18 12 2012 misjonarze

Czasem słyszymy o literackich talentach, które bez wsparcia ze strony dużych wydawnictw osiągają wielkie sukcesy, choćby w księgarni Amazon. Najczęściej te doniesienia dotyczą autorów amerykańskich i brytyjskich. Ale czy mamy takie talenty w Polsce? Czy mamy pisarzy, którzy bez recenzji w popularnych mediach, bez wielkiej dystrybucji, a jedynie przy wsparciu czytelników sprzedają tysiące egzemplarzy swoich książek? Tak! Przykładem jest Władysław Zdanowicz, mieszkaniec Kwidzynia, który bez pomocy wydawnictw sprzedaje więcej książek niż wielu innych pisarzy.

Za Władysławem Zdanowiczem nie stoją duże wydawnictwa, o jego książkach rzadko piszą recenzenci modnych magazynów. Wystarczyła jednak poczta pantoflowa, aby jego książki wydane własnym sumptem, w ciągu pięciu lat sprzedały się w ponad ośmiu tysiącach egzemplarzy, a ich czytelnicy stworzyli grupę fanów, jakiej nie powstydziłby się żaden pisarz z głównego obiegu.

18 12 2012 wladyslaw zdanowicz

Nie każdy wie, że w Polsce istnieją dwa obiegi literatury. Pierwszy, oficjalny, to ten, za którym stoją wielkie wydawnictwa, utrzymujące dobre relacje z redakcjami najważniejszych dzienników i czasopism. Drugi obieg tworzą pasjonaci, którzy sami biorą sprawy w swoje ręce i wykładają własne pieniądze, by wydawać swoje książki. Podejmują ryzyko literackie (nie wiedzą przecież, czy ich książki komukolwiek się spodobają) oraz finansowe (angażują sporo pieniędzy, bez pewności, że interes zwróci się chociaż częściowo). Sukces lub porażka zależy od tego, czy książka sama się obroni, bo w tym wypadku wyrocznią stają się nie prasowi recenzenci, ale sami czytelnicy.

Władysław Zdanowicz jest autorem wydanego w 1990 roku przez SW Czytelnik kryminału „Koszta własne”. Choć książka spotkała się z dużym zainteresowaniem (wówczas rzadko się zdarzało, by kryminalne zagadki rozwikływały kobiety), autor nie zdecydował się na kontynuację przygód porucznik Ewy Olszewskiej. Można powiedzieć, że zamilkł na kilkanaście lat, do czasu, aż… wybrał się na ryby.

Wędkowanie zakończone misją

− Zostałem zaproszony na męskie spotkanie połączone z łowieniem ryb, choć akurat ja wędkarzem nie jestem – opowiada Zdanowicz. − Okazało się, że większość obecnych to tzw. „misjonarze”, czyli żołnierze, którzy byli na misji w Iraku. Gdy zaczęli opowiadać o swoich doświadczeniach, mało to miało wspólnego z obrazem, jaki przedstawiały media. Gdy w końcu powiedziałem, że to wszystko warte jest opisania, usłyszałem, że po to właśnie zostałem zaproszony.

Temat tak bardzo autora pochłonął, że już dwa tygodnie później opublikował dwa pierwsze rozdziały książki na Niezależnym Forum o Wojsku. Wtedy posypała się prawdziwa lawina. Żołnierze zaczęli zasypywać Zdanowicza opisami własnych doświadczeń, jakże mocno odbiegającymi od tych prezentowanych oficjalnie. Choć te opowieści były momentami przerażające, przedstawienie jedynie ich mrocznej strony nie wchodziło w rachubę.

− Zabierając się do pisania książki, odwiedziłem jednego z rannych, aby wysłuchać jego historii i przy okazji odbyłem długą rozmowę z panią psycholog wojskową. To ona zwróciła mi uwagę, że jeśli nowo powstająca książka będzie opisywała wyłącznie stres działań podczas misji wojskowej, to u tych czytelników, którzy w niej uczestniczyli będzie potęgować zespół stresu pourazowego. To ona oraz ranny weteran nakierowali mnie, aby moja książka była pełna wojskowego humoru – opowiada Zdanowicz.

Leńczyk, czyli polski Szwejk

Tak zrodziła się postać szeregowego Piotra Leńczyka, głównego bohatera trzech dotychczas wydanych tomów „Misjonarzy z Dywanowa”. Leńczyk nie bez kozery porównywany jest do dobrego wojaka Szwejka. Po części cwany, trochę gamoniowaty, przemądrzały i gadatliwy – wszystkich wokół traktuje jednakowo, bez względu na ich wojskowe stopnie. – Prawdomówny i szczery do bólu, a jednocześnie pechowiec, który zawsze pakuje się w kłopoty, po czym dziwnym trafem spada na cztery łapy – tak opisuje swego bohatera autor.

Postać niezdarnego żołnierza spodobała się czytelnikom. Dość powiedzieć, że obecnie grupa znajomych szeregowca Leńczyka na Facebooku liczy blisko 1000 osób. To po prostu zjawisko, jakie nie ma w Polsce precedensu! Wśród fanów Leńczyka są zarówno „misjonarze”, gospodynie domowe, jak i inni pisarze, być może zazdroszczący Zdanowiczowi sukcesu. Dziś przecież wynik 1000 sprzedanych egzemplarzy to standard, podczas gdy każda książka Zdanowicza sprzedaje się średnio w liczbie dwukrotnie większej.

Warto więc wspomnieć o samych książkach. „Misjonarze” to seria trzech powieści (a autor zapowiada kolejne) pokazujących różne aspekty misji pokojowej w Iraku, oglądanej z pozycji zwykłych żołnierzy. Ale to nie wszystkie książki o polskich misjach. Po pierwszym tomie „Pinky. Misjonarze z dywanowa”, wydawnictwo Branta wydało „Afganistan. Relacja BOR-owika” – powieść ukazującą wydarzenia w Kabulu z perspektywy pracownika służb ochrony ambasady i ambasadora.

