dkf

„IMIGRANTKA”    13.10.2014    godz. 19.00
„JAK OJCIEC I SYN”    15.10.2014    godz. 20.00
„CZERWONY I NIEBIESKI”    20.10.2014    godz. 18.00
„GDY BUDZĄ SIĘ DEMONY”    27.10.2014    godz. 19.00

„IMIGRANTKA”

29 09 2014 imigrantka

reżyseria James Gray

Nominowana do Złotej Palmy MFF w Cannes wysokobudżetowa produkcja z Marion Cotillard, Joaquinem Phoenixem i Jeremym Rennerem w rolach głównych. Rozgrywająca się w Ameryce w czasach prohibicji opowieść o trójkącie miłosnym między Polką i dwoma Amerykanami. Jest rok 1921. Dwie młode Polki, siostry – Ewa i Magda wyruszają do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia. Zanim jednak spełni się ich amerykański sen, muszą przejść selekcję na Ellis Island. Chora na gruźlicę Magda zostaje zatrzymana i poddana kwarantannie, a zdana tylko na siebie Ewa rozpoczyna zdobywanie Ameryki na własną rękę. Niestety szybko przekonuje się, że młoda Polka bez znajomości i referencji na Manhattanie nie może liczyć na zbyt wiele. Trafia na ulicę, gdzie jej przewodnikiem i opiekunem zostaje Bruno (Joaquin Phoenix), który wciąga ją w nowojorski półświatek brudnych interesów i prostytucji. Ewa przypadkowo poznaje również kuzyna Brunona – Orlando (Jeremy Renner), który swoimi obietnicami na nowo rozbudzi w dziewczynie marzenia i nadzieje.
(…) Marion Cotillard, laureatka Oscara za „Niczego nie żałuję”, ostro szamoce się z językiem polskim. Tego wymagał od niej scenariusz „Imigrantki”, napisany przez amerykańskiego reżysera filmu, Jamesa Graya. Gray jest wnukiem ludzi, którzy po pierwszej wojnie przyjechali do Ameryki z Rosji. Na konferencji prasowej w Cannes reżyser wyznał, że na bohaterki wybrał Polki świadomie. Warto zacytować jego motywy: chciał „złożyć hołd mistycznemu i skłonnemu do poświęceń katolicyzmowi Roberta Bressona” (sic!).
Gray zbudował „Imigrantkę” z symetrycznych klocków melodramatu. Zadanie, jakie stawia sobie Ewa, to pomoc chorej Magdzie. Co brzmi wiarygodnie. Magda jest w podobnej jak Ewa, ale jeszcze gorszej sytuacji. Jako chorej nikt inny ręki jej nie poda. Bruno, dealer z pogranicza gangsteryzmu, zaoferuje współdziałanie „dzięki posiadanym stosunkom”, ale, rzecz prosta, nie za darmo. Marion Cotillard, unikając spojrzeń w oczy widzowi, sugeruje przekonująco, że we własnej sprawie nie byłaby zapewne skłonna oddać swego ciała. Układ Ewy z Brunonem prowadzi ją w świat przestępczego luksusu, który jej bynajmniej nie fascynuje. Wtedy – kolejny komponent melodramatu – zjawia się ten trzeci, kuzyn Brunona, iluzjonista Orlando. To on przywraca Ewie wiarę w siebie i nadzieję na prawdziwą miłość. Ale reżyser nie ułatwia sobie zadania. Bruno – szwarccharakter i zazdrośnik – nie okazuje się jednak postacią jednostronnie negatywną.
Początkowo film rozgrywany jest przez doskonałego operatora, Dariusa Khondjiego („Miłość”, „Zakochani w Rzymie”) w długich ujęciach i planach ogólnych. W ten sposób demonstruje Gray ambicje wiernego odtwarzania Nowego Jorku sprzed niemal wieku, z odpadającymi tynkami, suszącą się na balkonach bielizną i dymiącymi kominami. Ale pod koniec narracja nabiera tempa, żeby demaskować rojenia o upojnym „american dream”, tak popularne po I wojnie światowej wśród emigrantów ze wschodniej Europy.
Cotillard trafnie oddaje stan ducha imigrantki, osoby, która w każdej sytuacji życiowej ma jeszcze dwa dodatkowe mankamenty: jest obca i nie zna miejscowych zwyczajów. Jeśli gazety opiszą jakiś jej błąd życiowy, może być pewna, że niechybnie podkreślą jej odmienną narodowość. Pochmurny pesymizm Graya wiernie przekazuje rozgoryczenie, jakie po przybyciu do obcego kraju udzieliło się jego dziadkom. Dramaturgia tych rozgoryczeń jest formalnie wystudiowana. Gorzej z dialogami, niekiedy brzmiącymi zbyt dydaktycznie.
Pozwolę sobie teraz na paradoks. James Gray wydarł swój sukces nam, Polakom. Nasi filmowcy są znacznie bardziej predysponowani do mówienia o emigracji. Amerykanin Gray szukał narodu, który w najwyższym stopniu dotknięty został zjawiskiem emigracji i wybrał Polaków. Emigracja milionów rodaków stała się niezmiernie ważnym elementem dziejów naszego narodu. (…)
Jerzy Płażewski, Imigrantka, „Kino” 2014, nr 04, s. 79

