dkf

Repertuar

BENEK 07.02.2011 godz. 18.00
WENECJA 07.02.2011 godz. 20.00
CHRZEST 08.02.2011 godz. 18.00
MATKA TERESA OD KOTÓW 08.02.2011 godz. 20.00
JOANNA 09.02.2011 godz. 18.00
PROSTA OPOWIEŚĆ O MIŁOŚCI 09.02.2011 godz. 09.02.2011

„Benek”

20110127 benek f1

reżyseria: Robert Gliński

Robert Gliński nie polemizuje ze światem, z rzeczywistością, w jakiej umieścił bohatera. Nie próbuje niczego ukrywać ani tuszować. Jednak nie po to, by jeszcze raz udowodnić, jak bardzo jest źle i załamać ręce. Przeciwnie. W ponury krajobraz wpisuje fabułę, która gorzką kronikę biedy i upadku (bo tak się właśnie „Benek” zaczyna) zmienia w optymistyczną opowieść o tym, że nigdy nie można tracić nadziei. W bajkę zatem, skwitować można. Niewątpliwie. Ale taką, która pozostaje blisko ziemi. Benek nie zostanie księciem z najwyższego piętra przeszklonego biurowca. A że spełnią się jego marzenia… Cóż, „…i życie może być piękne, trzeba się tylko zdobyć na odrobinę życzliwości wobec niego”, jak zauważył kiedyś Stanisław Dygat. Robert Gliński na tę odrobinę, a nawet znacznie więcej się zdobył. To właśnie nadało „Benkowi” szczególny rys i emocjonalną siłę, oryginalny klimat. Powstał film ciepły, mądry, mocno osadzony w społeczno-obyczajowym kontekście, jednak całkowicie wolny od publicystycznych akcentów.
Łatwo tu dostrzec echa brytyjskich komedii społecznych, a nawet dawnych filmów Franka Capry. Zatem Benek jako współczesny polski obywatel John Doe? A dlaczego nie? Najpierw dobroduszny, trochę dziecięco nieporadny, na naszych oczach, z biegiem akcji ewoluuje, dojrzewa, krzepnie, by wreszcie zrozumieć, na czym mu naprawdę zależy i to osiągnąć. Bo Benek przechodzi trudną drogę po to, by znaleźć swoje miejsce w świecie. Właśnie tym, który znał od dziecka. I trudno mu w tej drodze nie kibicować. „KINO”

„Wenecja”

20110127 wenecja f2

reżyseria: Jan Jakub Kolski

Kolski zrealizował swój nowy film na motywach opowiadania Włodzimierza Odojewskiego „Sezon w Wenecji”. Dziesięcioletni Marek pragnął wraz z rodzicami pojechać do Wenecji, o której wiedział wszystko. Ona napędzała jego wyobraźnię i marzenia. Pragnął tam pozostać. „Wenecja” była dla niego synonimem miłości, także tej do rodziców, do babci i do Polski. „Miłość! Będę kochał i będę kochany. Chcę się nauczyć mówić o miłości, bo jeszcze tego nie umiem”. Wojna rozwiała jego marzenia o weneckiej wyprawie. Pozostał tylko majątek Weroniki, do którego zjechały pozostałe ciotki: nowoczesna, niezależna Barbara, zdystansowana wobec świata, wiemy tylko, że pięknie wygrywa na fortepianie etiudy Chopinowskie, oraz sfrustrowana i załamana Klaudyna, zawalił się bowiem jej świat „warszawskich rautów”, a mąż – generał zostawił ją „w trzy minuty” i poszedł na tę swoją „wojenkę”. Jest też trzecia siostra, Joanna, matka Marka, uciekająca od rodziny i ciągle do niej powracająca. I jeszcze milcząca matka, wyczuwająca koniec dotychczasowego świata i krach beztroskiego „życia na niby”. W tym swoim dworku, wydawałoby się odizolowanym od reszty świata, niczym w zamkniętej enklawie, mają przeżyć bezpiecznie czas hekatomby, z dziećmi, ale bez mężów, na których czekają z nadzieją, a czasem bez nadziei. Jeden trafił do niemieckiego oflagu, drugi do Ostaszkowa. Ale mechanizm wojny totalnej jest bezwzględny. Śmierć wtargnie także do tej oazy spokoju i iluzji. KS. Andrzej Luter „KINO”

 

„Chrzest”

