Oficjalny Portal Miasta Kwidzyna

„C’OMON C’OMON” – seans DKF Powiększenie

 

REALIZACJA
OBSADA
Reżyser – Mike Mills
Scenariusz – Mike Mills
Zdjęcia – Robbie Ryan
Muzyka – Aaron Dessner
Bryce Dessner
Montaż – Jennifer Vecchiarello
Scenografia – Katie Byron
Joaquin Phoenix – Johnny
Gaby Hoffmann – Viv
Woody Norman – Jesse
Scoot McNairy – Paul
Molly Webster – Roxanne
Jaboukie Young-White – Fern
Deborah Strang – Carol

 

O FILMIE

Wielki powrót Mike’a Millsa, twórcy niezapomnianych „Debiutantów”, a także Joaquina Phoenixa, który w „C’mon C’mon” zagrał swoją pierwszą od czasów „Jokera” rolę – zaskakując i całkowicie redefiniując swój wizerunek. Jego bohater Johnny, dziennikarz radiowy, uczy się uważnie słuchać, tworzyć trwałe więzi, naprawiać błędy przeszłości i… przytulać. Kameralny czarno-biały film Millsa buduje mosty między pokoleniami, dodaje otuchy i przykleja plastry na nasze najdotkliwsze rany. Phoenix wciela się w „C’mon C’mon” w nowojorskiego singla, który przemierza Amerykę z mikrofonem, pytając dzieciaki i młodzież o ich życie, marzenia, supermoce i plany na przyszłość. Po drodze reporter odwiedza mieszkającą w Los Angeles siostrę (Gaby Hoffmann), z którą nie rozmawiał od lat, a która teraz potrzebuje jego pomocy. Żeby wesprzeć ją w opiece nad dziewięcioletnim synkiem (Woody Norman), Johnny zabiera go ze sobą do Nowego Jorku. Wspólna podróż okaże się lekcją cierpliwości, odpowiedzialności i zwyczajnie: dorosłości, której dziennikarz dotąd unikał. C’mon C’mon to film zawieszony pomiędzy łzą a uśmiechem. Jedyny w swoim rodzaju, kinowy balsam na strapioną duszę z wybitną rolą Joaquina Phoenixa.

Jest w C’mon C’mon scena, w której Johnny (wybitny i po raz kolejny zmieniający zawodowe emploi Joaquin Phoenix) tłumaczy swojemu bratankowi, Jesse’emu (Woody Norman), sposób działania mikrofonu do nagrywania – w ocenie mężczyzny urządzenie pozwala uczynić dany dźwięk nieśmiertelnym. Wydaje się, że reżyser filmu, Mike Mills, autor rewelacyjnych Debiutantów, również chce własną ekranową historią zatrzymać czas, choć patrząc z tej perspektywy, najbliżej będzie tu chyba do zastygnięcia w konkretnej chwili czy momencie dziejów. Ta kameralna, słodko-gorzka w wydźwięku opowieść zupełnie niepostrzeżenie ewoluuje przed naszymi oczami w jedyną w swoim rodzaju konfrontację dwóch pokoleń. Pola komunikacji są przedziwne: wszystkie sensy istnienia, strach, śmierć, trwałość pamięci, ale i sztuka słuchania się nawzajem czy wyrażania uczuć poprzez krzyk lub czuły dotyk. W świecie Millsa nad wędrówką protagonistów po Stanach Zjednoczonych nieustannie unosi się co prawda dojmująca aura melancholii, lecz katharsis przychodzi – i to w niespodziewanej, pokrzepiającej formie lekcji z międzyludzkich relacji i odpowiedzialności. Nie mam żadnych wątpliwości, że C’mon C’mon może śmiało pretendować do miana najlepszej kinowej terapii tego roku. To przecież doskonały dowód na to, że artystyczna wrażliwość jest nam dziś potrzebna jak nigdy wcześniej, a rady ze strony niewinnych dzieci mają olbrzymią siłę rażenia. Mały wielki film, w którym można zatracić się bez reszty. 