„JAK OJCIEC I SYN?”

29 09 2014 ojciec

reżyseria Hirokazu Kore-eda

„Jak ojciec i syn” to subtelny i poruszający portret współczesnej rodziny, film dla każdego kto jest lub chciałby zostać rodzicem. Państwo Nonomiya pewnego dnia odkrywają, że od sześciu lat wychowują nie swoje dziecko – w szpitalu ich syn został podmieniony z innym chłopcem. Szybko odnajdują drugą poszkodowaną rodzinę i równie szybko sprawę rozwiązują w sądzie. Decyzje zapadają, ale dylematy i emocjonalne rozdarcie pozostają – obie rodziny muszą rozważyć, co zrobić ze świadomością, że przez lata obdarzali miłością nie swoje dziecko. Rozpoczynają delikatny proces zamiany chłopców, ale im większy porządek zaprowadzają w swoim życiu, tym większy chaos odczuwają w swoich sercach i głowach. Hirokazu Koreeda przekuwa historię rodem z pierwszych stron gazet w mądrą, wzruszającą refleksję nad ojcostwem i wyjątkową relacją ojca z synem. Co czyni z nas dobrych rodziców? Czywięzy krwi wystarczą, czy też na miłość dziecka trzeba sobie zapracować? A co najważniejsze, jak – w czasach pośpiechu, nadmiernych wymagań i stresu – wychowywać swoje dziecko, aby było szczęśliwe?
Światowa premiera „Jak ojciec i syn” miała miejsce podczas festiwalu w Cannes, gdzie film spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem. Jury, któremu przewodniczył Steven Spielberg przyznało mu swoją nagrodę, otrzymał także wyróżnienie Jury Ekumenicznego. Twórcy „E.T” i „Listy Schindlera” film spodobał się natomiast tak bardzo, że zakupił prawa do amerykańskiego remake’u, który najprawdopodobniej sam wyreżyseruje. Film zdobył także nagrodę publiczności na festiwalu w San Sebastian, gdzie rywalizował z głośną„Grawitacją” i popularną komedią „Czas na miłość”, a także na festiwalach w São Paulo i Vancouver.  W latach 60. XX wieku na japońskich porodówkach – przepełnionych w wyniku powojennego boomu demograficznego – wielokrotnie dochodziło do pomyłek, w wyniku których dziecko trafiało w ręce nie swojego rodzica. Szybko jednak zmieniono metodę oznaczania niemowląt, dzięki czemu masowa panika młodych rodzicieli ustąpiła, a porodówki znów zaczęły kojarzyć się raczej pozytywnie. Ale nie od dziś wiadomo, że historia lubi się powtarzać. W filmie Kore-edy przyczyną błędu nie jest system, lecz zawiść jednej z położnych, ofiarą pomyłki padają zaś rodziny biznesmana Ryoty i sklepikarza Yudai. Kiedy dowiadują się, że od sześciu lat wychowują „cudze” dzieci, niebo wali im się na głowę. Nie mają pomysłu, jak rozwiązać problem, a nieprzygotowane na takie sytuacje instytucje dodatkowo wprowadzają mętlik.