20110127 chrzest f3

reżyseria: Marcin Wrona

Każdy dzień tygodnia (film jest zapisem siedmiu dni z życia Michała i Janka) przybliża nas do kluczowej sceny: niedzielnego chrztu dziecka. Scena udzielenia sakramentu wprowadzającego niemowlę w świat chrześcijański to nie tylko zwykły obrzęd. Tym bardziej nie jest to reżyserski chwyt pozwalający zorganizować fabułę. Wrona mówił w wywiadach prasowych po sukcesie w Gdyni, że chrzest „w dosłownym odczytaniu jest związany z ceremonią, na którą główny bohater Michał zaprasza Janka. Chrzest to także inicjacja, moment, w którym człowiek przechodzi z jednego etapu w drugi”. Obraz chrztu jest przejmujący. Wyrzeczenie się zła i szatana, żeby nas grzech nie opanował, robi wrażenie jakby bohaterowie filmu nie chcieli pozwolić, by Bóg umarł w ich pragnieniach, myślach, słowach i czynach. I Michał, i Janek ratowali w ten sposób swoje człowieczeństwo. Jest taka scena w filmie, chyba z soboty, kiedy Janek modli się kościele. Przekrzywiając głowę patrzy na krucyfiks, jakby mocował się ze swoim grzechem i ze swoim uwikłaniem w zło. Ale szatan jest także. Jego wcielenie widzimy w postaci szefa gangu. Co za rola Adama Woronowicza! Ten aktor może zagrać wszystko. A Kain – zaszczuty przez zło ludzkie, zabija to, co Bóg kocha i to, co on sam kocha. I to jest jego dramat, piętno nie do zatarcia, z którym będzie żył do końca swoich dni. Porażający film – to słowo, tak dziś nadużywane, tym razem najlepiej oddaje nastrój, jakiemu poddałem się po wyjściu z kina. KS. Andrzej Luter „KINO”

 

„Matka Teresa od kotów”

20110127 teresa f4

reżyseria: Paweł Sala

Kino, również polskie, przyzwyczaiło nas do sympatyzowania ze zbrodniarzem. Poznajemy motyw i już współczujemy. Pamiętamy, co działo się po „Długu”, kiedy ludzi z realu zaczęliśmy postrzegać przez wirtual. A zbrodnia to przecież zbrodnia. Owszem, psychika widza szuka okoliczności łagodzących, czegoś, czym można by usprawiedliwić czyn Artura i Marcina z filmu Sali, ale niczego takiego akurat w tym filmie nie ma. Ślady takich poszukiwań znalazłam między innymi w tekstach recenzentów, którzy dostrzegli, że „Matka Teresa od kotów” to film o pragnieniu władzy. Oczywiście, święte prawo recenzentów – zwłaszcza wykorzystujących do analizy filmów zaplecze socjologiczno-antropologiczne – interpretować jak się chce i przy użyciu dowolnej metody badawczej. Że słaby ojciec, że walka dwóch mężczyzn, że przekroczenie absolutnego tabu – bo ucięcie głowy. I to matce. Że to nawet w micie trudno znaleźć. Proponując wycyzelowaną, wyczyszczoną formę Sala (nie można też nie docenić niemal ascetycznych zdjęć Mikołaja Łebkowskiego) opowiada po prostu o złym człowieku. Źli ludzie przecież się zdarzają. O złu, które nawet nie musi mieć przyczyn. Rodzice chłopców? Normalni, kochający się, dopiero potem wszystko się psuje. Ojciec zmęczony misją w Afganistanie, matka – miłośniczka kotów, zmuszona do zarabiania na dom, bo ojciec pośliznął się na funduszach inwestycyjnych, co naprawdę nie jest patologią. Przyjaciółka domu też normalna. To, że młodszy brat jest wpatrzony w starszego, to też raczej sytuacja standardowa. Zatem dlaczego? Bo Artur jest zły. Odkształca każdą relację. Nie umie dogadać się z sympatią, którą kiedyś miał. Terroryzuje brata. Szantażuje ojca. Upokarza znajomą. Jest zły i chce wypróbować, ile może. A może dużo. Zło w chłopaku nie ma przyczyn, powodów.  Katyarzyna Taras „KINO”

 

„Joanna”