Główny bohater, Johnny, mógłby uchodzić za chodzącą definicję everymana. Dziennikarz radiowy po przejściach, który stracił miłość życia i pogrzebał relację z siostrą, Viv (Gaby Hoffmann). W ramach swojej pracy wędruje od jednego do drugiego miasta USA, by z mikrofonem w dłoni nagrywać wypowiedzi dzieci i młodzieży na temat ich życia, wyobrażeń o przyszłości, stosunków z rodzicami, najskrytszych marzeń, supermocy i dalekosiężnych planów. Sytuacja zmieni się, gdy Viv będzie musiała zająć się zmagającym się z chorobą psychiczną mężem – Johnny weźmie pod opiekę ich syna, Jesse’ego, dziecko sprawiające problemy wychowawcze, choć z drugiej strony piekielnie inteligentne. Początkowo wszystko wskazuje na to, że stosunki mężczyzny z 9-letnim bratankiem nieuchronnie prowadzą do katastrofy. Protagonista ma bowiem olbrzymi problem ze zrozumieniem psychiki i potrzeb chłopca, w czym przeszkadza mu głównie strach przed podejmowaniem dojrzałych decyzji, jakby w jego życiu ostateczne wejście w dorosłość nigdy nie nastąpiło. Z biegiem czasu to Jesse coraz częściej uczy wuja, jak odnajdywać się w świecie pełnym niebezpieczeństw i emocjonalnych ran. Bohaterowie wyruszą we wspólną podróż do Nowego Jorku i dalej, w stronę Nowego Orleanu, odkrywając odpowiedź na z pozoru trywialne pytanie o to, co właściwie znaczy być człowiekiem? Na drugim planie ich eskapady wyłania się społeczny pejzaż USA, uchwycony nie tylko przy pomocy fenomenalnych zdjęć, ale i słów najmłodszych nagrywanych przez Johnny’ego. 

Jestem absolutnie oczarowany sposobem, w jaki Mills uwypuklił i zespolił ze sobą kilka różnorodnych płaszczyzn tej historii. Międzypokoleniowy dialog to zaledwie platforma do poszukiwania kolejnych sensów w C’mon C’mon: odbudowywania zachwianych relacji z rodziną, uczenia się opieki nad drugim człowiekiem, rozliczania z trudną przeszłością, walki z nawiedzającymi nas nieustannie demonami, tworzenia trwałych więzi, wskazywania własnego miejsca w polaryzującym się społeczeństwie. Na tym jednak nie koniec – reżyser zupełnie nienachalnie wplata w swoją opowieść przemyślenia na temat aborcji, sytuacji imigrantów, zagrożeń klimatycznych czy przyszłości Ziemi, przy czym w tych kwestiach oddaje głos najmłodszym, zostawiając go bez pedagogicznego komentarza. Widz siłą rzeczy wpada w systematycznie zastawiane przez twórcę pułapki: słowa dzieci i młodzieży w pierwszym odczuciu będą budzić nasz uśmiech, jednak po chwili zmuszą do refleksji. Przychodzące po nas pokolenie ma zaskakująco wiele trafnych diagnoz rzeczywistości, w której żyjemy. Mills w tym intymnym świecie niewidocznych ran i kruchych relacji chce zmienić nasze horyzonty myślenia, poszerzyć perspektywę spojrzenia na to, co dla istnienia fundamentalne. To właśnie z tego powodu autor tak skrupulatnie próbuje uzmysłowić odbiorcom, że pomimo niezliczonych różnic każde starsze i młodsze pokolenie od zarania dziejów dzieli wciąż te same lęki: strach przed śmiercią, nieuchronność przemijania i odchodzącą pamięć. Ten ostatni aspekt jest zresztą kapitalnie wyłożony w relacji Johnny’ego i Jesse’ego; czy chłopiec zachowa w umyśle wspólną podróż z wujem, czy jednak w miarę upływu lat wspomnienia zaczną się zacierać? Ucieczka od niepamięci to nie tylko nagrany na taśmie dźwięk. To również drugi człowiek, z którym dzielimy własną historię. Ten, którego krzywdzimy, odrzucamy, ale i ten, od którego uczymy się sztuki życia i bliskości. 

