dkf


„DZIEWCZYNA WARTA GRZECHU” 07.03.2016 godz. 19.00

„NOWA DZIEWCZYNA” 14.03.2016 godz. 19.00
„BERNADETTA CUD W LOURDES” 21.03.2016 godz. 19.00

„DZIEWCZYNA WARTA GRZECHU”

29 02 2016 dziewczyna

Reżyseria Peter Bogdanovich

Arnold (Owen Wilson) – żonaty reżyser przybywa do Nowego Jorku, by rozpocząć próby do swej najnowszej komedii. Zanim jednak przystąpi do pracy, postanawia skorzystać z uroków wielkiego miasta. Upojna noc w towarzystwie uroczej dziewczyny do towarzystwa o imieniu Izzy, nastroi go tak romantycznie, że zaproponuje jej pewien układ. W zamian za porzucenie swojej profesji, Izzy otrzyma okrągłą sumkę, by móc zrealizować swe życiowe marzenia. Ta wielkoduszna propozycja rozpęta w życiu Arnolda prawdziwe tornado. Okazuje się, że Izzy całe życie marzyła, by zostać aktorką. Nic dziwnego więc, że zjawia się na castingu do sztuki reżyserowanej przez… Arnolda. Nie byłoby w tym jeszcze nic strasznego, gdyby nie fakt, że jedną z głównych ról w przedstawieniu gra jego żona.
Peter Bogdanovich powraca w wielkim stylu. „Dziewczyna warta grzechu” to jego najlepszy film od paru dekad. To prawdziwy triumf komediowego kunsztu i dowód na to, że we współczesnym kinie z powodzeniem można sięgać po wzorce sprzed półwiecza. Fabuła filmu przypomina pannę młodą, którą wyposażono w coś nowego, coś starego i coś pożyczonego. W ten sposób powstała eklektyczna opowieść, po części ckliwa baśń, po części ostra satyra na egocentryzm współczesnej cywilizacji. To bogactwo smaków może niektórym widzom wydać się zbyt egzotyczne, a przez to nietrafione. Mam jednak nadzieję, że jak największa rzesza kinomanów zakosztuje w szalonej wizji twórcy „Ostatniego seansu filmowego”.
Imogen Poots, której przypadła rola Izzy, tytułowej dziewczyny wartej grzechu, jest niczym Szeherezada. Typowy wywiad promocyjny zmienia w bajeczną opowieść o sobie samej i o tym, jak z Kopciuszka (prostytutki) przeistoczyła się w księżniczkę (obiecującą aktorkę). Jest tu wszystko, czego należy spodziewać się w tego typu historiach: niezwykłe sploty okoliczności, nieporozumienia, które zmieniają losy, dramatyczne zwroty akcji. A wszystko to aż kipi od genialnie uszczypliwych, piekielnie inteligentnych i rozbawiających do łez utarczek słownych.

„Dziewczyna warta grzechu” jest gatunkowym kolażem. Mimo swojej wyjściowej profesji Izzy przypomina bohaterki słodko-naiwnych komedyjek z Audrey Hepburn w roli głównej. Ckliwość równoważą elementy komedii pomyłek i slapstickowe w swoim rodowodzie scenki rodzajowe. Aby całość nie była mdła, Bogdanovich dodał hojną porcję ekscentryczności, dzięki czemu nawet bohaterowie drugo- i trzecioplanowi stają się wyrazistymi postaciami, źródłem niekończącej się radości. Reżyser mistrzowsko łączy wszystkie formy, przez co film wcale nie sprawia wrażenia przewodnika po historii kina, lecz jest pełnoprawnym dziełem o własnym, jakże wyrazistym charakterze.

Ale forma niewiele by znaczyła, gdyby nie obsada, która bezbłędnie potrafiła wczuć się w klimat filmu. „Dziewczyna warta grzechu” pełna jest pierwszorzędnie zagranych scen komediowych. Sceny restauracyjne czy też z prób sztuki są tak obłędnie zabawne, że spokojnie mogłyby obdzielić ze trzy filmy i na każdym z nich salwy śmiechu wybuchałyby raz za razem. Poots jest oczywiście duszą całego obrazu. Ale w filmie aż roi się od doskonałych kreacji. Jennifer Aniston raz jeszcze triumfuje za sprawą drapieżnej roli terapeutki. Owen Wilson dopisuje kolejną rolę do bogatego zestawu komediowych hitów. Rhys Ifans, Cybill Shepherd, Will Forte są klejnotami drugiego planu, bez których całość nie miałaby tak bogatego smaku.

