dkf

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” CZERWIEC 2015

„DZIEWCZYNKA Z KOTEM” 01.06.2015 godz. 20.00
„GLORIA” 08.06.2015 godz. 19.00
„SILS MARIA” 15.06.2015 godz. 19.00
„ZŁOTA KLATKA” 22.06.2015 godz. 19.00
„KEBAB I HOROSKOP” 29.06.2015 godz. 19.00

„DZIEWCZYNKA Z KOTEM”

29 05 2015 dziewczynka

Reżyseria Asia Argento

Aria ma dziewięć lat, kiedy staje się mimowolnym świadkiem burzliwego rozstania rodziców.  Czuje się odrzucona i niekochana, gdyż sławni rodzice bardziej skupiają się na własnych karierach i walce między sobą. Dziewczynka za wszelką cenę próbuje skupić na sobie ich uwagę, ale bezskutecznie. Dlatego pozostaje jej samotnie przemierzanie ulicami głośnego Rzymu, wierząc, że jej aniołem stróżem jest czarny kot o imieniu Dac.
Tak jak Angelica, Aria bardzo chciałaby mieć kota. Ale przede wszystkim marzy, by jej rodzice znów byli razem – jak na wspólnych zdjęciach z wakacji. Skrzętnie wykradzionych z rodzinnego albumu czy może po prostu istniejących tylko w jej bujnej wyobraźni.  Bo rodzice Arii właśnie się rozstają. Dziewczynka jest świadkiem kłótni i bójek, obrzucania się groźbami i wyzwiskami. Jako owoc ich miłości, który przypomina im o wspólnym życiu – paśmie rozczarowań i upokorzeń – jest wciąż przez nich odtrącana. Wałęsa się między apartamentami ojca i matki, znosi w milczeniu fakt, że córki z poprzednich związków są faworyzowane i cieszy się, gdy dorosłym zdarzy się przywieźć niezwykłe prezenty z egzotycznej podróży albo obiecać wyjście do słynnego cyrku.
Oprócz wiecznej wojny, rodziców pochłania kariera i życie prywatne: romanse i inne przyjemności. Mama (bardzo udana rola Charlotte Gainsbourg) jest sławną pianistką, która co chwila zmienia kochanków i nie stroni od używek. Tata (Gabriel Garko) to otoczony wianuszkiem fanek niespełniony, opętany fobiami aktor. Dorośli są infantylni i nieodpowiedzialni, skrępowani frustracjami – nie ma co liczyć na zrozumienie ani ze strony rodziców, ani nauczycielki czy księdza; potrafią tylko gromić, pouczać i stawiać do kąta. Rozczarowują też rówieśnicy – dzieci bywają dla siebie bezwzględne; wciąż toczy się rywalizacja: o oceny, popularność, powodzenie.
„Dziewczynka z kotem” Asii Argento (scenarzystki, aktorki, wokalistki, córki Dario Argento) miała premierę w Cannes w sekcji Un Certain Regard. Reżyserka od początku pokazuje, że znajdujemy się na pograniczu realności (roztacza przed widzami małe widowisko histerycznej rodzinnej paranoi) i dziecięcego urzeczenia światem. Autorka, nie bez humoru, sprowadza miłość i cierpienie do komicznie brzmiących wyznań i teatralnych gestów. Tę egzaltację wydobywa nie tylko, gdy do głosu dochodzi Aria – utalentowana literacko dziewczynka, która z upodobaniem prowadzi narrację, nurza się w swoich tragediach i stopniuje napięcie. Również i język włoski, którym posługują się bohaterowie, z jego charakterystyczną intonacją i ekspresją, świetnie dopełnia filmową rzeczywistość.
Znajdujemy się w świecie, który przytłacza nadmiarem, hałaśliwością, kipi przepychem, mami błyskotkami – takie jest przecież wnętrze domu matki, gdzie reprodukcje dawnych dzieł sąsiadują ze współczesnymi, jaskrawymi w kolorach plakatami, gdzie wśród kiczowatych bibelotów znaleźć można biografię Stalina i figurkę Buddy, a w środku nocy rozlegają się mroczne dźwięki pianina, nad ranem zaś jazgotliwe, nieco bardziej taneczne utwory.
Ale film Asii Argento, w tym konsekwentnie przedstawionym rozgardiaszu, pozostaje przede wszystkim subtelnym, miejscami lirycznym i niepokojącym (na wzór świetnie dobranej ścieżki dźwiękowej, której współautorami są m.in. reżyserka i Brian Molko z Placebo) portretem samotnej, wrażliwej dziewczynki. Chociaż przygody Arii bywają naprawdę zabawne, a ona sama z natury jest pogodna i często rozpromienia się w ujmującym uśmiechu, wciąż ma przecież smutne oczy.
Dominika Bierczyńska, Dziewczynka z kotem, „Kino” 2014, nr 12, s. 67

