dkf

„ZACZNIJMY OD NOWA”    01.12.2014    godz. 19.00
„OMAR”    09.12.2014    godz. 20.00
„ROCK THE CASBAH”    15.12.2014    godz. 19.00
„ZIEMIA MARYI”    22.12.2014    godz. 20.00
„MAGIA W BLASKU KSIĘŻYCA”    29.12.2014    godz. 19.00

„ZACZNIJMY OD NOWA”

21 11 2014 zacznijmy

Reżyseria John Carney

Twórca przebojowego „ONCE”, filmowej rewelacji 2008 roku (Oscar za najlepszą piosenkę), powraca podnoszącą na duchu komedią, która oczarowała publiczność festiwalu w Toronto!
Urzekającej w głównej roli KEIRZE KNIGHTLEY partnerują – debiutujący na dużym ekranie „najseksowniejszy żyjący mężczyzna” ADAM LEVINE z zespołu MAROON 5, jeden z Avengersów – MARK RUFFALO, raper MOS DEF, nominowana do Oscara gwiazda młodego pokolenia HAILEE STEINFELD oraz dwukrotnie nominowana do Oscara  – CATHERINE KEENER.
Tym razem Carney udał się do Nowego Jorku i uczynił z niego miejsce akcji swojego najnowszego filmu, który pokazuje, jak potęga muzyki zmienia losy dwójki zagubionych bohaterów. W filmie „Zacznijmy od nowa”, niegdyś wpływowy producent muzyczny Dan Mulligan (w tej roli Mark Ruffalo) znajduje się w kryzysowym punkcie życia – jego małżeństwo okazało się ruiną, kariera odeszła w przeszłość, a z nastoletnią córką nie potrafi nawiązać kontaktu. Gdy wszystkie problemy piętrzą mu się nad głową, przypadkiem trafia do baru, w którym słyszy poruszającą piosenkę w wykonaniu Gretty (Keira Knightley), nieznanej wokalistki, której marzenia i muzyczne ambicje legły w gruzach po rozstaniu z chłopakiem. Losy tej nietypowej pary, którą dzieli wszystko, połączy muzyka i desperacja. Współpraca zawodowa i artystyczna pasja przerodzi się w głęboką przyjaźń i zmieni na zawsze ich życie.