O tym, że Joaquin Phoenix jest ekranową enigmą, chyba nikogo nie trzeba specjalnie przekonywać. Po seansie C’mon C’mon nie mam już żadnych złudzeń co do tego, że jest on także jednym z najwybitniejszych żyjących aktorów. Zdobywca Oscara wraca do świata kina w swojej pierwszej roli od czasu Jokera, drwiąc ze wszystkich tych, którzy chcieli go zaszufladkować w postaci Księcia Zbrodni. Phoenix redefiniuje filmowe emploi w sposób najlepszy z możliwych, dzieląc się z widzami kreacją, której emocjonalna głębia przywodzi na myśl otchłań. W postaci Johnny’ego zagubienie i ból przeplatają się z wyrażonym przez Jesse’ego i zaklętym również w tytule produkcji życiowym drogowskazem: „Musisz dać radę i dajesz, dajesz, dajesz…”. Fenomenalnemu Phoenixowi nie ustępuje młodziutki Norman, który powinien zgarnąć wszystkie nagrody w kategorii odkrycia roku; choć na ekranie widywaliśmy go już wcześniej, w filmie Millsa jego naturalny występ zachwyca. Na drugim planie kapitalnie poczyna sobie z kolei Hoffmann. Jej Viv to kobieta zmagająca się z niewyobrażalnymi przeciwnościami losu, a jednak potrafiąca w życie najbliższych wnieść subtelne nuty serdeczności – bez niej relacja Johnny’ego z bratankiem byłaby o niebo uboższa. Poza występami aktorskimi hipnotyzują w dodatku czarno-białe zdjęcia, znakomicie podkreślające tak kameralny wymiar całej historii, jak i jej melancholijną aurę; niektóre kadry urzekają same w sobie, jakby pełniły rolę swoistych pocztówek ze świata Millsa. Na wyróżnienie zasługuje również ścieżka dźwiękowa produkcji, wzmacniająca ekranowy przekaz, zwłaszcza w sekwencjach, w których możemy usłyszeć „Clair de Lune” Debussy’ego. 

C’mon C’mon to oczyszczająca podróż od smutku do radości, od zagubienia do bliskości, od bolącej przeszłości do nowego życia. Ten film da widzom łzy i zrodzi uśmiech, stając się najwyższej jakości balsamem dla każdej strapionej duszy. Mnóstwo tu niewidocznych na pierwszy rzut oka ran, jeszcze więcej samotności. Choć Mike Mills, wyśmienity obserwator wszystkich niuansów międzyludzkich relacji, stawia na ich ekspozycję w mikroskali, niektóre gesty i słowa głównych bohaterów ważą więcej niż całe nasze życie – pamiętajmy o tym, obserwując scenę, w której Johnny i Jesse próbują wykrzyczeć obecny w nich gniew i inne negatywne emocje, robiąc to w taki sposób, jakby dźwigali na swoich barkach ciężar złości wszystkich ludzi. Jakimś błogosławionym zrządzeniem losu zdołali go unieść, jednak czy mogło być inaczej, skoro obaj zanurzyli się w „nieustannej symfonii kolorów, wrażeń i dźwięków”? Możemy ją zobaczyć, poczuć i usłyszeć. Wtedy będzie nam zdecydowanie łatwiej odpowiedzieć na pytanie o to, jak wyobrażamy sobie naszą wspólną przyszłość. 

Piotr Piskozub

Wydarzenie zostało zakończone.

Data

mar 14 2022
Zakończone!

Czas

19:00 - 20:50

Koszt

10,00PLN
Kinoteatr Kwidzyn

Lokalizacja

Kinoteatr Kwidzyn
Katedralna 18, Kwidzyn

Organizator

Dyskusyjny Klub Filmowy "Powiększenie"
Email
dkf@ckj.edu.pl
Strona WWW
http://www.dkf.ckj.edu.pl/