 

„GLORIA”

29 05 2015 gloria

Reżyseria Sebastián Lelio

Gloria (Paulina García) to atrakcyjna kobieta w średnim wieku. Mieszka sama, z dziećmi widuje się rzadko, ale regularnie odwiedza dancingi. Spędza tam miło czas, choć zazwyczaj stroni od towarzystwa mężczyzn. Jej nastawienie się zmienia, gdy jednej z tanecznych nocy na parkiecie pojawia się Rodolfo (Sergio Hernández). Czarujący dżentelmen sprawia, że Gloria nabiera ochoty na płomienny romans. W tym wiarygodnym psychologicznie, przepięknie skomponowanym i zagranym filmie motorem napędowym akcji są emocje. Melancholia w życiu Glorii splata się więc z beztroską zabawą, miłość z rozczarowaniem, a obojętność z niegasnącą chęcią życia.
Wiek średni jest naprawdę średni. Za nami atuty młodości, przywileje starości dopiero przed nami. Świat powiada, że pewnych rzeczy robić nam nie wypada – już albo jeszcze. Wedle obowiązującego wzorca, winniśmy się wtedy całkowicie ustabilizować, mieć rodzinę, stałą pracę, zrezygnować z szaleństw i ryzyka. Ten przymus kulturowy dotyczy zwłaszcza kobiet. Nie każdy jednak chce się mu poddać, nadto „płynna nowoczesność” coraz częściej nie daje nam szans, by głęboko zapuścić korzenie.
Tytułowa bohaterka filmu Sebastiána Lelia bliższa jest wiekowi emerytalnemu niż balzakowskiemu. Niełatwo jej więc zaczynać od nowa. Rozstała się z mężem, który ma młodszą partnerkę, wypuściła w świat dzieci – córka, zakochana w Szwedzie, postanawia wyemigrować z Chile do Europy, syn zajęty jest pielęgnowaniem niedawno narodzonego dziecka. Gloria ani myśli wpisywać się w stereotyp poczciwej babci, ciągle ma na różne rzeczy apetyt – na zabawę, na podróże, na seks, na życie po prostu. Samotna w dużym pustym mieszkaniu, gdzie musi przysłuchiwać się awanturom, jakie robi neurotyczny sąsiad, większość wolnego czasu spędza w klubie gromadzącym takich jak ona singli po przejściach.
Gloria nie próbuje ani się odmładzać, ani uatrakcyjniać na siłę swego wyglądu. Ma niemodną fryzurę – proste, półdługie włosy, nieustannie opadające na czoło – nosi wielkie, nietwarzowe okulary, które maskują jej nieśmiałość i niepewność. Nagrodzona za tę rolę na festiwalu w Berlinie, Paulina Garcia obdarza Glorię delikatnym uśmiechem, trochę zachęcającym a trochę zawstydzonym. Kieruje go w stronę mężczyzn, z którymi nawiązała w klubie kontakt wzrokowy. Widać, że nie jest doświadczoną uwodzicielką, wypadła z obiegu erotycznego, ale niepowodzenia jej nie zniechęcają. Wreszcie zaczyna romans ze starszym od siebie mężczyzną, także (podobno) rozwodnikiem. Byłym oficerem marynarki, obecnie właścicielem parku rozrywki, w którym można poskakać na bungee albo pobawić się w paintball, czyli strzelanie farbą do przeciwnika. Gloria ochoczo oddaje się tym wszystkim atrakcjom, których dotąd nie miała okazji spróbować.
Myli się jednak ten, kto sądzi, że film Lelia jest kolejną opowieścią o nie najmłodszej kobiecie odkrywającej poniewczasie uroki życia (mimo iż nie brakuje tu obowiązkowej sceny, pokazującej bohaterkę, która próbuje palić trawkę). Wymowa „Glorii” jest raczej gorzka. Dowodzi bowiem ta historia, że w życiu nie da się ot tak, wyzerować licznika i od początku zacząć nabijać lata i doświadczenia. Zwłaszcza gdy trochę się już przeżyło.
Życie to łańcuch, który ciągniemy za sobą. Łańcuch zobowiązań, przyzwyczajeń, wspomnień, kompromisów. Tylko niektórzy znajdują siłę i odwagę, by go odciąć. Za Glorię zrobił to los – wszyscy jej najbliżsi sami się od niej odczepili. Ale odzyskana przez bohaterkę wolność jest naprawdę wolnością samotności. By ją zrealizować zgodnie ze swoimi zamierzeniami, musiałaby spotkać drugą wolną osobę. Tymczasem jej nowy partner, Rodolfo, kimś takim nie jest. Utrzymuje dwie gnuśne córki, które w kółko do niego wydzwaniają, zajmuje się swoją, ponoć byłą, żoną. W dodatku okazuje się tchórzem.
Wolność jest atrybutem młodości, wtedy można sobie pozwolić na najśmielsze decyzje. Przykładem właśnie córka Glorii, która rzuca wszystko, by pojechać za ukochanym na drugi koniec świata, choć, oczywiście, można sobie zadać pytanie czy to przejaw wolności, czy raczej miłosnego zaślepienia. Domyślamy się, że Gloria szybko ugrzęzła w powinnościach rodzinnych i zawodowych. Wolność przyszła do niej nieco za późno, trochę teraz nie wiadomo, co i jak z nią zrobić. Tłem jej osobistych perypetii są starcia z policją studentów domagających się bezpłatnego systemu edukacji (generał Pinochet w 1981 roku sprywatyzował szkolnictwo). Bohaterka przechodzi obok tych protestów, nie należy do żadnej ze stron – ani do zbuntowanej energicznej młodzieży, ani do konformistycznej „starzyzny”. Próbuje znaleźć własną drogę, własną historię.
I choć wraca do punktu wyjścia, do klubu dla singli, to jednak nie ma w niej goryczy. Reżyser kończy film optymistycznie, pokazując bohaterkę roześmianą, tańczącą do hiszpańskiej wersji przeboju włoskiego pieśniarza, Umberta Tozziego, „Gloria”. Bowiem – że połączę tutaj dwie słynne maksymy – „co nas nie zabije, to nas wzmocni, a lepiej być samemu niż w złym towarzystwie”. Niewykluczone zresztą, że i dobre towarzystwo w końcu Glorii się trafi.
Bartosz Żurawiecki, Gloria, „Kino” 2015, nr 03, s. 74