− Jeśli chodzi o Afganistan, to otrzymałem notatki jednego z pracowników BOR-u, który stwierdził, że szkoda, aby taki materiał był zamknięty w jego biurku. Oczywiście, człowiek ten nie występuje w książce pod swoim nazwiskiem – dodaje Zdanowicz.

Istnieje również żywy, autentyczny pierwowzór szeregowego Leńczyka.

− Taka osoba rzeczywiście istnieje, choć bliższe prawdzie byłoby stwierdzenie, że szeregowy Leńczyk to kompilacja kilku osób i ich przeżyć w Iraku, bo w końcu trudno uwierzyć, aby jednej osobie w jednym czasie przydarzyło się tyle przygód – zauważa autor.

Czas na eksport?

Trzeci, ale nie ostatni tom z cyklu „Misjonarze z Dywanowa”, ukazał się na początku października, a Zdanowicz już otrzymuje pytania od niecierpliwych czytelników o wydanie kolejnych tomów. Dla fanów talentu autora nie stanowi przeszkody to, że jego książki łatwiej znaleźć w małych księgarniach współpracujących z hurtownią Azymut niż w tzw. „sieciówkach”. Ci, którzy od szelestu papieru wolą e-booki, zamawiają je bezpośrednio u autora. Przy okazji warto wspomnieć, że obszerne fragmenty powieści dostępne są na stronie internetowej www.wladyslaw-zdanowicz.com.pl.

− Moja książka dotarła na wszystkie kontynenty poza Arktyką – opowiada autor. − Zdziwiło mnie, że wśród zapalonych czytelników są zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Pisząc, spodziewałem się, że książki te bardziej zainteresują męskie grono.

Jak dotychczas, fanami książek Zdanowicza są wyłącznie Polacy, ale niedługo może się to zmienić. Już wkrótce książki o szeregowym Leńczyku pojawią się w wersji anglojęzycznej na Amazonie. Kto wie, czy Zdanowicz – tak bardzo ceniony przez czytelników, a tak często lekceważony przez „poważnych” recenzentów, nie stanie się polskim Johnem Lockem. Ten amerykański pisarz także publikował swoje książki sam i, choć wydawcy nie wróżyli mu wielkiego sukcesu, jak dotychczas sprzedał swe powieści w nakładzie ponad miliona egzemplarzy.

Z listów czytelników (fragmenty):

Misjonarze z Dywanowa sprawiają, że owszem śmieję się, jednak po krótkotrwałej radości przychodzi refleksja: skąd ja to wszystko znam? Niefrasobliwość, intryganctwo, ogólne rozmemłanie, tumiwisizm, korupcja, malwersacje, spychologia stosowana, głupota ocierająca się o śmiertelne zbrodnie. I wyjątkowa „wredota” ludzi teoretycznie mających służyć społeczeństwu. Wystarczy, że przejdę się do byle jakiego urzędu, instytucji, sklepu czy punktu usługowego, o służbie zdrowia nie wspominając. Tu, w cywilu, gdzie nie ma aż takiego zagrożenia, gdzie odpowiedzialność jest nieporównywalnie mniejsza, życie wygląda niemal dokładnie tak samo, jak w historii opowiedzianej przez Zdanowicza.

***

„Misjonarzy” przeczytała cała rodzina – wszyscy, których w najśmielszych marzeniach nie podejrzewałabym o takie zainteresowania. Na drugi tom czekałam już ze świadomością, że muszę go mieć, inaczej w mojej biblioteczce będzie brakowało czegoś ważnego. Tak samo jak poprzednio, musiałam walczyć z własnymi rodzicami o prawo do przeczytania go jako pierwsza.

***

Byłam na tyle nierozważna i głupia, że kupiłam dla swego męża Pańską książkę pt. „Pinky” czy jakoś tak. I chciałam od razu zaznaczyć, że nigdy więcej tego nie zrobię! Ja rozumiem, że Pan nie odpowiada za czytających Pańskie książki, ale ja na trzy dni straciłem męża i ojca naszego dziecka. Jak tylko otrzymał ją po kolacji, to przepadł. Nie pomógł mi podczas kąpieli dziecka, bo rżał na kanapie, jak jakiś nawalony dzieciuch. Nie przyszedł do łóżka, bo musiał skończyć rozdział, a jak już przyszedł, to nie zainteresował się swoją żoną, tylko nadal prychał, kopał nogami i rżał jak jakiś głupi.

***

(…) nie przypuszczałem, ze ktoś jeszcze w Polsce potrafi tak pisać. Jak dla mnie – w wersji fabularnej i narracyjnej – książka stanowi z jednej strony doskonałe odwołanie do najlepszych tradycji polskiej literatury, poprzez potoczystość i soczystość języka oraz sposób kreowania obrazów, z drugiej zaś – jest przykładem literatury nowoczesnej, rzekłbym europejskiej (…)

***

Przeczytałem obie części „Misjonarzy”, na zmianę śmiałem się z przygód Leńczyka i wkurzałem na masę „debilizmów” panujących w naszej armii. Jestem tegorocznym maturzystą, a książka bardzo mi się podobała, więc użyłem jej do prezentacji maturalnej. Miałem temat „Motyw wojny w literaturze staropolskiej i współczesnej. Omów temat na podstawie dwóch utworów literackich”. Pana książkę zestawiłem z „Odprawą posłów greckich” Kochanowskiego. Dzięki Misjonarzom dostałem 20 punktów na 20 możliwych.