„Jak ojciec i syn” wydaje się z pozoru japońskim odpowiednikiem „Oszukanych” Marcina Solarza. Jednak w odróżnieniu od polskiego filmu, skrojonego na potrzeby TVN-owskiej serii „Prawdziwe historie”, w której najbardziej liczy się strona emocjonalna, w japońskiej produkcji na plan pierwszy wysuwa się refleksja nad ojcostwem. Kore-edę interesuje przede wszystkim odpowiedź na pytanie, czy jest to twór biologiczny, czy kulturowy – określany więzami krwi czy wspólnie spędzonym czasem. Męscy bohaterowie w dociekaniu odpowiedzi tak bardzo skupiają się na sobie, że na synów przestają w pewnym momencie zwracać uwagę, a głos rozsądniejszych od siebie żon kompletnie ignorują. Ich egoistyczne zachowanie podsycają jeszcze psychologowie, którzy, powołując się na teorie naukowe, twierdzą, że dzieci łatwo adaptują się do zmian.
Chociaż ta historia mogłaby wydarzyć się pod każdą szerokością geograficzną, to przecież właśnie w Kraju Kwitnącej Wiśni dzieci otacza się specjalną troską i atencją jako jedno z największych „aktywów” narodu. Szczególnie widoczne staje się to 5 maja, który jest w Japonii Świętem Dziecka (Kodomo-no Hi). Korowodom i fajerwerkom towarzyszą wtedy debaty, w jaki sposób najlepiej przygotować dziecko, żeby w przyszłości osiągnęło sukces i pracowało na chwałę ojczyzny.
Dopóki nie nadejdą feralne wieści ze szpitala, taki model wychowawczy jest najbliższy Ryocie, mężczyźnie, który od sześciu lat powtarza, że znajdzie więcej czasu dla rodziny, jak tylko ukończy kolejny projekt. Patrząc na jego syna, widzimy doskonałe odbicie ojca: grafik sześciolatka jest tak wypełniony, że na zabawę niemal brakuje w nim miejsca. Chłopiec uczy się angielskiego, gry na pianinie, nowych słów, a także poznaje sztukę kulinarną. Reżyser opowiada się raczej po stronie innego modelu rodziny, reprezentowanego przez familię Yudai, prostego sklepikarza, który zwykł kąpać się razem ze swoją latoroślą, wygłupiać i wspólnie bawić. Także opozycja Ryoty i Yudai opiera się na prostych przeciwnościach, ale twórcy udaje się ją bardziej zniuansować. Zamożny mężczyzna uważa, że wszystko mu się należy, uboższy marzy o promocji klasowej. I to ten drugi, choć na niewiele może sobie pozwolić, uświadamia sobie, czym jest radość z życia. I z rodziny.
Autor jest redaktorem naczelnym portalu Stopklatka.pl
Artur Zaborski, Jak ojciec i syn, „Kino” 2014, nr 02, s. 79

„CZERWONY I NIEBIESKI”