Komedia Bogdanovicha to doskonała propozycja dla wszystkich fanów „Podwodnego życia ze Stevem Zissou” i „Fantastycznego pana Lisa”. I nie ma w tym nic dziwnego, skoro Wes Anderson  i Noah Baumbach  są rodzicami chrzestnymi całego projektu, pełniąc w nim funkcje producentów wykonawczych. Jest to również kolejny w ostatnim czasie dowód na to, że komedia przeżywa w amerykańskim kinie swój renesans. Oby trwał on jak najdłużej.
Marcin Pietrzyk Filmweb

„NOWA DZIEWCZYNA”

29 02 2016 nowa

Reżyseria François OZON

Nowy film François Ozona – twórcy hitu „8 kobiet” oraz dwukrotnie nominowanego do Złotej Palmy na festiwalu filmowym w Cannes („Młoda i piękna”, „Basen”) zdobywcy Europejskiej Nagrody Filmowej za Najlepszy Scenariusz („U niej w domu”). W rolach głównych francuski amant – Romain Duris („Heartbreaker. Licencja na uwodzenie”, „Smak życia”) oraz Anaïs Demoustier
– gwiazda głośnego „Sponsoringu” Małgorzaty Szumowskiej. Nowa produkcja Ozona została uhonorowana Sebastiane Award dla Najlepszego Filmu w San Sebastian oraz zdobyła Nagrodę Publiczności na festiwalu w Petersburgu. Scenariusz powstał na podstawie opowiadania Ruth Rendell. Jedną z poprzednich książek autorki zekranizował Pedro Almodóvar („Drżące ciało”).