„SILS MARIA”

29 05 2015 sils

Reżyseria Olivier Assayas

Wybitna aktorka u szczytu sławy. Pewna siebie, a jednocześnie delikatna. Czuła i wymagająca. Zawsze w ruchu, w drodze z jednego planu filmowego na kolejny. Z jednego końca świata na drugi. Kilka dni, które nieoczekiwanie spędzi w Alpach w towarzystwie swojej młodej asystentki, a zarazem jedynej przyjaciółki i powiernicy, pozwoli jej na nowo zrozumiećsiebie. Pod wpływem serii drobnych zdarzeń, spotkania z dawnym partnerem i kochankiem, konfrontacji z przeszłością, intymnych rozmów Maria Enders będzie gotowa zagrać największą życiową rolę. Samą siebie.
W rolach głównych oglądamy aktorki reprezentujące trzy aktorskie pokolenia. Marię Enders zagrała nagrodzona Oscarem Juliette Binoche, znana z wybitnych kreacji w filmach Kieślowskiego, Haneke i Szumowskiej. Partneruje jej Kristen Stewart, której światową popularność przyniósł występ w sadze „Zmierzch” – tutaj w wychwalanej przez krytykę, najdojrzalszej roli w swojej karierze, oraz osiemnastoletnia Chloë Moretz, jedna z najciekawszych amerykańskich aktorek młodego pokolenia, znana z filmów Tima Burtona i Martina Scorsese.
To film licznych podwojeń i nakładających się na siebie warstw. Reżyser Olivier Assayas chce, żeby było gęsto od znaczeń, żeby struktura jego opowieści tworzyła labirynt bez wyjścia, w którym rzeczywistość miesza się z fikcją, a sztuka z życiem. Idzie to tak: Maria Enders (Juliette Binoche), spełniona aktorka w okolicach czterdziestki, gwiazda teatru, kina autorskiego, okazjonalna gwiazda Hollywood, jedzie do Zurychu, by odebrać nagrodę w imieniu Wilhelma Melchiora.
Prawdziwy Wilhelm Melchior był XVIII wiecznym malarzem, znanym przede wszystkim z obrazów zwierząt. Ten tutaj jest żyjącym współcześnie starym dramatopisarzem, który z dala od świata staje się coraz większym pesymistą. Jest także przyjacielem Marii, który kilkadziesiąt lat temu powierzył jej rolę Lolitki. Sztuka nazywała się „Maloja Snake”, jej teatralna prapremiera była przełomem w karierze bohaterki. Tytuł „Maloja Snake” nawiązuje do „Das Wolkenphaenomen von Maloja”, krótkiego, czarno-białego filmu z 1924 roku, ulubionego filmu Melchiora, w którym Arnold Fanck uwiecznił zjawisko atmosferyczne w szwajcarskich Alpach zwane właśnie „wężem Maloja”.
Tak się składa, że Melchior mieszka w okolicy tego „węża”, w miasteczku Sils Maria, w tym samym, w którym Nietzsche uwielbiał spędzać letnie miesiące. Aktorka przybywa do domu dramaturga, żeby popracować nad rolą w nowej adaptacji „Maloja Snake”, w której znowu ma zagrać po latach, tylko że tym razem już nie Lolitkę, ale kobietę w okolicach czterdziestki, kobietę, która daje się owej Lolitce owinąć wokół palca, a potem dobrowolnie żegna się ze światem – dokładnie tak samo, jak pożegnał się z nim Melchior. Wszystko idealnie się domyka.
Marii towarzyszy Valentine (Kristen Stewart), młoda asystentka – dziewczyna obładowana telefonami komórkowymi i tabletami, która de facto zrezygnowała ze swojego życia, a przynajmniej wyznaczyła sobie za jego cel usuwanie wszelkich przeszkód spod nóg swojej pracodawczyni. Jak na razie idzie jej całkiem nieźle – Valentine pokonuje, niczym prawdziwa alpejka, slalom między kolejnymi telefonami, mailami, wideokonferencjami, sesjami zdjęciowymi i sesjami, kiedy z asystentki zamienia się w terapeutkę. Maria jako pracodawczyni nie wydaje się najgorsza – nie terroryzuje, nie upokarza, nie krzyczy. Ale takt i dobre wychowanie kryją jednak konkretne wymagania. Nie ma mowy o żadnej równowadze, co akurat Assayas potrafi zaznaczyć dość dyskretnie, bez uciekania się do grubych środków.