29 09 2014 czerwony

reżyseria Giuseppe Piccioniego

Do szkoły średniej w Rzymie trafia na zastępstwo początkujący nauczyciel Giovanni Prezioso. Pełen dobrych chęci i wiary w uczniów chciałby być dla swoich wychowanków niczym Robin Williams w „Stowarzyszeniu umarłych poetów”. Jednak zamiast zarażać ich miłością do kultury i sztuki musi zmierzyć się z obojętnością klasy-  konglomeratu imigrantów, dzieciaków z problemami i dorastających dziewcząt. Jego przewodnikiem staje się profesor Fiorito (Roberto Herlitzka) stary nauczyciel historii sztuki, kiedyś wspaniały wykładowca, obecnie wypalony przez lata pracy cynik, marzący już tylko o zbliżającej się emeryturze, albo jeszcze bliższym samobójstwie. Szkołą stara się zarządzać trzecia główna bohaterka filmu – Giuliana (grana przez Margeritę Buy). Boryka się z obojętnością rodziców na los swoich dzieci, niechęcią władz do odpowiedniego dotowania szkoły i tysiącem spraw administracyjnych, które powoli czynią z niej wyzutą z emocji i niedostępną kobietę. Wszystko się zmienia, gdy pewnego dnia pod materacami na sali gimnastycznej znajduje Adama, jednego z najlepszych uczniów szkoły. Chłopiec porzucony przez matkę nie ma co z sobą począć, ani gdzie mieszkać. Giluliana , dotychczas potrafiąca zmierzyć się z każdą sytuacją, ryzykuje swój autorytet i postanawia mu pomóc. Jej los przecina się z historią dwóch pozostałych nauczycieli. Na drodze profesora Fioritino staje jego dawny uczeń, a Prezioso musi zmierzyć się ze zbuntowaną uczennicą ze swojej klasy – Melanią. Każde z nich zostaje postawione przed trudną sytuacją, w której nie działają żadne z góry założone schematy. Błędy w szkolnych pracach nauczyciele bez trudu oznaczali tytułowymi kolorami, czerwonym i niebieskim, to w jaki sposób poprowadzą swoje życie nie jest jednak tak łatwe…

Kto w wakacje tęskniłby za szkołą? Polski dystrybutor „Czerwonego i niebieskiego” wierzy, że tacy się znajdą, i wprowadza na nasze ekrany film Giuseppe Piccioniego, który gościł we włoskich kinach blisko dwa lata temu. Jako klasyczny – i dość konwencjonalny – przykład dramatu szkolnego przeznaczony jest on zresztą nie tylko dla uczniów, ale, jak to się mawia, „dla każdego”. Narrację prowadzi profesor Fiorito – uczący w rzymskim liceum zgorzkniały nauczyciel w słusznym wieku, brawurowo zinterpretowany przez Roberta Herlitzkę. Już na samym początku dowiadujemy się, co myśli o swoich podopiecznych i z jakim pesymizmem stosuje metody wychowawcze. Jego motto brzmi: jeśli któryś z uczniów ma wciąż nadzieję na jakąkolwiek przyszłość, trzeba go jej pozbawić.
Mizantrop Fiorito – który twierdzi, że o historii sztuki wie wszystko, a w młodości zamiast Stonesów słuchał Bacha – klnie, pali (także w klasie, gabinecie dyrektorki czy pokoju nauczycielskim), wyzywa wszystkich dookoła. Aż dziw, że jeszcze utrzymał posadę, ale kto miałby odwagę zwolnić nauczyciela tuż przed emeryturą? (…)
Zdecydowanie najmocniejszym punktem obsady jest jednak Herlitzka, nominowany za rolę profesora Fiorito do prestiżowej włoskiej nagrody Davida di Donatello (którą zdobył wcześniej za kreację Alda Moro w „Witaj nocy” Bellocchia). Genialna „vis comica” nie przeszkadza mu jednocześnie wygrywać dramatu swojego bohatera – człowieka starego, samotnego, pozbawionego wiary w sens edukacji. Ciekawie jest obserwować, jak kariera Herlitzki, zaczynającego w latach 70. u Liny Wertmüller, nabrała blasku, kiedy był już po sześćdziesiątce.
Niestety, wysiłki aktorów nie mogą zamaskować mielizn i schematyczności scenariusza, w którym – oczywiście – szkoła nie należy ani do najlepszych, ani do najbogatszych, a zróżnicowani majątkowo i narodowościowo wychowankowie, borykający się z kłopotami wieku dojrzewania, konfrontowani są z – niekiedy zdziwaczałymi, generalnie jednak poczciwymi – pedagogami. Od początku wiadomo, że na życie każdego z nauczycieli wpłynie relacja z uczniami wykraczająca poza zwyczajowy zakres obowiązków. Na przekór mottu profesora, z filmu bije optymistyczna wiara w sens pracy nad sobą i, jak to w szkole, każdemu udaje się czegoś nauczyć. Dyrektorka wykrzesze z siebie matczyne ciepło, Fiorito odnajdzie dawno utraconą radość życia, a Prezioso zrozumie, że nie każdemu można pomóc, nawet jak się ma dobre chęci.
Adam Kruk, Czerwony i niebieski, „Kino” 2014, nr 07-08, s. 91-92