Filmowcem być może najbardziej biegłym w tej materii jest Steven Spielberg, którego najwybitniejsze produkcje otulają publiczność sentymentalnym pluszem. W kinie sundance’owym z kolei popularna jest formuła tragikomedii, gdzie każdy kryzys okazuje się przejściowy. John Carney porusza się raczej w tym ostatnim rejonie przemysłu filmowego – jego najbardziej znane dziełko, „Once”, stało się sensacją kina niezależnego i zdobyło Oscara za najlepszą piosenkę. Luźno skonstruowana opowieść o miłosnym niespełnieniu żyła głównie dzięki utworom wykonywanym przez aktorów, Glena Hansarda i Marketę Irglovą.
Co jednak zwracało w „Once” szczególną uwagę, to splot niezależnego modelu produkcji i offowej estetyki (niski budżet, kamera z ręki, szorstka, niedbała wręcz forma) ze schematami fabularnymi komedii romantycznej i melodramatu – pozbawionymi jednak happy endu. W „Zacznijmy od nowa” Carney stara się powielić ten model, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że bliżej mu już do głównego nurtu. Obraz jest dużo bardziej dopieszczony, faktury, kolory i światło bardziej nasycone, a kamera jakby stabilniejsza, zamykająca świat przedstawiony w ładnych kadrach. Oś dramaturgiczna pozostaje jednak niezmienna – serce filmu wciąż bije w rytmie wypełniających go piosenek.
Autorką utworów jest Greta (Keira Knightley), która właśnie rozstała się ze swoim partnerem. Jej przyjaciel – sympatyczny acz niezbyt utalentowany muzyk – wciąga ją na scenę podczas swojego występu i niemal zmusza do wykonania piosenki. W lokalu przebywa akurat producent muzyczny Dan (Mark Ruffalo), który tego samego dnia został zwolniony z wytwórni i topi smutki w alkoholu. W być może najlepszej scenie filmu Dan słyszy piosenkę Grety i wyobraża sobie jej utwór w aranżacji na cały zespół. Wizualizacja tej fantazji wypada naprawdę spektakularnie i tyleż podsumowuje wrażliwość bohatera, co żartobliwie komentuje stan jego upojenia.
Spotkanie dwójki życiowych rozbitków musi, rzecz jasna, przynieść konkretne rezultaty. W tym wypadku – album muzyczny. Dan wpada na szalony pomysł, żeby nagrać płytę Grety w miejscach publicznych, bez żadnych zezwoleń, przy pomocy zaprzyjaźnionych muzyków. Wokół kolejnych występów Carney buduje portret rodzącej się przyjaźni z podtekstem romantycznym, wzbogacając go o wątek zakończonego, ale wciąż bolesnego związku Grety i trudnych relacji Dana z eks-żoną (Catherine Keener) i córką (Hailee Steinfeld).
„Zacznijmy od nowa” jest więc w znacznym stopniu powtórzeniem schematu narracyjnego „Once”, chociaż akces zgłaszany przez Carneya do gładkiej, połyskliwej poetyki „indie movie” stwarza kilka zasadniczych problemów. Dynamika relacji Grety i Dana przypomina tę zarysowaną w poprzednim filmie Irlandczyka – niczym w klasycznej komedii romantycznej, bohaterowie stopniowo zbliżają się do siebie, ale wszystko pozostaje w sferze aluzji. Wydźwięk filmu jest jednak znacznie bardziej optymistyczny, brakuje tutaj równie wyraźnego posmaku goryczy, jaki towarzyszył finałowi „Once”.
Próbując grać na dwa fronty, Carney egzaminuje sam siebie z reżyserskiej elastyczności. Ale nie zasługuje, niestety, na specjalnie wysoką ocenę. Wyobraźni starcza mu na wspomnianą scenę występu Grety – później zbyt często posługuje się kliszami i przezroczystymi rozwiązaniami, które zanadto spłaszczają film. Nieprzekonująco wypadają dramaty bohaterów – wizualny blichtr wygładza ostre krawędzie, zaś Knightley i Ruffalo, nawet w rozsypce emocjonalnej, wyglądają jak hipsterzy grający bezdomnych. Nie jest Carney reżyserem na tyle biegłym, żeby zaprojektować awers i rewers świata przedstawionego, a potem złożyć je w słodko-gorzką całość. W rezultacie zarówno radości, jak i smutki okazują się ledwie mirażami, protezami autentycznych emocji.
„Zacznijmy od nowa” jest filmem zawieszonym w próżni, pomiędzy tropami gatunkowymi (które wymagają jednak solidniejszej struktury narracyjnej), a cokolwiek wymuszonym i udawanym luzem, spontanicznością otwarcie wykalkulowaną i odmierzoną.
Błażej Hrapkowicz, Zacznijmy od nowa, „Kino” 2014, nr 07-08, s. 92-93

„OMAR”

