
KIEDY NADCHODZI JESIEŃ – seans DKF Powiększenie
28 kwietnia (poniedziałek), godz. 19:00 – 109 min
Poetycka nastrojowa opowieść o sile rodzinnych relacji. Akcja rozgrywa się w malowniczym burgundzkim miasteczku i jesiennym lesie. Historia z początku wydaje się spokojna, ale skrywa w sobie niejedną tajemnicę.
Nagroda Jury – Najlepszy scenariusz François Ozon, Philippe Piazzo
Srebrna Muszla – Najlepszy drugoplanowy występ aktorski Pierre Lottin
REALIZACJA | OBSADA |
Reżyseria – François OzonScenariusz – François Ozon, Philippe PiazzoZdjęcia – Jérôme AlmérasMuzyka – Evgueni Galperine, Sacha GalperineMontaż – Anita RothScenografia – Christelle MaisonneuveKostiumy – Pascaline ChavanneDźwięk – Jean-Paul Hurier,Brigitte Taillandier | Hélène Vincent – MichelleJosiane Balasko – Marie-ClaudeLudivine Sagnier – ValériePierre Lottin – VincentGarlan Erlos – LucasSophie Guillemin – Kapitan policjiMalik Zidi – Laurent |
O FILMIE
Michelle cieszy się spokojną emeryturą w burgundzkiej wiosce, gdzie na co dzień spędza czas ze swoją wieloletnią przyjaciółką Marie-Claude. Kiedy na wakacje przyjeżdżają z Paryża córka Valérie wraz z synem Lucasem, zestresowana ich wizytą seniorka serwuje jej trujące grzyby na lunch. Valérie szybko wraca do zdrowia, ale zabrania matce widywać się z wnukiem. Czując się samotna i winna, Michelle popada w depresję… aż do czasu, gdy syn jej przyjaciółki Marie-Claude wychodzi z więzienia… I tutaj dopiero zaczyna się gęsta akcja – jak to zazwyczaj bywa u Ozona…

Nowy film François Ozona nieprzypadkowo zaczyna się w kościele. Emerytka Michelle (Hélène Vincent) słucha uważnie słów ewangelii o Marii Magdalenie obmywającej stopy Jezusowi. Biblijny fragment okaże się kluczowy dla zrozumienia historii, którą opowiada francuski reżyser. Kwestie surowego oceniania innych i dawania im drugiej szansy wybrzmią donośnie nie tylko w losach bohaterki, ale i ludzi z jej otoczenia. „Kiedy nadchodzi jesień” staje się jednocześnie czułym portretem starości, w której dokonujemy życiowego bilansu, rozliczamy się ze swoich błędów i chcemy naprawiać rodzinne relacje. Ozon nie byłby jednak sobą, gdyby nie zamieszał trochę w scenariuszu. Jego wizja z początku wydaje się nad wyraz spokojna, delikatna i refleksyjna, ale skrywa parę tajemnic, dramatycznych epizodów i gatunkowych twistów. Ostatecznie film i tak ma właściwości kojące, bo twórca zaskakuje humanistycznym optymizmem.
Akcja rozgrywa się w okolicach małego miasteczka w Burgundii, gdzie samotnie mieszka Michelle. Od lat jej najlepszą przyjaciółką jest Marie-Claude (Josiane Balasko) – razem spacerują po lesie, zbierają grzyby i rozmawiają przy winie. Pewnego dnia główną bohaterkę odwiedzają córka Valerie (Ludivine Sagnier) i wnuczek Lucas (Garlan Erlos), ale jedna pomyłka sprawia, że chłodne relacje między kobietami jeszcze się pogarszają. Równocześnie z więzienia wychodzi Vincent (Pierre Lottin), syn Marie-Claude, i Michelle oferuje mu pracę w ogrodzie. Historie pięciu postaci w nieoczekiwany sposób zaczną na siebie wpływać, skutkując konfliktami, tragediami, ale i szansami na nowe otwarcie. Nic nie jest tu proste i z góry zapisane, bo Ozon powoli odkrywa karty i bawi się naszą skłonnością do (zbyt) szybkiego wyciągania wniosków.