Binoche i Stewart grają tu siebie, a raczej swoje medialne persony. Pierwsza ma klasę, druga – luz. Pierwsza nosi suknie i marynarki, druga preferuje powyciągane podkoszulki i sprane jeansy. Pierwsza pochodzi jakby z przeszłości, druga reprezentuje przyszłość. Pierwsza jeszcze pyta o sens, druga mówi, że sens jest wszędzie. Pierwsza pragnie prawdziwej sztuki, druga z kolei uważa, że sztuką może być nawet hollywoodzki „blockbuster”. Assayas konsekwentnie podtrzymuje tę dychotomię, a nawet podbija ją nie najlepszymi, skądinąd, fragmentami ze sztuki Melchiora, którą w górskiej scenerii Maria próbuje przy pomocy Valentine. Po pewnym czasie reżyser instaluje jeszcze na horyzoncie niejaką Jo-Ann Ellis (Chloë Grace Moretz), młodą hollywoodzką gwiazdkę, która ma za zadanie wyjaskrawić i tak już widoczne różnice, oraz osadza całość mocniej w temacie.
Niestety, dość oczywistym i zgranym, znanym chociażby z takich klasyków jak „Persona” czy „Wszystko o Ewie”. Porównywanie „Sils Maria” do tych dwóch kapitalnych filmów, majstersztyków formalnych, jest jednak zwyczajnie nie na miejscu.
U Assayasa nie ma maestrii, nie ma niedopowiedzeń, odpowiednio intensywnych uczuć, frustracji i lęków. Co najwyżej burza w szklance wody, gra w otwarte karty – wszystkie tematy, problemy, zagadnienia zostają nazwane, a potem kilkakrotnie przedyskutowane.
Nawarstwienia, podwojenia, w których lubuje się reżyser, niczemu nie służą, galimatias jest tylko pozorny i w zasadzie niepotrzebny, tak samo zresztą jak kolejne intertekstualne zabawy z wplątywaniem w narrację filmików z YouTube’a i fragmentów z obrazu Fancka. Para idzie w gwizdek, a to, co najważniejsze, wymyka się reżyserowi z rąk. Nie ma napięcia między bohaterkami, w bunt Valentine wobec pracodawczyni musimy uwierzyć praktycznie na słowo, tak samo zresztą jak w obezwładniającą siłę sztuk Melchiora, kryzys Marii i to, że ktoś taki jak Jo-Ann może ją tak łatwo zbić z pantałyku.
Charakterystyczne, że film jest najlepszy wtedy, gdy reżyser pozwala swoim bohaterkom zwyczajnie żyć, cieszyć się codziennością. Gdy tylko kończy się ględzenie na temat sztuki, młodości, zmierzchu pewnego ciała i pewnego świata, obserwowanie Binoche i Stewart daje dużą przyjemność. Trwa ona jednak bardzo krótko, bo zaraz wjeżdżają stereotypowe figury ze świata sztuki, a wraz z nimi znowu wracają na tapetę podane w formie bryku modernistyczne pogadanki, tak banalne, że człowiek zaczyna się zastanawiać: czy to wszystko jest naprawdę na serio? Czy na serio można nakręcić dzisiaj poważny (pozbawiony jakiegokolwiek przegięcia) film o wielkiej, starzejącej się aktorce, która, chodząc po szwajcarskich Alpach, upada pod ciężarem pod-kultury, opowiada o swoim kryzysie tożsamości, wpada w depresję, desperację, niezwyczajnie się smuci, a potem zasypia pod czujnym okiem kozicy górskiej? Wygląda na to, że tak.
Jakub Socha, Sils Maria, „Kino” 2015, nr 03, s. 66