21 11 2014 omar

Reżyseria Hany Abu-Assad

Głęboko osobisty film o miłości, przyjaźni i zdradzie, w cieniu izraelskiego muru bezpieczeństwa. Palestyński kandydat do Oscara, zdobywca Nagrody Specjalnej Jury w sekcji Un Certain Regard na MFF w Cannes.
Omar jest piekarzem w okupowanej Palestynie. Ląduje po drugiej stronie ruchu oporu, gdzie musi stawić czoła trudnym decyzjom. Jego przyjaciele zostają schwytani i poddani torturom muszą wybierać pomiędzy lojalnością a życiem. Podejrzenia i zdrada wystawiają na próbę jego zaufanie do kumpli z dzieciństwa. Stojąc po różnych stronach muru, Omar i brat bojownik jego ukochanej, Nadji, walczą o inną wolność. Omar przekonuje się, że to czy ktoś jest wrogiem, zależy od okoliczności. Tortury i upokorzenia podważają wiarę w honor i sens poświęceń za wszelką cenę. Mówi reżyser: „Film opowiada o sile zaufania. O tym jak ważne ono jest w relacjach i jak ulotne. Jest podstawą miłości, przyjaźni i lojalności. Jest fatamorganą i powoduje, że ludzkie emocje osiągają skrajności”.
„W tym miesiącu [lipiec 2011 – przyp. J. O.] mija siedem lat od dnia, w którym Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że mur jest nielegalny i powinien zostać zburzony. A jednak jego budowa trwa nadal. Dzieci są odgradzane od swoich szkół, rolnicy od pól, rozdziela się rodziny”.
Mur to palestyńska codzienność. Omar, młody Palestyńczyk, jest zmuszony codziennie przekraczać nową granicę, żeby utrzymywać kontakty z przyjaciółmi z dzieciństwa. Rezygnuje z legalnej drogi pokonywania muru, stania w gigantycznych kolejkach, przy metalowych automatycznych kołowrotach, na rzecz regularnego przeskakiwania przez izraelską przeszkodę. Za każdym razem ryzykuje życiem. Czasem kilka razy dziennie. Jeśli los nie sprzyja Omarowi, jego przestępcze zachowanie kończy się pouczeniem ze strony izraelskich żołnierzy. Przedstawiciele sił zbrojnych potrafią bardzo skutecznie uspokoić niesubordynowanych obywateli Zachodniego Brzegu Jordanu. Robią to konsekwentnie, co widać zarówno w filmie Hany’ego Abu-Assada, jak i we wstrząsającym dokumencie „Checkpoint” Yoava Shamira.
Palestyński prawnik i pisarz Raja Shehadeh w cytowanym wyżej „Dzienniku z czasów okupacji”, który obejmuje okres od grudnia 2009 do grudnia 2011 roku, zwraca uwagę, że mur to także przeszkoda dla miłości: „Dla mężczyzny z Ramallah lepiej, żeby nie zakochał się w Palestynce z Jerozolimy czy, nie daj Boże, Gazy albo Jordanii, ponieważ nigdy nie będą mogli się pobrać ani mieszkać razem”. Omar popełnia właśnie ten błąd. Oprócz przyjaciół z podwórka, za murem mieszka także jego miłość – Nadia. Odwiedzając kumpli, chłopak wymienia listy miłosne z ukochaną. Na co dzień pracuje jako piekarz. Żyje w spokojnej rodzinie. Od lat znosi upokorzenia ze strony Izraelczyków, więc angażuje się w ruch walki z okupantem. Omar wraz z przyjaciółmi organizuje atak – strzelają do żołnierza IDF (Sił Obronnych Izraela). Nie widzą innej drogi zemsty. Izraelska machina wywiadowcza reaguje natychmiast. System przesłuchań, tortur i wymuszeń działa bez zarzutu. Najważniejszą bronią w tym systemie postkolonialnym ma być oddany władzy kolaborant.
