07 02 2013 dkf mini

„WITAJ W KLUBIE” 05.05.2014 19.00 117 MIN
„MOLIER NA ROWERZE” 12.05.2014 19.00 104 MIN
„MATTERHORN” 19.05.2014 19.00 88 MIN
„MĘŻCZYZNA PRAWIE IDEALNY” 26.05.2014 19.00 80 MIN

„WITAJ W KLUBIE”

28 04 2014 dkf1

Reżyseria -JEAN-MARC VALLÉE

Ron żyje z dnia na dzień. Pali jak smok, lubi bourbon, kobiety i rodeo. Nic ponad szybkie i proste przyjemności. Wiadomość o tym, że jest nosicielem wirusa HIV to dla niego szokujący wyrok, z którym nie chce się pogodzić. Tym bardziej, że w jego środowisku ta choroba kojarzy się wyłącznie z homoseksualistami, a on nim nie jest. Jedzie do Meksyku, z którego zamierza szmuglować zakazane w USA leki. Po powrocie niespodziewanie zdobywa sojusznika w osobie queerowego transseksualisty Rayona – „Leto jest wprost cudowny jako ekscentryczny bohater drugoplanowy” (Hollywood Reporter). Ten pozornie niedobrany duet wspólnie zaczyna prowadzić klub, w którym inni szukają ratunku.
W pierwszych scenach, rozpoczętych amerykańską flagą powiewającą na rodeo, widzimy go zabawiającego się z prostytutkami. Potem naciąga na kasę kolegów i zwiewa. Ron Woodroof to człowiek, który potrafi wydymać wszystkich. Nie cacka się z życiem: pali jak smok, wciąga kilometry koki, popijając burbonem. Tylko jakiś taki chuderlawy, jak na rasowego „rednecka” (Matthew McConaughey schudł do tej roli 17 kg). Kiedy budzi się wycieńczony w szpitalu, dowiaduje się, dlaczego – znajduje się w ostatnim stadium AIDS. Ron neguje diagnozę. Przecież „nie jest pedałem” jak Rock Hudson, który – mamy czerwiec roku 1985 – staje się właśnie twarzą AIDS. Czytając w gazecie o paryskiej terapii aktora, kowboje mylą go zresztą z Carym Grantem i przypisują mu rolę w „Północ, północny zachód”.
Organizm szybko udowadnia Ronowi, że należy do tego samego klubu, co Hudson i zajmująca w szpitalu sąsiednie łóżko transseksualna Rayon – to klub chodzących nieboszczyków. W latach 80. nie istnieją jeszcze bowiem skuteczne leki na AIDS, a chorzy stanowią poligon doświadczalny (ciekawie opowiadał o tym okresie dokument Davida France’a „How to Survive a Plague”, nominowany w zeszłym roku do Oscara). Choć w pierwszej fazie epidemii najmocniej ucierpiała społeczność homoseksualna (wirusa nazywano początkowo zespołem niedoboru odporności gejów), podczas bibliotecznej kwerendy Ron odkrywa, że w grupie ryzyka są także narkomani i dziwkarze – z nimi już dużo łatwiej mu się utożsamić. „Witaj w klubie” to jednak nie moralitet. Nawet jeśli Ron początkowo wydaje się postacią raczej paskudną, choroba nie jest karą za złe życie. Cierpienie nie uszlachetnia, z uprzedzeń leczą bohatera raczej wiedza i spryt. Życie chorych odmienia nie pokora, ale bunt przeciwko obowiązującym praktykom medycznym – bezdusznym wytycznym państwa i koncernów farmaceutycznych. Niezgoda na bierne poddanie się wyrokom instytucji, zajętych bardziej procedurami niż pomocą, staje się dla zarażonych wybawieniem. Oczywiście bunt musi zostać spieniężony. Wyglądający niemal jak para z „Gnijącej panny młodej” Ron z Rayon zakładają biznes, w którym zarabiają na dystrybucji na wpół legalnych leków.