Claire i Laura to najlepsze przyjaciółki od dzieciństwa. Są nierozłączne i dzielą ze sobą wszystkie najważniejsze momenty życia. Pewnego dnia Laura zapada na ciężką chorobę i wkrótce potem umiera. Claire popada w depresję. Chcąc sobie poradzić ze stratą, zaczyna pomagać Davidowi – mężowi przyjaciółki, który samotnie wychowuje niemowlę. Kobieta nie wie, że mężczyzna ukrywa przed światem mroczny sekret. Podczas niezapowiedzianej wizyty w domu Laury i Davida, Claire natyka się na tajemniczą Virginię. Nowa dziewczyna ma na sobie ubrania Laury, a w jej twarzy jest coś niepokojąco znajomego…
Ten, kto pokusi się o porównanie twórczości Pedra Almodovara i Françoisa Ozona, natknie się niespodziewanie na wspólny punkt w osobie… Ruth Rendell. W 1997 roku hiszpański reżyser przeniósł na ekran powieść brytyjskiej pisarki „Live Flesh” (w Polsce film był pokazywany pod tytułem „Drżące ciało”), teraz zaś Francuz zekranizował jej opowiadanie „The New Girlfriend”.
Twórczość Rendell jest u nas znana wyrywkowo (żaden z wymienionych utworów nie ukazał się po polsku), zaledwie z paru kryminałów i thrillerów. Zmarła niedawno autorka specjalizowała się w mrocznych historiach, u których podłoża leżą najczęściej obsesje seksualne, i to one właśnie przyciągnęły uwagę obu reżyserów, zgłębiających w swych filmach przenikanie się we współczesnym świecie płci i orientacji seksualnych.
 „Nowa dziewczyna” ukazała się drukiem w roku 1985, jednak w wydaniu Ozona wygląda tak, jakby została napisana wczoraj, oddaje bowiem całą genderową złożoność naszej epoki. Mimo wszystko, upływ czasu ma tu znaczenie – to, co u Rendell było ciemną opowieścią o wstydliwym sekrecie schowanym za fasadą mieszczańskiego życia, na ekranie zmienia się w manifest seksualnego wyzwolenia.
Trup jest tylko jeden i to na samym początku, ale naznacza swą obecnością cały film. Niedługo po porodzie umiera Laura, żona Davida i najlepsza przyjaciółka Claire. Gdy Claire, wciąż nie pogodzona z tą stratą, odwiedza Davida, przypadkowo zastaje go w damskiej blond peruce, z silnym makijażem, ubranego w rzeczy Laury.
Mężczyzna początkowo tłumaczy, że przebrał się dla maleńkiej córki, która przestaje płakać, gdy czuje, że to matka trzyma ją na rękach, zaraz jednak przyznaje, że już dawno temu odkrył w sobie naturę transwestyty. Claire jest nieco zszokowana, lecz szybko zaprzyjaźnia się z nowym wcieleniem Davida, któremu nadaje imię Virginia. Jak dwie psiapsiółki, Claire i Virginia zaczynają spotykać się na pogaduchy, łazić razem na zakupy, wyjeżdżają nawet na wspólny weekend, bohater zaś coraz się lepiej odnajduje w kobiecym image’u.
Za życia Laury jej mąż i przyjaciółka nie byli ze sobą zbyt blisko, teraz połączyła ich jej śmierć. Fantom Laury wisi nad nimi nieustannie, powraca w snach, wspomnieniach, wizjach – także erotycznych. Ich relacja jest więc również aktem żałoby, próbą wchłonięcia fetysza, jakim stała się zmarła kobieta. Krytycy wskazują tutaj na inspirację klasycznym czarnym kryminałem Otto Premingera zatytułowanym właśnie „Laura”, w którym detektyw ulega fascynacji osobą (rzekomo) zamordowanej tytułowej bohaterki.
Ozon jednak nie eksploruje „niebezpiecznych związków” żywych z umarłymi, nie idzie w stronę thrillera psychologicznego, przeciwnie – wprowadza elementy qui pro quo niczym z klasycznych komedii przebierankowych. David w sytuacjach oficjalnych zapomina się i czyni kobiece gesty, a Claire – ukrywająca prawdę przed Gillesem, swoim partnerem – kłamie wreszcie mężowi, że jego kolega okazał się gejem (bo, jak się potem tłumaczy, „gej jest mniej śmieszny niż trans”), zmuszając tym samym Davida do odgrywania i tej roli.
Jednocześnie sytuacja zagęszcza się erotycznie. Między bohaterami istnieje silne napięcie seksualne, pytanie tylko, kto tu kogo i w jaki sposób pożąda. Czy Claire chce zrealizować swe lesbijskie pragnienia i przespać się z Virginią, w której widzi wcielenie ukochanej Laury? Czy David / Virginia czuje pociąg do Claire „po kobiecemu” czy raczej „po męsku”? A może, nieco znużona konwencjonalnym małżeństwem, Claire chętnie zobaczyłaby Davida i Gillesa w akcji? Dochodzą do tego niespełnione uczucia macierzyńskie bohaterki, która nie ma własnych dzieci, pewnie więc chętnie stałaby się matką dla córeczki zmarłej przyjaciółki.
W starych filmach takie nagromadzenie „perwersji” niechybnie skończyłoby się jakąś tragedią. Ozon igra sobie ze stereotypem, zgodnie z którym facet w damskich ciuchach musi być złoczyńcą lub nieszczęsną, śmiechu wartą ofiarą i, ostatecznie, odrzuca go daleko. „Nowa dziewczyna” wpisuje się – w charakterystyczne i dla Almodovara, i dla Ozona – wypieranie ze świata tradycyjnej męskości i zastępowanie jej pierwiastkiem kobiecym. Bardziej złożonym, wrażliwszym, otwartym na wchodzenie w nowe reakcje i układy. Nieprzypadkowo najmniej interesujący z bohaterów jest Gilles, tolerancyjny i ułożony, pozbawiony ciekawości i żyłki ryzyka, zadowolony ze status quo. W epilogu znika on zresztą z pola widzenia, można jedynie domniemywać, co się z nim dzieje.
 „Bycie kobietą to ciężka praca” – pada w pewnym momencie z ekranu i też film jest dla owej ciężkiej pracy hołdem. Bowiem, jak powiedziała Simone de Beauvoir, „nikt nie rodzi się kobietą, tylko się nią staje”. Bycie kobietą to, w ujęciu Ozona, nieustanne tworzenie swego wizerunku, to autokreacja, która prowadzić może poza jednoznacznie określone i narzucone wzorce płci czy orientacji seksualnej (nic dziwnego, że na festiwalu w San Sebastian „Nowa dziewczyna” dostała queerową nagrodę Sebastiána).
Mieszczka Claire o przeciętnej, lekko pucołowatej, piegowatej, dziewczęcej buzi Anais Demoustier pomaga Davidowi stać się kobietą, a jednocześnie z fascynacją obserwuje ten proces, który i ją przeobrazi. Romain Duris w roli Davida śmiało odszedł od swego emploi śródziemnomorskiego amanta. Gładziutko ogolony, szczuplutki, z miękko zaczesanymi do tyłu włosami zmienił przystojną, męską twarz i zgrabne ciało w tabula rasa, na której pisane są nowe rysy i nowe kształty.
Bartosz Żurawiecki, Nowa dziewczyna, „Kino” 2015, nr 07, s. 73


