odrzucenia. Gama emocji, jakie zostają tu wygrane, odrywa tę scenę od całości. Zawodowcowi towarzyszy w niej naturalna i utalentowana debiutantka, jedenastoletnia Marysia Blandzi. Razem sprawiają, że scena ta z powodzeniem mogłaby funkcjonować jako krótki metraż.
Artur Zaborski, Serce, serduszko, „Kino” 2014, nr 11, s. 65

„JEZIORAK”

03 02 2015 jeziorak

Reżyseria Michał Otłowski

Policjanci z prowincjonalnej komendy likwidują leśną bimbrownię. Oddział zostaje ostrzelany i jeden z policjantów zostaje ranny. Bimbrownikowi udaje się uciec. W tym samym czasie, w dryfującej po jeziorze łódce, znalezione zostaje ciało młodej dziewczyny. Okoliczności jej śmierci są zagadkowe i obydwie sprawy trafiają do podkomisarz Izy Dereń (Jowita Budnik). Tymczasem na komisariacie trwa nerwowe oczekiwanie. Na służbie zaginęło dwóch funkcjonariuszy, którzy od kilku dni nie dają znaku życia. Jeden z nich jest życiowym partnerem Izy. Intryga kryminalna przeplata się z osobistym dramatem bohaterki i ujawnia jej determinację oraz siłę. Bohaterka filmu, policjantka w zaawansowanej ciąży, prowadzi wielowątkowe śledztwo. W rozwiązaniu spraw pomaga jej młodszy kolega, aspirant Marzec (Sebastian Fabijański). Tajemnice, które odkryje, na zawsze odmienią jej życie.
Kilka miesięcy temu „Jeziorak” okazał się największą niespodzianką festiwalu „Młodzi i Film” w Koszalinie. Debiut Michała Otłowskiego spotkał się z jednogłośną aprobatą, ale wzbudził też niemałą konsternację interpretatorów. Wielu recenzentów ratowało się wyszukiwaniem podobieństw „Jezioraka” do modnych ostatnimi czasy skandynawskich kryminałów. Szybko się okazało, że droga na skróty prowadzi w ślepą uliczkę. W wywiadzie Otłowski z rozbrajającą szczerością wyznał, że w życiu nie przeczytał ani jednej książki Stiega Larssona czy Henninga Mankella. Bezradność krytyków wobec „Jezioraka” łatwo można jednak rozgrzeszyć, bo mało kto się spodziewał, że rodzimemu twórcy – i to debiutantowi – uda się realizacja przyzwoitego kryminału. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jeden niewstydzący się komercyjnych ambicji Otłowski jest wart więcej niż tuzin natchnionych imitatorów Hasa czy Kieślowskiego.
Intencja gry ze schematami polskiej popkultury mogła przyświecać reżyserowi już przy wyborze miejsca akcji. Tytułowe jezioro znaliśmy dotychczas z poczciwego cyklu „Pan Samochodzik”. Podczas gdy Zbigniew Nienacki kazał bohaterowi szukać zaginionych skarbów z czasów II wojny światowej, Otłowski otwiera w swoim filmie prawdziwą puszkę Pandory. Autor „Jezioraka” zaludnia ekranowy świat postaciami bimbrowników, szemranych biznesmenów, skorumpowanych policjantów i polityków, stojących ponad prawem. Choć debiutujący reżyser nie stroni od ukazywania prowincjonalnych patologii, epatowanie brzydotą nie jest dla niego celem samym w sobie. Wzorem Wojciecha Smarzowskiego pragnie raczej stworzyć na ekranie wiarygodny pejzaż dla badania konsekwencji popełnionego przez bohaterów zła.