Hany Abu-Assad po raz kolejny sięga po jeden z newralgicznych tematów, które wstrząsają palestyńską i izraelską opinią publiczną. W „Paradise Now” (2005) palestyński reżyser pokazywał przygotowujących się do zamachu szahidów, którzy wbrew powszechnej propagandzie nie przypominali dzikich szaleńców żądnych krwi. W przypadku „Omara” na światło dzienne wychodzi temat działalności wywiadowczej służb specjalnych Szin Bet, zmuszania do kolaboracji i niszczenia więzów społecznych na okupowanych terenach. W filmie Abu-Assada wszyscy bohaterowie toczą walkę o zaufanie najbliższych. Oprócz chęci przetrwania liczy się również honor. Izraelskie służby specjalne wykorzystują szantaż jako metodę wywiadowczą już od czasu Pierwszej Intifady (1987). Bardzo często, podobnie jak w wypadku Omara, drogą do pozyskania kolaboranta staje się jego życie prywatne, relacje uczuciowe albo tożsamość seksualna. Strach przed zemstą własnej społeczności powoduje, że współpraca wydaje się jedynym ratunkiem.
W filmie Abu-Assada nie chodzi tylko o balansowanie na granicy między współpracą z okupantem a lojalnością wobec własnej wspólnoty. Reżyser, podobnie jak w „Paradise Now”, pokazuje, do czego mogą doprowadzić szeroko zakrojone, wieloletnie działania okupacyjne na terenach, gdzie dominuje codzienne upokorzenie. W „Omarze” losy głównego bohatera opowiadane są poprzez konwencje kina gatunków – thrillera szpiegowskiego z wątkiem miłosnym, w którym izraelska okupacja pełni rolę żywej scenografii, skomplikowanej machiny, której nie można rozbroić bez narażenia własnego życia.
Osobnym wymiarem w filmie Abu-Assada jest przestrzeń Zachodniego Brzegu Jordanu, która nieustannie dostosowuje się do warunków politycznych i wojskowych, do zmieniających się ciągle blokad dróg i podziałów na strefy kontrolne. Mieszkańcy, bez słowa, w ciągu kilku sekund, są w stanie ukryć i ewakuować każdego. Ich opór, podobnie jak bunt bohaterów filmu „Omar”, wynika często z chęci ratowania najbliższych, nierzadko kosztem własnego bezpieczeństwa i czystego sumienia.
„Nie mamy kodu pocztowego, a mimo to jest on wymagany od nas przy wypełnianiu wielu formularzy” – pisze Shehadeh. – „W końcu nauczyłem się wpisywać w odpowiedniej rubryce 0000 – i to się sprawdza. Dopóki nie staniemy się prawdziwym krajem, jesteśmy narodem zero. Zero razy cztery”.
Joanna Ostrowska, Omar, „Kino” 2014, nr 09, s. 71