Pierwsze sceny sugerują realistyczną opowieść o starszej kobiecie, która wiedzie dostatni i beztroski żywot na prowincji, jak większość francuskiej klasy średniej. Stopniowo dostrzegamy jednak rysy na szkle – Michelle odczuwa czasami gorzki smak samotności, nie najlepiej dogaduje się z córką i płaci cenę za dawne wybory. Z kolei Valerie jawi nam się najpierw jako roszczeniowa i niewdzięczna osoba, która chce od matki tylko pieniądze. Po drodze uświadamiamy sobie, że ma do niej uzasadniony żal i celowo ogranicza kontakty Lucasa z babcią. Ozon sprytnie ogrywa schematy mieszczańskich dramatów rodzinnych i obyczajowych, w których oglądamy zwykle jednostki bez moralnych skaz. „Kiedy nadchodzi jesień” dyskutuje choćby ze stereotypowym wizerunkiem niewinnej staruszki i opiekuńczej babci czy figurą syna marnotrawnego. Vincenta podejrzewamy o błyskawiczny powrót na złą ścieżkę, lecz młody mężczyzna okazuje się dość pokorny i napędzany szlachetnymi intencjami. Wszystkie portrety psychologiczne, które szkicuje reżyser, cechują się bowiem niejednoznacznością i głębią. Nawet skryty i wycofany Lucas będzie zadawał dorosłym niewygodne pytania i sprzeciwiał się ich decyzjom. Film generalnie przekonuje, że nasze wyobrażenia o rzeczywistości i relacjach międzyludzkich są często uproszczone i krzywdzące. Łatwo się wzajemnie obwiniamy, pomijając cudze motywacje i skomplikowany układ społeczno-ekonomicznych zależności. Łatwo także zaliczamy upadki, choć chcemy zmieniać świat na lepsze.
Historia meandruje w różne strony, zahaczając nawet o kryminał, ale francuski mistrz utrzymuje leniwe tempo i dużą subtelność. Scenariusz jak zwykle tworzy u niego wielopiętrową konstrukcję, z tym, że najważniejsi są bohaterowie, ich dylematy i więzi. „Kiedy nadchodzi jesień” przypomina trochę nastrojem i rytmem starsze dzieła Ozona – „Czas, który pozostał” i „5×2 pięć razy we dwoje„. Narracyjne i gatunkowe gry nie zasłaniają w nich emocjonalnego sedna i przyziemnych uniwersalnych problemów. Michelle, Marie-Claude, Valerie i Vincent pragną tak naprawdę tego samego – chcieliby żyć szczęśliwie, z czystą kartą, wolni od przeszłości, ciężaru społecznych sądów i oczekiwań. Główna bohaterka znajduje zresztą schronienie z dala od Paryża, wśród sielskich krajobrazów Burgundii, ale film nie mami, że kończą się tam jakiekolwiek zmartwienia. Choć zdjęcia Jérôme’a Almérasa wydobywają czyste piękno z jesiennej przyrody, stoją w kontrze do niedoskonałości wpisanej w egzystencję postaci. Muzyka braci Galperine łagodzi zaś liczne napięcia i rozrzedza wiszącą w powietrzu melancholię.
Sam tytuł odnosi się zarówno do konkretnej pory roku, jak i do utożsamienia jesieni ze starością i śmiercią. Ozon pierwszy raz oddaje tyle przestrzeni kobiecie w podeszłym wieku, a ma już na swoim koncie wiele wybitnych feministycznych obrazów. Nie znajdziemy tu ani prób idealizowania, ani obrzydzania emerytury; chodzi głównie o afirmację dojrzałej postawy, w której liczą się przebaczenie, bliskość, dbanie o rodzinę i własny komfort psychiczny. Michelle zebrała przez lata sporo gorzkich lekcji i bolesnych doświadczeń, więc teraz inaczej patrzy na zbłąkanych wędrowców takich jak Vincent. Walczy też o odzyskanie dobrego kontaktu z córką, bo nie wie, ile czasu jej zostało. Starość u Ozona nie oznacza tylko harmonijnej rutyny i błogiego odpoczynku. Wiąże się z ostateczną pracą nad sobą i dopinaniem nieskończonych projektów.
Mimo niewątpliwego uroku i mądrości film nie zasługuje wyłącznie na pochwały. Rozwój paru wątków wydaje się mało prawdopodobny, a wizje, które nawiedzają Michelle, budują niezamierzenie komiczny i sztuczny efekt. Na tle ostatnich osiągnięć Ozona (myślę zwłaszcza o „Peterze von Kancie„), „Kiedy nadchodzi jesień” wyróżnia się jednak bezpretensjonalnością i lekkością. W głównej roli błyszczy Hélène Vincent – weteranka francuskiego kina i teatru – która daje swojej bohaterce ogromne pokłady ciepła, ale i prawdziwego smutku. Owocną współpracę z reżyserem kontynuują również Ludivine Sagnier, Josiane Balasko i Pierre Lottin. U Ozona twarze, miejsca i sytuacje wydają się prawie zawsze znajome. Może dlatego tak bardzo lubimy wracać do jego filmowego królestwa. Zimą, wiosną, latem czy jesienią – nie ma znaczenia.
Wojciech Tutaj – Filmweb