„BERNADETTA CUD W LOURDES”

29 02 2016 bernadetta

Reżyseria Syllas Tzoumerkas

Od lutego do lipca 1858 roku Matka Boża 18 razy objawia się Bernadetcie Soubirous (Katia Miran) – prostej, obdarzonej dużym temperamentem, nieco upartej, ale niezwykle uczciwej nastolatce z prowincjonalnego Lourdes na południu Francji. Do miasteczka zaczynają przybywać pielgrzymi, dochodzi do cudownych uzdrowień, a wieść o Lourdes obiega świat. Bernadetta musi zmierzyć się z ciężarem misji powierzonej jej przez Maryję…
Dystrybutor sięgnął po film europejski, który premierę ogólnoświatową miał w 2011 roku. Doprawdy zaskakujące jest, że do do tej pory był niedostępny na naszym rynku. „Bernadetta. Cud w Lourdes” Jeana Sagosla to solidnie wyreżyserowany, dobrze zagrany i pozbawiony ckliwej cukierkowatości religijny film o jednym z najważniejszych dla katolików miejsc świętych. Jest to obraz uczciwy i szczery. Reżyser przyznawał zresztą, że zmienił się duchowo podczas jego realizacji. Wcześniej miał inne wyobrażenia o Lourdes.
„Na koniec dnia usiedliśmy i zobaczyliśmy cały pochód chorych prowadzonych przez młodych ludzi idących w procesji. Przeszli przed nami i byliśmy zaskoczeni ich uśmiechem, oznakami szczęścia, które do nas kierowali. Poczułem, że to właśnie jest cud Lourdes; to, co pozostało po Bernadecie – ta intensywność, siła, którą w sobie miała, którą dzieli się z tymi wierzącymi i niewierzącymi.”
mówił twórca filmu. Jego film jest przepojony właśnie tymi uczuciami. To kino bardzo emocjonalne, ale interesujące historycznie. Dobrze nakreślono tło społeczne, na tle którego wykuwała się niezłomność Bernadetty, która musiała przekonać przecież do swoich wizji nie tylko sceptyków, ale przede wszystkim Kościół. Siłą filmu Sagolasa jest oderwanie głównej bohaterski od cukierkowatości i ikonograficznego wizerunku z obrazka. Ten film ma trafić też do ludzi niewierzących i poszukujących wiary, więc taki krok twórców jest tym bardziej zrozumiały.
Twórcy nie przemilczają upokorzenia jakie musiała Bernadetta przeżyć ze strony innych zakonnic oraz nie rozumiejących wagi jej świadectwa wierzących Francuzów. Ciekawie też zderzają ze sobą racjonalizm elit intelektualnych próbujących zdyskredytować objawienia z namacalnymi dowodami w postaci uzdrowień. Twórcy zbudowali postać Bernadetty opierając się o  dzieła o. Laurentina, najwybitniejszego znawcy tematyki Lourdes. Widać to na ekranie. Grana przez Katie Miran to nie zdjęta z religijnego obrazka niewiasta, ale prosta i krnąbrna nastolatka, która pragnie dać jedynie świadectwo tego, co ją spotkało.
„Bernadetta. Cud w Lourdes” nie ma oczywiście poziomu metafizycznego kina Tarkowskiego. Brak tu subtelności Bressona i pazura Gibsona. Jest to jednak warty zobaczenia religijny filmowy fresk, który może trafić również do osób dalekich od wiary.
Łukasz Adamski