20110127 joanna f5

reżyseria: Feliks Falk

„Joanna” Falka – obraz wystylizowany, pięknie sfotografowany przez Piotra Śliskowskiego i trzymający widza w napięciu – skupia się na wątku samotności i opuszczenia w obliczu Zagłady. Holokaust został potraktowany dwojako – nie tylko jako Zagłada narodu żydowskiego, ale przede wszystkim jako symbol zagłady tradycyjnego systemu wartości, czego doświadcza tytułowa bohaterka ukrywająca żydowską dziewczynkę o imieniu Róża. Joanna przeżywa traumatyczne stany emocjonalne – strach, zagubienie i nieufność wobec wszystkich, nawet najbliższych; Urszula Grabowska jako Joanna stworzyła postać pełną i prawdziwą. Potworność i okrucieństwo wojny właśnie na tym polega, że jakaś kobieta może z dnia na dzień oskarżyć inną kobietę o to, że przyjmuje w mieszkaniu oficera niemieckiego i zwabić ją do konspiracyjnego lokalu, w którym ogolą jej głowę, matka może wyrzec się córki, przynajmniej dopóki ludzie nie zapomną o jej rzekomej kolaboracji. Joanna przestała wierzyć ludziom: ktoś donosi Niemcom, a ktoś donosi podziemiu? W jej sytuacji nie wiadomo, co jest gorsze. Żeby przeżyć – i żeby przeżyła Róża – Joanna potrzebuje także pieniędzy. Szuka pracy na poczcie; piekło może być podobne do długiego korytarza w urzędzie pocztowym. Nieskończona liczba drzwi, zza których sączy się podłość, zakłamanie i strach. Falk pokazuje  w swoim filmie czas nieludzki, w którym zawieszone zostają zasady etyczne, wydawałoby się, że oczywiste i zawsze aktualne. Postacie przewijające się na ekranie widzą w zamknięciu się, w zapomnieniu kim są, szanse przeżycia. Taka jest również Staszka, koleżanka Joanny z poczty. Przyznaje się do strachu przed ukrywaniem żydowskiego dziecka. „Każdy ma swoje życie, chcę tylko w spokoju dożyć końca wojny” – tłumaczy się sama przed sobą. A jednak tlące się w niej poczucie winy sprawia, że to ona pomaga Joannie znaleźć kontakt z klasztorem, gdzie może pozostawić Różę, którą serdecznie pokochała. A więc Bóg jednak nie umarł, bo gdyby Bóg umarł, to przecież wraz z nim umarłby w człowieku – człowiek. Joanna to na pewno bohaterka cichej rozpaczy, odczuwająca bezsens czasu wojny. Nie potrafiła i nie była w stanie udowodnić swojej niewinności i prawości. Nie miała zamiaru ukrywać dziecka żydowskiego. Przypadek? Los? Opatrzność? – a może wszystko naraz, zdecydowały inaczej. Róża stała się jej miłością i sensem życia. Bóg nie umarł.
KS. Andrzej Luter „KINO”

 

„Prosta historia o miłości”

20110127 prosta 6

reżyseria: Arkadiusz Jakubik

„Prosta historia o miłości” to właściwie trzy historie, bo – trochę wbrew tytułowi – filmowa fabuła jest nieco skomplikowana i rozgrywa się na kilku płaszczyznach narracyjnych. Pierwsza to opowieść o parze scenarzystów, niedawnym małżeństwie, którzy jadąc pociągiem na Hel próbują ułożyć zarys nowego scenariusza. Przy okazji próbują też rozwiązać problemy swojej, wciąż pełnej emocji, relacji. Na drugim piętrze fabularnym śledzimy historię pary młodych ludzi, którzy spotykają się w pociągu. Między studentką Martą a jej rówieśnikiem Aleksem nieśmiało kiełkuje uczucie. Marta i Aleks to zarazem bohaterowie filmu Patryka, o którym opowiada trzeci wątek narracyjny. Tu Patryk i Marta są parą, a Aleks „tym trzecim”. Emocje pary scenarzystów przenoszą się na filmowe postaci, a relacja między nimi na odtwarzających tę parę w filmie Patryka aktorów. Taka fabularna układanka to pole do popisu dla reżysera i Arkadiusz Jakubik wywiązuje się ze swojego zadania znakomicie. Sceny płynnie przechodzą z jednego planu narracyjnego w kolejny, nie gubiąc przy tym własnego sensu.
Choć film ma pewne dramaturgiczne potknięcia – wielość wątków sprawia, że żaden nie jest do końca dobrze wygrany, a finalna puenta nieco się przedłuża – to te drobne mankamenty nie są na tyle istotne, by wpływać na odbiór całości. Świetnie zmontowany film ma niezłe tempo, a podczas projekcji na pewno nie ma mowy o nudzie. Duża w tym zasługa nie tylko reżysera i dobrze napisanych dialogów, ale też aktorów, którzy tworzą niebanalne kreacje. Magdalena Popławska jest równie wiarygodna jako nieporadna i nieśmiała studentka oraz jako zdecydowana, świadoma swojego talentu i urody młoda aktorka uwikłana w związki z dwoma mężczyznami. Interesująco wypada Rafał Maćkowiak, prezentując różne twarze Aleksa: chłopięcą i niedojrzałą oraz pewnego swoich potrzeb i aspiracji młodego mężczyzny. Bartłomiej Topa jako zmanierowany reżyser filmowy, Patryk, unika przeszarżowania roli nie stając się karykaturą postaci; więcej – próbuje nadać jej cechy, dzięki którym zyskuje jeśli nie sympatię, to na pewno zrozumienie w oczach widza.
Bo „Prosta historia o miłości” – oprócz nakreślenia kilku niebanalnych portretów związków damsko-męskich – prezentuje również filmową kuchnię. To film o udawaniu, kłamstwach, sprzedawaniu siebie, mimowolnych konfabulacjach, które mają uczynić każdego ciekawszym w oczach rozmówców czy dodać jego życiu głębi. To też film o nieuchronnym w artystycznym fachu przenikaniu świata fikcyjnego i realnego. Iwona Cegiełkówna „KINO”