„ROCK THE CASBAH”

21 11 2014 rock

Reżyseria Yariv Horowitz

Nagrodzony na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie debiut fabularny izraelskiego reżysera to wstrząsające świadectwo wojny między Palestyną a Izraelem.
Rok 1989. Trwa pierwsza Intifada, palestyńskie powstanie przeciwko izraelskiej okupacji Palestyny. Izraelscy żołnierze zostają wysłani do Strefy Gazy w celu nadzorowania ludności arabskiej. Podczas rutynowego patrolu, żołnierze przemierzając miasto, zostają obrzuceni przez mieszkańców kamieniami. Jeden z żołnierzy ginie pod spadającą na niego z dachu pralką. Sprawców nie udaje się złapać. Pada rozkaz, aby czwórka młodych żołnierzy stacjonowała na dachu palestyńskiego domu do czasu znalezienia zabójców kolegi. Palestyńscy mieszkańcy, mając izraelskich żołnierzy nad głową, obawiają się posądzenia o kolaborację. Rekruci muszą odnaleźć swoje miejsce w otaczającym ich totalnym chaosie.
Przejmujący film o zmaganiu się z własnymi słabościami i niedojrzałością w obliczu wojny. Debiut fabularny zainspirowany osobistymi doświadczeniami reżysera.
Czas akcji? Szczytowy okres pierwszej intifady – palestyńskiego powstania w strefie Gazy. Ale to nie jest epicka kronika wydarzeń. Przeciwnie, film wręcz kameralny, o ograniczonej perspektywie. Dowiadujemy się, że izraelskie wojsko próbuje utrzymać spokój na okupowanym terytorium i że do tego zadania wyznaczani są młodzi żołnierze, niedoświadczeni w walce. „Gaza potrzebna jest nam jak druga dziura w dupie” – mówi brutalnie kapitan, pojawiający się zresztą na krótko. Ma rację, Izrael opuści w końcu strefę Gazy. Ale dopiero za trzy lata.
W filmie, który rozgrywa się w roku 1989, sytuacja jest jeszcze niepewna, wciąż dramatyczna. Patrol, w którym bierze udział Tomer (Yon Tumarkin), napotyka na palestyńskim osiedlu gniewny tłum, a z dachu domu zepchnięta zostaje pralka i zabija żołnierza. Sprawcy uciekają, tylko Tomer zapamiętuje jednego z nich, o krótko ostrzyżonych rudych włosach. Patrol otrzymuje zadanie: z tego właśnie dachu mają obserwować otoczenie i wypatrywać ewentualnego powrotu sprawców. Dom należy do palestyńskiej rodziny, która boi się, że uznają ich za kolaborantów. A wokół gromada nastolatków nieustannie miota wyzwiska i przekleństwa. Nienawiść aż kipi. Młodzi żołnierze na dachu z trudem znoszą sytuację, skazani w gruncie rzeczy na bezczynność.
Taki jest punkt wyjścia filmu, który szybko nabiera charakteru studium psychologicznego. Wydarzeń jest niewiele, lecz nieustanne oczekiwanie i atmosfera napięcia wywołują niekontrolowane zachowania. Powodem gwałtownej sprzeczki staje się na przykład pies, którego zabiera na dach jeden z żołnierzy. Ale trudno o dyscyplinę, kiedy panuje upał, a czas tylko trochę skraca radio, z którego rozbrzmiewają brytyjskie przeboje zespołów The Clash (z tytułowym „Rock the Casbah”) czy The Who. Garstka tych żołnierzy to zwyczajni młodzi chłopcy, zapewne Żydzi sefardyjscy, którzy przeważają w izraelskim wojsku.
Niecierpliwią się tym bardziej, że oczekują już końca służby. Więcej dowiadujemy się o ich temperamentach niż osobowościach – z wyjątkiem Tomera. Wydaje się bardziej opanowany, ale to tylko pozór, bo w gruncie rzeczy właśnie on najbliższy jest depresji. Wprawdzie reaguje przyjaźnie na zaczepki małego arabskiego chłopca, synka właścicieli domu, jednak zabawa się kończy, gdy dzieciak porywa granat. Tomer najpełniej odczuwa niemożność porozumienia z otoczeniem, to jego szarpie w rozpaczy stara Arabka wypytująca izraelskich żołnierzy o los swego syna. I w końcu to on stanie twarzą w twarz z pełnym agresji ściganym sprawcą śmierci kolegi, zmuszony wtedy do użycia broni. Uważany za programowego pacyfistę – zabija.
Nie było innego wyboru. Jest to gwałtowna i okrutna scena, metaforycznie podsumowująca wojenną edukację tych młodych ludzi. Misja zostaje zakończona. W zakończeniu odjeżdżających mija kolejny patrol. Nowi żołnierze wykrzykują chóralnie obowiązujące zasady, które nakazują nieużywania broni, a jeśli już, to posługiwanie się gumową amunicją. Tylko że za chwilę niewątpliwie skoryguje je rzeczywistość.
Film zrealizował debiutujący w fabule Yariv Horowitz. Ale to reżyser z dorobkiem telewizyjnym, także autor kinowego dokumentu. Znakomicie buduje epizody, zderza reakcje uczestników krótkich, gwałtownych scen i utrzymuje nerwowy rytm narracji. Jest to film zdecydowanie odbiegający nie tylko od stereotypu obrazu wojennego, lecz różny także od modelu, jaki zdawał się narzucać kinu izraelskiemu pamiętny „Liban” Samuela Maoza. W obu podobna jest fizyczna ciasnota sceny akcji – w „Libanie” wnętrza czołgu, tu otoczonej kamiennym murkiem płaszczyzny dachu – ale inny jest punkt dojścia.
Horowitz nie otwiera epickiej perspektywy, świadomie ograniczając się do dramatu rozgrywającego się przede wszystkim w psychice bohaterów. Może nie wszyscy doznają takiego wstrząsu jak Tomer, wszyscy jednak wyjdą zmienieni po tych kilku dniach bezczynnego patrolu na dachu. Brutalna prawda, przekazana wprost, bez próby jakiegokolwiek usprawiedliwiania czy łagodzenia, jest największą siłą tego filmu.
Andrzej Kołodyński, Rock The Casbah, „Kino” 2014, nr 09. s. 84-85

„ZIEMIA MARYI”