Tak oto film staje się nie tylko apoteozą samopomocy, ale także prywatnej inicjatywy, przedsiębiorczości, odpowiedzialności za własny los – w tym sensie bliski jest ideałom republikańskim. Jesteśmy przecież w Dallas, sercu konserwatywnego Teksasu (w filmie „gra” go Luizjana), mieście zamachu na Kennedy’ego, gdzie dzierży się broń, ujeżdża byki i laski. „Witaj w klubie” rozpięte zostaje miedzy tradycyjnymi amerykańskimi wartościami a nowoczesną obroną wykluczonych. Podobne napięcia często pojawiają się w filmach Kanadyjczyka Jean-Marca Vallée, który zrealizował uprzednio „Młodą Wiktorię” o angielskiej królowej (tytuł brzmiał jak oksymoron) czy „C.R.A.Z.Y.”, gdzie przeciwstawiał syna – wyznawcę Davida Bowie – nucącemu Patsy Cline ojcu. Motyw obsesyjnego „fanostwa” powraca zresztą i tym razem w postaci uwielbienia, jakim Marca Bolana darzy Rayon. Interpretujący ją Jared Leto stworzył tu swoją najważniejszą od czasu „Requiem dla snu” rolę, która mimo to pozostaje tylko bladym tłem dla popisu McConaugheya. „Witaj w klubie” stanowi ukoronowanie jego przemiany z terminującego latami w „rom-komach” Apolla z sąsiedztwa w charyzmatycznego aktora dramatycznego występującego u Scorsese, Danielsa czy Soderbergha.
Swoją drogą, kto jeszcze niedawno uwierzyłby, że Leto czy McConaughey mogą w ogóle stanąć do oscarowej walki? Ich efektowne, lecz nie przeszarżowane role, sfilmowane ze smakiem przez Yvesa Bélangera (wcześniej robił zdjęcia choćby do „Na zawsze Laurence” Xaviera Dolana) windują film wysoko ponad standardową czułostkowość opowieści o ofiarach AIDS i każą go postawić obok tak ważnych tytułów jak „Filadelfia” Jonathana Demme’a, „Świadkowie” André Téchiné czy „Anioły w Ameryce” Mike’a Nicholsa.
Dzieje się tak także dlatego, że reżyser inteligentnie gra z widzem. Gdy dowiadujemy się, że bohaterowi pozostało 30 dni życia, zaczyna odliczanie, jednak tylko po to, by udowodnić, że na Rona nie ma mocnych. Cały czas zastanawiamy się również, czy przemiana egoisty i homofoba we współczującego społecznika jest autentyczna. A może Ron, napędzany desperacją i żądzą zysku, bezwzględnie wykorzystuje dotkniętą zarazą wspólnotę gejowską? Ostatecznie jednak intencje nie mają znaczenia, liczy się efekt. Vallée pokazuje, że kapitalistyczna żyłka wyrasta wprost z instynktu przetrwania i nie musi kłócić się z pochwałą różnorodności i zwyczajną przyzwoitością. Może wręcz – to naprawdę optymistyczne – stać się do nich drogą. Adam Kruk, Witaj w klubie, „Kino” 2014, nr 03, s. 79