Z twórcą „Drogówki” łączy Otłowskiego jeszcze jedno. Obaj reżyserzy wyrażają w swoich filmach sprzeciw wobec stereotypowego wizerunku narzuconego przez polskie kino regionowi Mazur. Smarzowski w pamiętnej „Róży” pochylał się nad tragiczną przeszłością tych ziem. Autor „Jezioraka” rzuca natomiast światło na skomplikowaną teraźniejszość. Nie bez powodu Otłowski osadza akcję filmu w czasie mrocznej, depresyjnej jesieni, dobre kilka miesięcy po zakończeniu sezonu turystycznego. W takich warunkach znacznie łatwiej dostrzec ignorowane przez zamożnych letników bolączki: huczącą w okolicy biedę i jeden z najwyższych w kraju wskaźników bezrobocia.
Pytanie: kto zabił? nie jest więc w filmie najważniejsze. Otłowski wykorzystuje trik, który przed laty z powodzeniem zastosował Raymond Chandler, choćby w powieści „Tajemnica jeziora”. Sprawa stanowiąca oś fabuły przez długi czas wygląda na błahostkę, by w najmniej oczekiwanym momencie odsłonić przed widzem drugie dno. To zresztą nie jedyny powód pozwalający zestawić „Jeziorak” ze słynną powieścią Chandlera. „Tajemnica jeziora” imponuje po latach dlatego, że wbrew standardom gatunku dochodzi w niej do jednego tylko morderstwa, które na dodatek zostaje odkryte przez detektywa Marlowe’a na samym początku intrygi. Otłowski – tak jak Chandler – nie potrzebuje przykuwać uwagi widzów efektownymi scenami przemocy. Zamiast tego stawia na pomysłowe zwroty akcji, sugestywną, naznaczoną melancholią wizję świata i wyrazistego bohatera.
Reżyser podjął odważną decyzję, by w centrum konwencji, zdominowanej tradycyjnie przez męski punkt widzenia, umieścić kobietę. Wyczyny podkomisarz Izy Dereń mogłyby sprawić, że porucznik Borewicz poprosiłby przełożonych o urlop zdrowotny, a ojciec Mateusz z wrażenia spadł z roweru. Bohaterka „Jezioraka” nie stara się jednak wdzięczyć do widza, nie ujmuje go urokiem osobistym, elegancją czy dowcipem. Dereń wzbudza szacunek raczej uporem i odwagą demonstrowaną w wyjaśnianiu sprawy, która coraz wyraźniej zaczyna przenikać w jej własne życie. Otłowski znalazł idealną wykonawczynię takiej roli w osobie Jowity Budnik. Znana głównie z filmów małżeństwa Krauze aktorka z sukcesem przełamuje emploi mistrzyni w odgrywaniu postaci naznaczonych fatum i tłamszonych przez otoczenie. Jednocześnie Dereń zachowuje kontrast hartu ducha i kruchości, który udało się uchwycić Budnik w roli Papuszy.
Skomplikowana intryga zmusza panią podkomisarz do przedefiniowania własnej tożsamości. Dereń odbywa podróż typową dla bohaterów kryminałów, inspirowanych filozofią egzystencjalną. Tak jak Chandlerowski Marlowe, bohaterka „Jezioraka” zyskuje świadomość, jak nierówna jest jej walka z panującym wokół złem. Na tym większy szacunek zasługuje więc ta walka.
Piotr Czerkawski, Jeziorak, „Kino” 2014, nr 10, s. 76