21 11 2014 ziemia

Reżyseria Juan Manuel Cotelo

Zrobić dobry film religijny nie jest rzeczą łatwą. Mógł się o tym przekonać każdy, kto miał nieszczęście zobaczyć „Jana Pawła II – Santo Subito. Świadectwa świętości”. Polsko-włoska koprodukcja natrętną dydaktykę łączyła z całkowitym brakiem wyczucia filmowej materii. Nie zdziwiłbym się, gdyby obraz odpowiedzialny był za więcej odejść z Kościoła niż nawróceń. Juan Manuel Cotelo nie powtórzył tych błędów. Jego „Mary’s Land. Ziemia Maryi” stara się być dziełem atrakcyjnym zarówno pod względem treści, jak i formy. I jedno i drugie może budzić kontrowersje i gorące reakcje. Ale przecież właśnie o to chodzi w kinie.
Punkt wyjścia „Mary’s Land. Ziemia Maryi” jest identyczny jak w „Jana Pawła II – Santo Subito. Świadectwa świętości”. W polsko-włoskiej produkcji oglądaliśmy wypowiedzi ludzi, których życie zmieniło się pod wpływem Jana Pawła II. Cotelo zebrał zaś świadectwa tych, których życie zmieniło się pod wpływem kultu maryjnego skupionego wokół objawień w Medziugorie. I na tym podobieństwa się kończą. Reżyser postanowił przekazać Dobrą Nowinę w sposób, który przyciągnie uwagę współczesnego widza. Dlatego też jako bohaterów filmu wybrał barwną grupę osób. Jest wśród nich milioner, supermodelka, zniszczona życiem prostytutka, dotknięta wyniszczającą chorobą była tancerka rewiowa i piosenkarka oraz lekarz, który kiedyś masowo dokonywał aborcji. Są to nie tylko postaci kontrowersyjne, ale również „medialne”. Przykuwają wzrok i skupiają na sobie uwagę widzów. Różnią się prawie wszystkim, co właśnie sprawia, że ich historie są fascynujące. I nie ma znaczenia, czy się z ich przekonaniami zgadzamy, czy też nie. Po prostu dobrze się ich słucha.
Ale na tym nie koniec pomysłów Cotelo. Reżyser nie chciał zrobić kolejnego nudnego dokumentu, w którym pojawiają się gadające głowy. Postanowił więc zatrzeć granicę kina dokumentalnego, dodając do niego wstawki fabularne. Siebie samego wykreował na agenta – samozwańczego Adwokata Diabła – który wyrusza z misją zleconą mu przez Szefową. Jego rozmówcy sami stają się aktorami. Ich wywiady są częściowo fabularyzowanymi inscenizacjami. Cotelo wie, że najlepszą formą edukacji jest zabawa, dlatego bawi się formą, nie stroniąc nawet od kiczowatych chwytów. To zabieg świadomy, z przymrużeniem oka. Tylko przesłanie traktuje poważnie.
Cotelo nie miał wyjścia. Musiał tak podejść do tematu, ponieważ to, o czym nam opowiada, zostanie odrzucone przez bardzo wiele osób. Z jednej strony są ci, którzy w ogóle nie wierzą lub którym katolicyzm kojarzy się tylko z pedofilią i chciwością księży, więc wybrali inną drogę zbawienia. Z drugiej strony są ci chrześcijanie, którzy kult maryjny uważają za formę neopogaństwa, przemycanie wierzeń antycznych związanych Wielką Boginią-Matką. Czy autor filmu może ich przekonać? W gruncie rzeczy wydaje się to nieistotne. Oglądając film Cotelo można odnieść wrażenie, że w CO lub KOGO się wierzy, nie ma znaczenia. Ważne jest po prostu to, że człowiek nie jest kompletny bez życia duchowego. Wiele z wypowiedzi, jakie można usłyszeć w filmie, trąci naiwnością. A jednak potrzeba wiary jest tu tak wielka, że trudno ją kwestionować. Obraz staje się więc – być może nie do końca zgodnie z intencjami jego reżysera – sugestywnym portretem ludzi wypalonych, zgłodniałych, zdesperowanych, dla których jedyną deską ratunku staje się wiara. I choćby dla tego portretu warto go obejrzeć.

„MAGIA W BLASKU KSIĘŻYCA”