„GDY BUDZĄ SIĘ DEMONY”

29 09 2014 gdy

reżyseria Roland Joffé

Gdy budzą się demony to epicka  opowieść o rewolucjonistach i świętych, której akcja toczy się podczas hiszpańskiej wojny domowej. Jest to opowieść o miłości i heroizmie w świecie zdominowanym przez zazdrość, nienawiść i przemoc, ale także przenikliwy dramat ukazujący siłę przebaczenia w zrywaniu łańcuchów z przeszłości.
Roland Joffé, dwukrotnie nominowany do Oscara (Misja, Pola śmierci i Miasto radości), napisał i wyreżyserował pasjonujący film, którego akcja toczy się podczas wojny domowej (1936-1939) i po wojnie – do roku 1982.
Dziennikarz śledczy, który mieszka w Londynie – Roberto Torres (Dougray Scott), chcąc napisać książkę o założycielu kontrowersyjnej, katolickiej organizacji Opus Dei, przyjeżdża w 1982 roku do Hiszpanii. Jego najcenniejsze źródło informacji: własny ojciec, Manolo Torres (Wes Bentley), nie chce opowiedzieć bolesnej historii nawiązującej do założyciela Opus Dei, Josemaría Escrivy (Charlie Cox).
Czy Gdy budzą się demony to powrót do moich korzeni? Nie jestem pewien; życie jest serią pętli, jednak myśląc o postaci Josemaríi, znalazłem temat, który daje mi wiele do myślenia. Kosmolodzy i fizycy, ludzie, którzy zajmują się badaniem struktury rzeczy, zaczynają zauważać, że istnieją we wszechświecie wzory i kształty, których jesteśmy częścią. Wzór najwspanialszy ze wszystkich jest stworzony z miłości. Tak samo ten najbardziej przerażający stworzony jest z braku miłości. Kiedy brakuje miłości, zostaje próżnia, która prowadzi do strachu, nienawiści i rozpaczy. Żyłem już wystarczająco długo, aby zobaczyć, że tak dzieje się w rzeczywistości i, aby zdać sobie sprawę, że miłość jest uczuciem, które daje zdolność tworzenia. Chciałem opowiedzieć historię, która koncentruje się na zdolności przynoszenia miłości światu i wyjaławianiu konsekwencji jej braku.
Wojny domowe są straszne, ponieważ powodują rozłamy w rodzinach. Podczas wojen domowych, członkowie rodzin dzielą się, podążając za różnymi frakcjami konfliktu, a stare urazy stają się źródłem nienawiści. Mówię tutaj również o wojnach domowych w naszym codziennym życiu. Gdy budzą się demony obejmuje dwa rodzaje wojny domowej. Kiedy publiczność obejrzy film, zda sobie sprawę, że w istocie, wszyscy jesteśmy w stanie zdecydować, czy trzymać się kurczowo naszych codziennych dramatów, czy szukać sposobów, aby je zwalczać. Możesz patrzeć na swoje życie jak na ciąg niesprawiedliwości, odrzuceń i zdarzeń, które powodują ból – zamkniesz się wtedy w tych uczuciach; albo możesz zobaczyć te zdarzenia jako możliwości – możliwości pokonania tych demonów i dawania miłości.
Roland Joffé