„OBCE CIAŁO”

03 02 2015 cialo

Reżyseria Krzysztof Zanussi

Reżyser o filmie: Mój wiek sprzyja temu, żeby zauważać samotność. Im bardziej jesteśmy starsi, tym bardziej to odczuwamy i rozumiemy. W miarę upływu naszego życia dostrzegamy, że to jest naturalny stan naszej egzystencji. Dlatego też postanowiłem się tym zająć w moim najnowszym filmie. (…) Moje bohaterki z korporacji to jest nowa klasa średnia, a nie reprezentantki inteligencji, którą starałem się przez lata opisywać w moich poprzednich filmach. Inteligencja miała swój etos i bardzo wyraźny profil. Natomiast współczesna klasa średnia jest pozbawiona ideałów i poczucia misji. To jest jednak inna formacja, która tylko przejęła niektóre zewnętrzne pozory od inteligencji, ale sama jest raczej dawną pół- czy wręcz ćwierć-inteligencją.
To jest pewna nowość, którą widzę nie tylko w Polsce, ale w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Nazwałbym ją taką bigoterią korporacyjną. Korporacje istnieją niemal na całym świecie, ale ich specyficzna kultura nie jest wszędzie przyjmowana tak bezkrytycznie jak u nas. Po obejrzeniu „Obcego ciała” Ernest Bryll powiedział mi coś, co bardzo do mnie trafiło: „Wolność z takim trudem przez nas wywalczona, teraz sprzedaje się tak tanio”. Korporację tego od nas wymagają w zamian za zawodowy i ekonomiczny awans.
Moja bohaterka zostawia swojego chłopaka dla jeszcze większej miłości, ale boryka się z tym. On też nie może sobie z tym poradzić. I jak ich z tymi problemami zostawiam. Oboje nie są bez skazy, nie są doskonali.
Do prawie wszystkich filmów, jakie zrobiłem przez blisko 40 lat, muzykę pisał Wojciech Kilar. Tym razem to jest muzyka kompilowana, nowej nie zdążył już skomponować. Nie wiem, co będzie dalej, jak będę mógł sobie wyobrazić filmy bez jego dźwięków.   

Na pokazie przedpremierowym filmu „Obce ciało” Krzysztof Zanussi powiedział, że doradzano mu, by zmienił fabułę na bardziej en vogue, bo – jak argumentowano – w Polsce AD 2014 to nie katolik powinien być prześladowany przez kobiety, ale te ostatnie przez hołdującego tradycji katolika. Ale przecież sztuka nie musi dziś realizować celów doraźnych społecznie. Ba, sam reżyser miał niegdyś powiedzieć w jednym z wywiadów, że „z prądem płyną tylko śmieci”. To nie „niemodny” temat jest więc problemem „Obcego ciała”. W zlaicyzowanych czasach kwestie żarliwej wiary są może bardziej newralgiczne niż kiedykolwiek. Poruszają media (jak niedawna sprawa kilku Brytyjek, które przeszły na islam, wybierając życie w czadorach) i artystów (głośna „Adoracja” Jacka Markiewicza). Frapują też filmowców – w ostatnich latach powstały utrzymane w różnej optyce obrazy Brunona Dumonta („Hadewijch”), Ulricha Seidla („Raj: wiara”) czy Dietricha Brüggemanna („Droga krzyżowa”).