 

„ZŁOTA KLATKA”

29 05 2015 zlota

Reżyseria Diego Quemada-Diez

Przejmujący debiut fabularny wieloletniego współpracownika Kena Loacha, który w 2013 roku zwyciężył na festiwalach m.in. Mar del Plata i Zurychu. Nagrodzony również nagrodą  „A Certain Talent Prize” dla obsady w sekcji Un Certain Regard na MFF w Cannes.
Sara, nastolatka z Gwatemali, obcina włosy, przebiera się za chłopca i wraz z przyjaciółmi Juanem i Samuelem wyrusza w ekscytującą i  niezwykle niebezpieczną podróż na osławionej trasie pociągami towarowymi do Los Angeles. Mają nadzieję na lepsze życie w USA, gonią za marzeniem nie zdając sobie sprawy, że może zupełnie nie być tym, czym się wydaje. Rodzące się uczucie do indiańskiego chłopca Chauka, którego Sara spotyka w drodze, przynosi gniew i rozgoryczenie. Jednak w konfrontacji ze śmiertelnym zagrożeniem ze strony bandytów i skorumpowanych stróżów prawa, grupa nastolatków dostaje solidną lekcję przyjaźni i lojalności.
W hiszpańsko-meksykańsko-gwatemalskiej „Złotej klatce” kilkakrotnie pojawia się obraz spadających z nieba płatków śniegu, powracający w marzeniach jednego z bohaterów. Chłopak pochodzi prawdopodobnie z Gwatemali, gdzie opady śniegu są zjawiskiem praktycznie niespotykanym. Śnieg kojarzy się tam nie z zimnem ale z rajem: symbolizuje północ, która dla Gwatemalczyków jest ziemią obiecaną, punktem docelowym masowych nielegalnych migracji.
Bohaterowie „Złotej klatki” przemierzają spalone słońcem ziemie Ameryki Łacińskiej, by dotrzeć do wyśnionej krainy – Stanów Zjednoczonych. Kiedy jeden z nich osiągnie w końcu cel podróży, przekona się, że śnieg nie ma w sobie nic magicznego, a USA to zdecydowanie nie El Dorado. Dramat Diego Quemady-Dieza to typowa, mimo to poruszająca opowieść o utracie emigranckich złudzeń.
Bohaterami filmu jest czworo nastolatków – Juan (Brandon López), Sara (Karen Martínez), Samuel (Carlos Chajon) i Chauk (Rodolfo Domínguez) – wędrujących na własną rękę przez Meksyk do Kalifornii. Przyczyny migracji nie zostają w filmie podane wprost, ale są aż nadto jasne: ojczysta Gwatemala to kraj wyniszczony po wieloletniej wojnie domowej, biedny i opanowany przez bezwzględne gangi. Akcja „Złotej klatki” jest silnie osadzona w społecznym konkrecie, co nie powinno dziwić, zważywszy że reżyser Diego Quemada-Diez terminował wcześniej u samego Kena Loacha. Główni bohaterowie zostali dobrani tak, by ich indywidualne portrety i wzajemne relacje odbijały ogólniejsze problemy regionu. Dzięki naturalnej, opartej na niedopowiedzeniach grze nieprofesjonalnych aktorów, postaci nie sprawiają jednak nigdy wrażenia papierowych.
Bogata w kulturowe znaczenia jest już pierwsza scena filmu, w której Sara, jedyna dziewczyna w grupie, przygotowuje się do wyprawy. Nastolatka ścina włosy, zakłada luźny t-shirt i próbuje spłaszczyć piersi bandażem, żeby nabrać chłopięcych kształtów. Zamiast łopatologicznie wyjaśniać widzowi przyczyny tej przebieranki, twórcy „Złotej klatki” ograniczają się do krótkiego, przelotnego obrazu: w jednym z ujęć kamera pokazuje porozwieszane na ulicach zdjęcia zaginionych osób, głównie płci żeńskiej.