„MOLIER NA ROWERZE”

28 04 2014 dkf2

Reżyseria Philippe Le Guay

Popularny telewizyjny gwiazdor Gauthier Valence (Lambert Wilson) wyrusza w podróż pociągiem na tajemniczą francuską wyspę Ré. Ma do wykonania specjalną misję. Chce przekonać starego przyjaciela aktora Serge’a Tanneura (Fabrice Luchini) do powrotu na teatralną scenę w tytułowej roli w spektaklu Mizantrop Moliera. Zadanie nie jest proste, bo Tanneur, znany kiedyś aktor komediowy, trzy lata temu porzucił teatr, wycofał się ze świata i zamieszkał w rozpadającym się domu, przekazanym w spadku przez wuja. Stał się typowym mizantropem, a w dodatku nie chce wracać do przeszłości, ma dosyć aktorstwa i pali wszystkie scenariusze, które tylko dostanie.
Valence nie daje za wygraną. Jest przekonany, że Tanneur idealnie pasuje do roli Alcesta i postanawia zrobić wszystko, aby ten zagrał w przedstawieniu. Namawia przyjaciela na pięciodniowe próby, w których trakcie ma on podjąć ostateczną decyzję. Okazuje się, że nie jest to wcale takie proste. Początkowo próby idą całkiem dobrze, szczególnie, że w okolicy pojawia się tajemnicza włoska rozwódka Francesca (Maya Sansa) i aktorka porno Zoé (Laure Bordesoules). Z czasem jednak Tanneur i Valence zaczynają dostrzegać istniejące między nimi różnice, których wcale nie niwelują wspólne wycieczki na rowerze. Valence gra z celebrycką manierą, a Tanneur jest pedantycznym miłośnikiem klasycznego aktorstwa. Rozdarci między przyjemnością ze wspólnego grania a brutalną rywalizacją, obaj przyjaciele prowokują siebie nawzajem, doprowadzając próby do granic wytrzymałości. Czy Valence wygra, a wielki aktor Tanneur w końcu wyjdzie z cienia? (…) Czy Gauthier Valence (Lambert Wilson) – główny bohater „Moliera na rowerze” – jest współczesnym Alcestem? Artystą z ambicjami sprzedającym się salonom, którymi gardzi, ale które go jednocześnie fascynują? Najnowszy film Philippe’a Le Guaya, choć głęboko zakorzeniony w tradycji, boleśnie wbija nóż w kręgosłup współczesnej sceny artystycznej – w świat zamieszkany przez artystów z przerośniętym ego oraz showmenów rumieniących się ze wstydu na myśl o własnych rolach. Jako że „Molier na rowerze” i „Mizantrop” są jak dwa podobne obrazki, różniące się okolicznościami historycznymi, film Le Guaya to również opowieść o szorstkiej męskiej przyjaźni – w oryginale między Alcestem a Filintem, na ekranie między aktorami, z których jeden odnosi pozorne sukcesy, drugi zaś walczy z autentyczną depresją.(…)
Powody, jakimi kieruje się Gauthier, Le Guay odsłania przed nami stopniowo. Pozwala widzom szukać logiki w niejednoznacznym zachowaniu obu mężczyzn oraz sensu w dziwacznej grze o władzę, jaką ze sobą toczą. Przemyśleniom można oddawać się do woli, bo z rytmu nie wybijają nas komiczne sytuacje. Reżyser zabawnych „Kobiet z 6. piętra” (2010) tym razem siłuje się z gatunkiem, jakby stanął z nim do potyczki na rękę. Chwilami szala zwycięstwa przechyla się na jego stronę, ale ogólny wynik pozostaje bez zmian. „Molier…” nie jest śmieszny, gagi sprawiają wrażenie wymuszonych, a jedyna radość może płynąć z obserwacji serii wzlotów i upadków, na jaką skazana jest próba reanimacji przyjaźni po latach. Le Guay, któremu nie wyszła realizacja niefrasobliwej komedii obyczajowej, nakręcił jednak film nieźle oddający charakter Molierowskiej satyry. Podobnie jak w „Mizantropie”, mamy w nim jasne odniesienie do paryskich salonów – dziś świata showbiznesu, w którym sukces ogłasza się na podstawie liczby widzów gromadzących się przed telewizorami podczas emisji telenowel. Gwiazdą jednej z nich jest Gauthier.
Czy to właśnie poczucie, że sprzedał talent za garść dolarów, skłania bohatera do rozpoczęcia prób nad spektaklem Moliera? Tak jak do dawnych ambicji, Gauthier wraca też do dawnej znajomości z mizantropem Sergem. Ale rozwój ich relacji sprawia, że zacierają się granice między postaciami. Kto jest mizantropem, a kto tylko go odgrywa? Który z nich jest mistrzem ceremonii zabawiającym się kosztem drugiego? Kto powinien zagrać Alcesta, a kto lepiej wypadnie w roli Filinta? Reżyser nieźle wybrnął z tego zamieszania. W czasie domowych prób pozwolił Serge’owi i Gauthierowi sprawdzać się w różnych rolach. I dzięki temu nawzajem się oświetlać. Badać swoje mocne strony i analizować słabości.
Z drugiej jednak strony owe powtarzające się próby czytane są też jedną z bolączek filmu. Tekst „Mizantropa” może sprawiać problem nie tylko recytującym go aktorom, ale i widzom zmuszonym do słuchania dialogów mówionych wierszem. Mimo wszystko, „Molier na rowerze” jest ciekawą próbą szukania analogii między przeszłością a teraźniejszością. I próbą odpowiedzi na pytanie, jak radzić sobie z poczuciem, że talent, dawniej karmiący się ideałami, dziś można już tylko rozmieniać na drobne. Anna Bielak, Molier na rowerze, „Kino” 2014, nr 01, s. 79