Jednak film Krzysztofa Zanussiego trudno traktować jako wpisanie się w tę dyskusję – współczesność jest tu bowiem zbanalizowana i sprowadzona do wizji egzotyki rodem z turystycznego folderu. W ten klimat wprowadzają już pierwsze sceny filmu. Trafiamy w nich na fotogeniczne włoskie południe, gdzie poznajemy szczęśliwie zakochaną parę: Polkę i Włocha. Żarliwa wiara w Boga, która połączyła Kasię i Angela, okaże się jednak niewystarczającym pomostem do zbudowania związku – kobieta wybiera życie w zakonie. Z jej decyzją nie może pogodzić się mężczyzna i wyrusza śladem ukochanej do jej ojczyzny. Tu wchodzimy w drugi wątek filmu: Angelo rozpoczyna pracę w korporacji, gdzie jego cnoty zostają wystawione na próbę. Szefowa, Kris, drwi z jego przekonań religijnych i stałości uczuciowej. Sama nie potrafi zbudować żadnej trwałej relacji: ani przyjacielskiej, ani miłosnej. Wini za to matkę, która nie umiała okazać uczucia adoptowanej córce.
„Obce ciało” to więc właściwie kilka ciał, czyli kilka tropów narracyjnych, niespecjalnie ze sobą korelujących. Bo jest jeszcze wątek korporacyjnych machlojek z międzynarodowym przetargiem (cała sekwencja, dziejąca się w Moskwie), ambitnej Miry uwodzącej swoją szefową czy hipnotyzera (sic!), który (uwaga: spoiler) uśmierca siłą perswazji matkę jednej z bohaterek. Opowieści rodem z „paperbookowego” kryminału zmiksowane są tu z tymi serio: o miłości, samotności, niejednoznaczności w rolach społecznych i płciowych, poszukiwaniu Boga. I aż szkoda, że historie Kris, jej matki, Kasi i Miry nie doczekały się osobnych opowieści.
Krzysztof Zanussi miał zawsze świetną intuicję w wyborze odtwórczyń i głównych, i drugoplanowych ról (jedne z najwspanialszych kreacji w swojej karierze stworzyła przecież w jego filmach Maja Komorowska). W „Obcym ciele” duety Agnieszki Grochowskiej (Kris) i Ewy Krasnodębskiej (jej matka) czy Agaty Buzek (Kasia) i Stanisławy Celińskiej (siostra przełożona) są na miarę tych z pamiętnego „Bilansu kwartalnego”. Ale te znakomite aktorki dostały tu materiał niewspółmierny z ich talentem i w ledwie naszkicowanych wątkach bohaterek pozostawiają niedosyt.
Krzysztof Zanussi, czołowy przedstawiciel kina moralnego niepokoju, z wyjątkową intuicją eksplorujący stan posiadania PRL-owskich intelektualistów, chyba po prostu nie rozumie bardziej współczesnych bohaterów. A tym samym – swoich widzów.