Dramatyczne, jak się potem okaże, losy Sary wskazują na fatalną sytuację kobiet, narażonych w krajach Ameryki Łacińskiej na porwania, gwałty i morderstwa. Problem napięć etnicznych znajduje z kolei odzwierciedlenie w relacji Latynosa Juana i Indianina Chauka. Kierowany rasowymi uprzedzeniami i zawzięty Juan odnosi się początkowo z pogardą do Indianina, który nieco nachalnie przyłączył się do grupy. Chłopców różni nie tylko język, ale i odmienny styl bycia. Podczas gdy Juan próbuje być twardzielem, Indianin nie ma w sobie za grosz koguciej dumy i jest zawsze skory do pomocy. Chauk uosabia kulturę rdzennych Amerykanów, alternatywną wobec siejącego spustoszenie w Ameryce Łacińskiej latynoskiego modelu macho.
Przedstawiając pełną niebezpieczeństw podróż przez Meksyk, Quemada-Diez wykorzystuje dobrze znany schemat kina drogi. Bohaterowie poruszają się po kraju głównie pociągami towarowymi, obleganymi przez mieszkańców Nikaragui, Hondurasu czy Gwatemali, również marzących o złotych górach Ameryki Północnej. Zdesperowani emigranci muszą nieustannie ukrywać się przed strażą graniczną i są łatwym łupem dla handlarzy żywym towarem, przemytników i pospolitych oszustów. Nieliczni szczęściarze, którym udaje się przekroczyć osławioną granicę meksykańsko-amerykańską, nie mogą liczyć na gościnne powitanie.
Półpustynny, złoty krajobraz amerykańskiego pogranicza sprawia wrażenie bardzo spokojne, ale jego spokój jest zwodniczy. Emigranci mogą tu zginąć od kuli, nie wiedząc nawet, kto strzelał: w okolicy działają gangi narkotykowe i grasują nacjonalistyczni fanatycy, chroniący kraj przed obcymi. Pełen goryczy tytuł filmu zaczerpnięty został z popularnej latynoskiej pieśni, w której meksykański emigrant wyraża rozczarowanie życiem w USA. „Złota klatka” Quemady-Dieza nie skupia się na trudach życia na obczyźnie, ale na horrorze samej wędrówki, jednak krytyka amerykańskiego snu jest tu również bardzo silna.
Reżyser „Złotej klatki” próbuje połączyć realistyczny opis życia emigrantów z atrakcyjną formułą kina drogi. Zgodnie z wzorcem gatunkowym mamy tu piętrzące się przeciwności losu, motyw dojrzewania i wątek rodzącej się powoli przyjaźni. Taka struktura opowieści sprawia, że film bywa niestety bardzo przewidywalny. Choć akcja dramatu od początku do końca jest emocjonująca, od razu wiadomo, w jakim kierunku rozwijać się będzie relacja pomiędzy bohaterami i jak mniej więcej wyglądać będzie finał wyprawy. Obraz Quemady-Dieza nie jest dziełem szczególnie odkrywczym, ale twórcom udało się na szczęście uniknąć rażących uproszczeń i łatwych wzruszeń. „Złota klatka” to pozycja, która może się spodobać zarówno wielbicielom zaangażowanego kina społecznego, jak i szerszej publiczności.
Robert Birkholc, Złota klatka, „Kino” 2015, nr 03, s. 70