„MATTERHORN”

28 04 2014 dkf3

Reżyseria Diederika Ebbinge

Debiutancka komedia Diederika Ebbinge nie ulega prostym, rozrywkowym szablonom. Postać Freda choć przerysowana nie jest schematyczna. Świetne aktorstwo Tona Kasa dało jej życie i pozwoliło wiarygodnie ukazać jej przemianę. Zabawne sceny przełamywania się przeciwieństw Freda i Theo, ich wspólne zabawy z dziećmi, kłótnie i nieporozumienia, podszyte są sentymentalną melancholią – pozwalają widzowi jednocześnie śmiać się i szczerze wzruszać. To piękny film o samotności, religijności, hipokryzji, w końcu o męskiej przyjaźni, rzadki we współczesnym kinie. Scenom towarzyszy muzyka Jana Sebastiana Bacha, nadająca im prawdziwie niebiański wymiar.
(…) Centralna postać pełnometrażowego reżyserskiego debiutu holenderskiego aktora Diedrika Ebbinge jest bardzo specyficzna. Grany przez Tona Kasa lakoniczny, pedantyczny wdowiec to dewocyjny protestant Fred, żyjący w rytmie obowiązków i zegara wybijającego godziny ustalone dla poszczególnych czynności. Mieszka w małej, geometrycznie zabudowanej mieścinie, gdzieś pośród niderlandzkich pól. Ma na pieńku z sąsiadem, którego idealnie zaczesane na bok, utrwalone brylantyną włosy wskazują na podobne zamiłowanie do symetrii. Fred posiłek zawsze poprzedza odmawianą w skupieniu modlitwą, a piękna żona i syn o głosie anioła obecni są w jego życiu tylko na zdjęciach i starych kasetach magnetofonowych. Widz wie, że gdzieś pod całą tą sztywną fasadą kryją się tęsknoty i pragnienia, ale na pierwszy rzut oka bohater jest równie sterylny, chłodny i nudny, jak jego dom. Pewnego dnia w jego życie wkracza Theo (René van ‚t Hof), introwertyczny, umysłowo upośledzony ekscentryk, mężczyzna postrzegający świat bez filtrów narzuconych przez kulturę i społeczeństwo. Theo nie rozumie, co wolno, co należy, co jest niegrzeczne, a co zakrawa na herezję. Nie dzieli ubrań na męskie i żeńskie, zachowań na dorosłe i dziecięce. Jest bezbronny, łagodny, ufny. Ma bardzo bliski kontakt ze zwierzętami, z którymi zdaje się rozumieć bez słów. Fred przygarnie tego porozumiewającego się monosylabami rozbitka. Ich związek stanie się szybko poligonem doświadczalnym, na którym Fred będzie miał szansę odtworzyć relacje, które w przeszłości zniszczył, postępując według narzuconych przez religię i społeczeństwo nakazów. Mężczyzna zacznie „wychowywać” Thea i wkrótce odkryje w sobie dawno zapomniane pokłady czułości, wyrozumiałość, a nawet cień poczucia humoru. Gdy konserwatywni sąsiedzi zaatakują go za niezrozumiałą dla nich, a więc na pewno bezbożną (czytaj: homoseksualną) relację, przypomni sobie także, co znaczy stawać w obronie słabszego i walczyć o samego siebie. Gdzieś na horyzoncie fabularnych wydarzeń majaczyć będzie wciąż sylwetka Matterhornu – góry, która symbolizuje dla Freda nie tylko dawno utraconą piękną przeszłość, ale i konieczną dla budowania przyszłości odwagę. „Matterhorn” zdobył jak dotąd już dwie nagrody publiczności (na festiwalach w Moskwie i Rotterdamie) i ma wszelkie szanse, by zdobyć także serca polskich widzów. Ogromna w tym zasługa dwójki głównych bohaterów – Kas i van ‚t Hof unikają pułapki karykatury i tworzą na ekranie duet rozbrajający w swej kuriozalności, zabawny, ale i wzruszający. Film dystrybuowany jest jako komedia i rzeczywiście do tego gatunku chyba mu najbliżej. Jednak lawirowanie pomiędzy emocjonalnymi tonacjami bywa niekiedy dla widza konfundujące. Ebbinge zaczyna poważnie, sucho, a potem bez przygotowania wprowadza coraz więcej elementów groteski, absurdu, coraz grubszą kreską szkicuje kolejne sytuacje. Czasami nie wiadomo, kiedy śmiać się z bohaterów, a kiedy razem z nimi płakać. Na szczęście to niezdecydowanie nie osłabia przesłania głoszącego otwartość i tolerancję. A także postulującego, byśmy wprowadzili do swojego życia odrobinę autoironii i dystansu. W piłkę nożną w sukience? Dlaczego nie! Anna Tatarska, Matterhorn, „Kino” 2014, nr 02, s. 80