„MAŁE STŁUCZKI”

03 02 2015 stluczki

Reżyseria Aleksandra Gowin, Ireneusz Grzyb

Dwie przyjaciółki zarabiają na życie likwidując mieszkania po zmarłych niedawno osobach. Cześć sprzętów i bibelotów, które znajdują, sprzedają na pchlim targu. Kiedy spotykają Piotra, który pracuje w fabryce pudełek, rozpoczyna się między nimi dziwna gra.
Małe stłuczki to film o przypadkowym spotkaniu ludzi, którzy z różnych powodów nie lubią wyznaczonych szlaków. Chcą szczęścia na własnych, a nie podyktowanych przez innych warunkach.
Fabularny debiut Aleksandry Gowin i Ireneusza Grzyba to niekonwencjonalna historia miłosna o tym, jak zaskakująca bywa codzienność i jak ekscentryczne mogą być sprawy najprostsze
Jak wynika z pomysłowej czołówki, w tytule nie chodzi o drobny wypadek drogowy, lecz o stare, uszkodzone przedmioty, które niekiedy, w ferworze sprzątania, rozbijają się na podłodze w drobny mak. Zbieraniem takich rzeczy zajmują się bohaterki filmu, Asia i Kasia. Ich dwuosobowa firma porządkuje mieszkania i domy ludzi, którzy bądź umarli, bądź chcą się pozbyć nadmiaru gratów. Dziewczyny zabierają je wysłużonym samochodem i sprzedają potem za grosze na targu. To, czego sprzedać nie zdołają, upychają w swym mieszkanku, gdzie kartony zalegają już po sufit. Ale i komunikacyjne znaczenie słowa „stłuczka” można odnieść do filmu. Do pary bohaterek dołącza bowiem Piotr, trzydziestoletni pracownik fabryki pudełek, którego niedawno zostawiła żona. Tworzy się teraz między nimi coś w rodzaju trójkąta – niby kumpelskiego a jednak pełnego emocjonalnych mikrokolizji.(…)
Piszę „najprawdopodobniej, chyba, może”, gdyż film rozgrywa się w sferze niedomówień, eufemizmów, dowcipnych „bon motów” skrywających prawdę o uczuciach. „Małe stłuczki” są znacznie mniej rozerotyzowane niż „Wyśnione miłości” – znak, że żyjemy jednak w społeczeństwie bardziej pruderyjnym niż kanadyjskie. Bohaterowie – jak wielu rodaków – jedynie półgębkiem mówią o swoich tęsknotach, afektach, niespełnieniach. O pożądaniach nie mówią wcale. Wstydzą się nawet spojrzeń, odwracają głowę, by nie nawiązywać kontaktu wzrokowego. Najbardziej intensywna scena rozgrywa się podczas wspólnej niewinnej nocy w jednym łóżku. Cała trójka leży grzecznie w pościeli, Asia śpi, Piotr i Kasia patrzą na nią z czułością, ale i z desperacją. Patrzą także na siebie, jakby mierzyli rywala. Paradoksalnie, młode pokolenie jest nieśmiałe i zahamowane, podczas gdy samotna matka Piotra nie wstydzi się emocjonalnego ekshibicjonizmu, byle tylko ściągnąć do siebie syna.
To uciekanie w aluzje i półsłówka wynika, rzecz jasna, również ze strategii twórców, którzy bardzo się pilnują, by nie popaść w psychologiczny banał. Kasia, na przykład, cierpi najpewniej na depresję. Opowiada, że chciałaby się roztrzaskać samochodem, a po udanej, jak się wydaje, nocy spędzonej z dziewczyną, wraca do domu płacząc. Czy przeżywa swą nieszczęśliwą miłość do Asi? Czy cierpi z powodu bycia lesbijką w nieprzyjaznej mniejszościom Polsce? Nie wiemy. Autorzy unikają stawiania kropki nad i, konsekwentnie utrzymują dzieło w tempie andante i tonacji stonowanej. Żadnych dramatycznych zwrotów, uniesień, krzyków. Może bohaterów gryzie głęboka rozpacz, a może jedynie „smuteczek nieduży”. Może i jedno, i drugie? Bo czy da się to wszystko tak łatwo i prosto rozdzielić?
Właśnie ta nieoczywistość jest w „Małych stłuczkach” ujmująca, zwłaszcza na tle dominującej w polskim kinie tendencji do walenia widza po pysku truizmami i wykrzykiwania mu do ucha morałów. Nie ma tutaj twardej, arbitralnej fabuły, rzecz skomponowana została z mini sekwencji nanizanych na cieniutką nitkę opowieści. I w tym kontekście „Stłuczki” wyróżniają się spośród rodzimych produkcji, których twórcy nie potrafią się uwolnić od schematycznego myślenia o narracji – jak A to B, a jak B to C. Zainscenizowane przez autorów filmu scenki czasami wypadają świeżo i dowcipnie, niekiedy sztywno i niewiarygodnie, ale nigdy nie przechodzą w zgrywę, co stanowi z kolei podstawowy grzech tzw. polskiego kina offowego.
Lecz zwiewność „Małych stłuczek” budzi też niedosyt. Zamiast kolejnego fajnego epizodu chciałoby się jednak otrzymać nieco bogatsze, bardziej zniuansowane portrety bohaterów (momentami wychodzą oni na strasznych nudziarzy). Nie zaszkodziłoby także, gdyby mocniej byli wrośnięci w polskie realia, gdyż – poza kilkoma śladami świadczącymi o lokalnej specyfice – film rozgrywa się w Polsce, czyli nigdzie.
Niezależnie od pewnych słabości, „Małe stłuczki” po prostu ogląda się z przyjemnością. Widać tu bowiem inteligencję, poczucie humoru, sympatię dla „outsiderów” odstających od „zdrowego trzonu większości”. Jak i wyczucie podskórnych prądów przebiegających między ludźmi.
Bartosz Żurawiecki, Małe stłuczki, „Kino” 2014, nr 09, s. 70