 

„KEBAP I HOROSKOP”

29 05 2015 kebap

Reżyseria GRZEGORZ JAROSZUK

„Kebab i Horoskop” to komedia absurdu. Film opowiada historię pracowników. Bankrutującego sklepu z dywanami. Pewnego dnia na zaproszenie Szefa (Andrzej Zieliński) w sklepie pojawia się dwóch „specjalistów od marketingu” o zagadkowych przydomkach Kebab (Bartłomiej Topa) i Horoskop (Piotr Żurawski). Personel sklepu to postacie barwne, ale jednocześnie dosyć zobojętniałe na bodźce zewnętrzne –do sklepu zwykle nikt nie  przychodzi… Spece od marketingu wywołują zmianę w atmosferze… Wszyscy poddają się ich  coraz dziwniejszym pomysłom… Wytrąceni ze zwykłego zobojętnienia; nieśmiała Stażystka  (Justyna Wasilewska) dzieląca mieszkanie z neurotyczną matką (Dorota Kolak), poszukująca  miłości w internecie Kasjerka (Barbara Kurzaj), zgryźliwy sprzątacz Kortazar (Janusz Michałowski) i Dawny Kibic (Tomasz Schuchardt) „biorą sprawy w swoje ręce”, co burzy ich  mikroświaty i prowadzi do serii śmiesznych i zaskakujących sytuacji. Gotowi na wszystko
fałszywi specjaliści od marketingu przekonają się, że życie potrafi być równie skomplikowane, jak wzór na perskim dywanie.
Wspólnota narodowa jest też podobno wspólnotą śmiechu, dowcipy nie przekładają się na języki obce, każdy naród najbardziej lubi bawić się na swoich własnych komediach – głoszą komunały. Jeśli są prawdziwe, to stopień mojego wynarodowienia jest większy niż zawsze myślałem – nic w ostatnich latach nie bawiło mnie mniej niż polskie komedie. Chyba że polskie kabarety. Te dwie formy rozrywki skutecznie – oddajmy im to – gromadzące miliony rodaków przed ekranami kin i telewizorów wydają mi się wyłącznie wyścigiem na dno nieśmiesznej żenady.
O ile w latach dziewięćdziesiątych można było dostrzec pewien knajacki komiczny witalizm w pierwszych komediach Olafa Lubaszenki czy ślad dawnej formy w filmach Juliusza Machulskiego (u niego jeszcze nawet w „Superprodukcji” z 2002 roku), o tyle od pewnego czasu standardy rodzimej komedii zaczęły wyznaczać takie tytuły  jak „Testosteron” czy „Nie kłam kochanie”, a określenie „polska komedia” zaczęło być dla mnie wyłącznie znakiem ostrzegawczym. Żywiłem przez moment nadzieję, że wraz z „Kac Wawą” formuła ta tak mocno wyrżnęła o dno, że w końcu musi się od niego odbić. Dotąd nic jednak nie wskazywało na takie odbicie.
 „Kebab i Horoskop”, debiut Grzegorza Jaroszuka, pokazany w zeszłym roku w Gdyni i Karlowych Warach, może być jego pierwszym znakiem. Jaroszuk oferuje w polskiej komedii zupełnie nową jakość: żadnej mizoginii, bulwarowej fabuły, farsowych chwytów czy min Tomasza Karolaka. Dominujący sposób podawania dowcipu w naszym kinie przypominał styl rubasznego wujaszka z wąsem, któremu na imieninach u cioci kolejny kieliszek zaczyna iść w czub, natomiast humor „Kebaba i Horoskopa” jest wyciszony, spokojny. Żart podaje się tutaj w skupieniu, ciszy, z kamienną twarzą, rzuca się go przez półprzymknięte usta. Puenty nie są wbijane nam do głowy młotkiem, często są zawieszone, niedopowiedziane, pozostawione domysłowi widza.