 

„MĘŻCZYZNA PRAWIE IDEALNY”

28 04 2014 dkf4

Reżyseria Martin Lund

Henrik i Tone bardzo się kochają. Ich związek właśnie wkracza w nową fazę. Niedawno wprowadzili się do nowego mieszkania, kupili niezły samochód, a przede wszystkim spodziewają się pierwszego dziecka. Ale 35-letni Henrik przechodzi kryzys tożsamości. Z jednej strony, chce ignorować dorosłość i spędzać czas na wygłupach z przyjaciółmi. Z drugiej – musi wreszcie stać się mężczyzną i zadbać o Tone i dziecko. Niezdolność do wyrażania własnych emocji, a zwłaszcza nieumiejętność ich komunikowania, prowadzi Henrika do dziecinnego buntu, który staje się zagrożeniem dla jego relacji z Tone. Czy ten prawie mężczyzna wreszcie dojrzeje, czy też jego związek się rozpadnie? Film Martina Lunda w przezabawny sposób przedstawia długą drogę wiecznego Piotrusia Pana ku dojrzałości, mówiąc o tym, jak trudne dla niektórych osób jest zmierzenie się z perspektywą dorastania. Henrik Rafaelsen (Henrik) i Janne Heltberg (Tone) portretują swoich bohaterów w sposób jednocześnie śmieszny i wzruszający. Ta niekonwencjonalna komedia została doceniona na 47. MFF w Karlowych Warach w 2012 roku, zasłużenie zdobywając Kryształowy Glob dla najlepszego filmu. Henrik i Tone są kochającą się parą po trzydziestce. Ich życie powoli się stabilizuje: spodziewają się dziecka, właśnie wprowadzili się do nowego domu, mają dobrą pracę i samochód. Idealnie? Nie do końca. Reżyser filmu, Martin Lund, kontrastuje związek głównych bohaterów z resztą otoczenia. Udaje mu się wiarygodnie pokazać łączące dwoje ludzi uczucia: kamera bez pośpiechu rejestruje codzienność zakochanych, dostrzega w zwyczajności urok i ciepło – porozumiewawcze spojrzenia, czułe żarty i powiedzonka, spontaniczne wygłupy, w końcu – sprzeczki i kłótnie podszyte nadzieją na szybkie pogodzenie. Tymczasem obok trwa ugrzeczniony światek, w którym trzeba zadowolić się powierzchownymi relacjami: światek nudnych służbowych wyjazdów, korporacyjnej anonimowości, kurtuazyjnych pogawędek prowadzonych przy akompaniamencie melodii miłych i banalnych. Henrik różnymi sposobami próbuje zakłócić ten porządek. Wprowadza w konsternację otoczenie absurdalnym poczuciem humoru. Jest bezpośredni, nawet bezczelny – jego zachowanie wykracza poza zasady savoir-vivre’u, bywa, że stanowi nawet zagrożenie. A jednocześnie wszystko zostaje Henrikowi wybaczone – pominięte milczeniem lub, jeśli wierzyć deklaracjom, puszczone w