„BOGOWIE”

03 02 2015 bogowie

Reżyseria Łukasz Palkowski

Niezwykła opowieść o buntowniku, który rzucił wyzwanie naturze, władzy i własnym ograniczeniom. To film o pierwszym udanym polskim przeszczepie serca dokonanym przez prof. Religę w Zabrzu. Dramat nieudanych operacji, walka o każde uderzenie serca, wielkie ambicje i bolesne porażki, samotność geniusza, który stanął sam przeciwko swoim mentorom i rozpoczął rewolucję w polskiej medycynie. Jaką cenę musiał zapłacić za sukces?
W rolę prof. Religi wcielił się rewelacyjny Tomasz Kot, a partneruje mu plejada najlepszych aktorów, m.in. Jan Englert, Kinga Preis, Zbigniew Zamachowski czy Piotr Głowacki.
„Bogowie” to oparta na faktach, filmowa opowieść o życiu profesora Zbigniewa Religi, który w latach 80. dokonał pierwszego w Polsce, udanego przeszczepu serca. Portret wybitnego człowieka, który odważył się zmienić obowiązujące zasady. Wyjmując z ludzkiego ciała serce, profesor przełamał moralne, kulturowe i religijne tabu. Kilka dekad temu transplantacja serca była według powszechnej opinii działaniem wbrew naturze. Film pokazuje początki dyskusji nad definicją śmierci biologicznej człowieka i granicami kompetencji chirurgów.
Wraz z ekipą młodych lekarzy, Zbigniew Religa przeciwstawił się swoim mistrzom. Jego zmagania to nie tylko walka o sprzęt i fundusze, ale przede wszystkim starcie zprzestarzałymi sposobami myślenia. Jest to prawdziwy portret buntownika, który całe życie chciał być pierwszy. Profesor uratował życie tysięcy ludzi, ale nie wszystkie operacje zakończyły się
Powodzeniem. Religa codziennie podejmował decyzje, które mogły zaważyć o życiu i śmierci pacjentów. “Bogowie” to film o wielkiej ambicji i sile woli, ale także o cenie, jaką trzeba zapłacić za sukces
 Entuzjazm, owacja na stojąco i poczucie ulgi: wreszcie film dla ludzi. Od pierwszego pokazu w Gdyni „Bogowie” Łukasza Palkowskiego stali się faworytem festiwalu, wyświetlane wkrótce po nich „Miasto 44” Jana Komasy nagle straciło wiodącą pozycję. Przynajmniej w kuluarach. Do tego stopnia, że dziennikarze postanowili właśnie „Bogom” przyznać swoją nagrodę – „na wszelki wypadek, gdyby jury zawiodło”. Ale jury nie zawiodło: Złote Lwy, nagrody za scenariusz, scenografię i charakteryzację. No i ta najbardziej oczywista – aktorska dla Tomasza Kota. A jeszcze: Złoty Klakier – nagroda publiczności dla najdłużej oklaskiwanego filmu festiwalu, nagroda organizatorów polskich festiwali za granicą, dystrybutorów polskich filmów w Wielkiej Brytanii. I znów dla Tomasza Kota. Sukces, niekwestionowany sukces.
Sukces to słowo klucz filmu Palkowskiego. „Bogowie” opowiadają bowiem o polskim sukcesie. To również opowieść o sukcesie jednostki wybitnej – profesora Zbigniewa Religi, twórcy polskiej szkoły przeszczepu serca, ale też Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu – sukcesie odniesionym w czasach, które odchodzą do historii jako najbardziej mroczne we współczesnych dziejach Polski. O sukcesie, który – o co w Polsce szczególnie trudno – został zaakceptowany przez ogół.