Humor filmu Jaroszuka jest też dość absurdalny, tak jak cała sytuacja wyjściowa fabuły. Sprzedawca kebabów (Bartłomiej Topa) pod wpływem lektury swojego horoskopu w gazecie rzuca robotę, której od dawna miał dość. Akurat ostatniego dnia jego pracy do lokalu przychodzi także wyrzucony z roboty dziennikarz (Piotr Żurawski) – autor brzemiennego w skutki dla Kebaba horoskopu, który – jak przyznaje – zmyślił, jak zresztą wszystkie inne. Ta dwójka potrzebuje teraz pilnie nowego zajęcia. Nie zastyga jednak w roszczeniowej postawie i dzielnie bierze sprawy w swoje ręce. Panowie wymyślają się na nowo, jako doradcy biznesowi. Nie mają do tego żadnych kwalifikacji? Jasne, że nie, ale jak wiemy postaci doradcy / trenera / terapeuty nie legitymizuje naprawdę nic innego poza nim samym i jego / jej zdolnością do wejścia w rolę „podmiotu założonej wiedzy”.
Trzeba też, gdy występuje się w owej roli, znaleźć kogoś, kto rzeczywiście założy, że rzeczoną wiedzę posiadamy. Nasi bohaterowie znajdują takie osoby wśród personelu sklepu z dywanami. Interes nie idzie dobrze, grozi mu zamknięcie i wypadnięcie z rynku. Dywany się nie sprzedają, klientów brak. Właściciel i jego pracownicy gotowi są uwierzyć każdemu, kto sprzeda im receptę na to, jak odnieść sukces.
Film Jaroszuka jest ciągiem luźnych skeczy przedstawiających szkolenie w sklepie i scenki z życia jego pracowników, stanowiących niezwykłą galerię osobowości. Wszystkie one są konsekwentnie skonstruowane i świetnie zagrane. Rewelacyjny jest zwłaszcza Tomasz Schuchardt w roli byłego kibica sportowego, który z rozpaczy nad klęskami polskiej reprezentacji piłkarskiej porzucił swoje ukochane niegdyś – ba! definiujące całą jego tożsamość – hobby. Świetną kreację tworzy także Piotr Żurawski, tytułowy Horoskop. Aktor ten w Gdyni błysnął również wyrazistą rolą w słabym poza tym „Arbitrze uwagi” i na pewno warto przyglądać mu się w najbliższych latach.
Czyżby więc w końcu pierwsza od lat udana polska komedia? Niestety, nie mogę tego z pełnym przekonaniem napisać. Mam bowiem z „Kebabem i Horoskopem” dwa problemy. Pierwszy z jego strukturą. Nie przeszkadza mi luźny dramaturgicznie charakter filmu, dość epizodyczna struktura, brak wyrazistej puenty zamykającej całość. Wręcz przeciwnie, mogłyby to być zalety. Rozumiem też, że poziom wszystkich epizodów nie może być równy, że mogą trafić się też mniej śmieszne. Twórcom jednak nie starczyło energii, by utrzymać nasze zainteresowanie tym, co dzieje się na ekranie przez godzinę i niepełny kwadrans, jakie trwa film (co i tak nie jest długo, jak na pełny metraż). Zbyt szybko rozpoznajemy formułę, zbyt prędko staje się ona przewidywalna i męcząca. Pojawia się znużenie. W ciemno kupiłbym „Kebaba…” jako youtubową serię skeczy, w przypadku filmu kinowego mam spore wątpliwości.
Druga wątpliwość dotyczy tego, że choć film dotyka mitów i marzeń naszego kapitalizmu („wymyśl się na nowo; odmień swoje życie; przejdź na swoje”), to jest w tym wszystkim szalenie, ale to naprawdę szalenie grzeczny. Nie jest to tylko wina Jaroszuka. Jako narodowi brakuje nam w ostatnich latach odwagi komicznej. Zdolności do idącego z samych trzewi bezczelnego, przewrotnego, cynicznego, szwejkowskiego śmiechu, zdolnego strącać z cokołów świętości i rzucać wyzwanie istniejącym hegemoniom. Odwrotnie, jeśli humor bywał u nas wulgarny, to tylko w służbie istniejących hegemonii – atakował kobiety, mniejszości, imigrantów itd. (…)
Jakub Majmurek, Kebab i Horoskop, „Kino” 2015, nr 02, s. 66-67