niepamięć. Wyrozumiałość Tone jest jeszcze do przyjęcia, ale reakcje obcych ludzi niepokoją; zdaje się, że nie wynikają one z przyjacielskiej potrzeby załagodzenia konfliktu, tylko z wygodnictwa i obojętności. Prowokacje Henrika wydają się skazane na porażkę w warunkach, w których panuje nieustająca uprzejmość. Ale stopniowo sposób bycia demonstrowany przez bohatera zaczyna irytować, a on sam coraz bardziej się kompromituje. Zadajemy sobie pytanie, czemu się tak naprawdę sprzeciwia i co ma do zaoferowania w zamian? Czy przywdziewanie masek i lekceważenie norm nie jest po prostu błazenadą? Czy może Henrik zwyczajnie boi się nowej roli, roli ojca, i chce się jeszcze zabawić? Może jego chwilami ujmujący ekscentryzm to zwykła niedojrzałość, a ludzie traktują go pobłażliwie, jak nieszkodliwego smarkacza? Film nagrodzono Kryształowym Globem na Festiwalu w Karlowych Warach. Chociaż „Mężczyzna prawie idealny” nie jest odkrywczy, reżyser wcale do tego nie aspiruje: świadomie sięga po klisze, którymi odruchowo tłumaczylibyśmy zachowania Henrika i ironicznie te sceny puentuje, dość stereotypowo przedstawia współczesne społeczeństwo, ale nie opuszcza go poczucie humoru i zręcznie stopniuje napięcie. Nagrodę dla najlepszego aktora otrzymał odtwórca głównej roli Henrik Rafaelsen. Oszczędnymi środkami tworzy przekonujący portret człowieka, który dopiero dojrzewa – usprawiedliwia swoje wybryki, obracając je w nic nieznaczący żart. W jego zachowaniu dostrzec można jednak smutek. Żal, który towarzyszy odchodzącej beztrosce, lęk przed przyszłością. Trafne byłoby zatem przetłumaczyć tytuł jako „Prawie mężczyzna”, sugeruje on bowiem, że do bycia mężczyzną trzeba dorosnąć – tak jak trzeba dorosnąć do miłości. Bo film opowiada także o związku dwojga ludzi; o wzajemnym docieraniu, cierpliwym byciu z drugą osobą. Mimo wad i słabości Henrika, reżyser darzy bohatera sympatią. Nie demonizuje też otoczenia. Dowcipnie pokazuje, że protesty – czy to przeciwko rutynie, czy przeciw wejściu w rolę odpowiedzialnej głowy rodziny – bywają trochę niezdarne, karykaturalne. Dojrzewanie obfituje we wstydliwe potknięcia, a na przysłowiowych błędach człowiek rzadko się uczy. Jednocześnie chce się wierzyć, że bohaterowie sobie poradzą, że Tone będzie wspierać Henrika, a on jej nie zawiedzie. Bowiem wierząc w nich, pocieszamy samych siebie. W końcu kogoś nam Henrik przypomina. Dominika Bierczyńska, Mężczyzna prawie idealny, „Kino” 2014, nr 02, s. 83