Można spojrzeć na „Bogów” jak na klasyczny film biograficzny, rodzaj docudramy. Postaci rzeczywiste – Zbigniew Religa, jego żona i współpracownicy, a także inne osoby ze świata medycyny i kardiochirurgii – wymieniane są z nazwiska, a ich autentyczność potwierdzają fotografie poprzedzające napisy końcowe. Pozostałe osoby w kadrze nazwisk nie mają, zlewają się w archetypy, niezbędne do uwiarygodnienia całej historii, podobnie jak archetypiczne wydają się poszczególne jej rozdziały. Oto młody zdolny chirurg wraca do kraju po zagranicznych stażach z głową pełną planów, których nie ma gdzie realizować. Aby uniknąć frustracji, wyjeżdża na prowincję, gdzie dostaje stanowisko w szpitalu, który jeszcze nie powstał. Buduje go od podstaw i przekształca w nowoczesną klinikę, bez której dziś nie można wyobrazić sobie polskiej medycyny, a przynajmniej jednego z jej działów – transplantologii.
Oczywiście, taka misja wymaga człowieka o ogromnej charyzmie, niemal ze spiżu. W przypadku Religi mamy jednak do czynienia z człowiekiem z krwi i kości – owszem, zdolnego skupić wokół siebie oddane grono, ale też świadomego swych słabości, trudnego we współpracy i relacjach osobistych, palącego łańcuszkiem i popadającego w alkoholizm. Aby zatrzymać przy nim widza – i nic nie ująć z legendy Religi, jaka trwa w świadomości społecznej – potrzebny był aktor o charyzmie równej co najmniej bohaterowi filmu. Takim aktorem okazał się Tomasz Kot. Religa w jego wykonaniu jest nie tylko fizycznie podobny do pierwowzoru, przypomina go w gestach, ruchach, nawet w tembrze głosu. To wyjątkowa kreacja, ale nie pierwsza w dorobku Kota – czy nie na podobnych środkach budował sylwetkę Ryszarda Riedla w „Skazanym na bluesa” Jana Kidawy-Błońskiego?
Warto też spojrzeć na „Bogów” jak na film historyczny – nie tylko dlatego, że pobrzmiewają w nim echa niedawnych dyskusji etycznych wokół przeszczepów. Także dlatego, że polemizuje z obrazem Śląska, utrwalonym w świadomości społecznej po dekadzie Gierka. Tymczasem Śląsk w „Bogach” jest nie tylko zadymiony i szary, ale też boryka się z problemami dobrze znanymi reszcie kraju. Szpital, którego kierownictwo obejmuje Religa, okazuje się rozbabraną budową, którą lekarze muszą dokończyć własnymi rękami. Innego znaczenia nabierają też pierwsze operacje przeszczepów serca, prowadzone w warunkach wiecznego niedoboru, z ograniczeniami w dopływie prądu i kartkami na benzynę. Do tego dochodzą wieczne kłopoty z poszukiwaniem środków i gotowość Religi do pójścia na układ z każdym, nawet diabłem czy partyjnym bonzą, by osiągnąć założony cel.
Obraz PRL-u z lat 80. wydać się może uproszczony i niepełny, ale pozostaje celny: wystarczy kilka kresek, by lepiej zrozumieć tło, na jakim dokonuje się jedna z najbardziej wartościowych polskich karier. Film kończy stopklatka, która płynnie przechodzi w najbardziej znane zdjęcie Religi – na sali operacyjnej, zmęczony, obok pacjenta, któremu właśnie przeszczepiono serce. To nie tylko efektowny chwyt, ale też ujawnienie metody twórczej Łukasza Palkowskiego i gwarancja autentyczności opowiadanej przez niego historii.
Mamy więc sukces. Sukces opowieści o polskim sukcesie. Pytanie tylko, czy w kraju, gdzie – jak pada z ekranu – nawet porażka bywa obiektem zazdrości, sukces jest możliwy?
Konrad J. Zarębski, Bogowie, „Kino” 2014, nr 10, s. 66