21 11 2014 magia

Reżyseria Woody Allen

Woody Allen powraca do Francji, gdzie powstał największy hit w jego karierze – „O północy w Paryżu”. Akcja nowej komedii mistrza błyskotliwego dowcipu toczy się w malowniczej scenerii Lazurowego Wybrzeża, pośród luksusowych rezydencji, modnych kurortów i popularnych klubów jazzowych.
Sławny iluzjonista Stanley Crawford (Colin Firth), na prośbę przyjaciela, przyjeżdża na południe Francji, by zdemaskować kobietę-medium Sophie Baker (Emma Stone), która oczarowała rodzinę amerykańskich bogaczy i rzekomo potrafi czytać w myślach oraz rozmawiać z duchami. Zadanie Stanleya mocno skomplikuje się, kiedy sam padnie ofiarą zniewalającego uroku pięknej Sophie.
Woody Allen realizuje kolejne produkcje filmowe z godną podziwu regularnością. Rok w rok pojawia się nowy tytuł. Oczywiście nie oznacza to, że każdy z nich jest równie udany. Fabularnie i tematycznie „Magia w blasku księżyca” to stosunkowo mało treściwe dzieło, zwłaszcza w porównaniu z niedawną „Blue Jasmine”, ale całkiem przyjemnie się je ogląda.
Gładko napisana prosta historia, sprawnie poprowadzona przez reżysera, zagrana została z dużą dozą wdzięku. Do tego dochodzą piękne kostiumy oraz ogrody i pejzaże Lazurowego Wybrzeża z końca lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Po raz kolejny Allen świetnie się czuje w roli obserwatora życia opływającej w dostatek burżuazji, ludzi prowadzących sielską z pozoru egzystencję, pod którą kryją się najróżniejsze problemy egzystencjalne. A że warstwa filozoficzna scenariusza nie jest tym razem zbyt rozbudowana? No cóż, czasami nie można mieć wszystkiego.
Najnowsza Allenowska przypowieść traktuje o iluzji i manipulacji. Centralną postacią filmu jest światowej sławy iluzjonista (Colin Firth), który potrafi czarować publiczność skomplikowanymi sztuczkami. Jednocześnie jest on sceptykiem, który na tyle dobrze zna wszystkie tajniki swojego fachu, że potrafi zdemaskować wszystkich hochsztaplerów tej branży, żerujących na ludzkiej łatwowierności. Tak mu się przynajmniej wydaje. Jako zawzięty racjonalista uważa, że magia, telepatia i inne nadprzyrodzone zdolności nie istnieją – są tylko odpowiednio dobranymi do poszczególnych sytuacji atrybutami przebiegłych szarlatanów.
Jedną z osób, która w powszechnym mniemaniu posiada niewytłumaczalne zdolności, jest młoda Amerykanka (Emma Stone), pupilka imigranckiej socjety na południu Francji. Wszystko wskazuje na to, że potrafi ona czytać ludzkie myśli, kontaktować się ze zmarłymi i w ogóle robić to wszystko, do czego rasowy sceptyk z definicji musi odnieść się z pełną nieufnością czy wręcz pogardą. Iluzjonista uważa, że bez problemu odgadnie, na czym polegają jej triki, ale okazuje się, że trafiła kosa na kamień – i nie chodzi tu jedynie o dosłowne tłumaczenie nazwiska aktorki. Jest bowiem w tej młodej osobie coś, co od pierwszego spotkania zaczyna fascynować mistrza iluzji. Mistrzowsko przeprowadzane przez nią seanse spirytystyczne skutecznie podsycają jego zainteresowanie. Czy to tylko siła kobiecego wdzięku, czy może jednak autentycznej magii?
Fabularnym fundamentem tej chronologicznie opowiedzianej historii jest więc tajemnica tożsamości, która wcześniej czy później musi zostać wyjaśniona. Allen nigdy nie przywiązywał wielkiej wagi do misternego prowadzenia skomplikowanej intrygi i w przypadku jego najnowszego filmu również nie oglądamy fabularnych fajerwerków. Poszczególne sceny mają jasno określone przeznaczenie i prowadzą do sygnalizowanego przez cały czas zakończenia. Młodej damie od początku towarzyszy bogaty narzeczony, który jest jednak nudny jak flaki z olejem. Czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach chciałby z nim spędzić resztę życia? W porównaniu z warstwą narracyjną o wiele bardziej wyraziste są Allenowskie postacie, ale i to chyba bardziej zasługa odpowiedniego zestawu aktorów niż scenariusza. Interesujące drugoplanowe kreacje tworzą Eileen Atkins, Marcia Gay Harden i Jackie Weaver.
„Magia w blasku księżyca” to kolejna produkcja Allena osadzona w realiach Starego Kontynentu. Świat francuskiej Riwiery jest jednak bardzo umowny. Duża grupa anglojęzycznych postaci czuje się na Lazurowym Wybrzeżu zupełnie jak u siebie w domu. Nie dość, że w okolicy nie pojawiają się żadni Francuzi, to nawet trudno doszukać się w opowiadanej historii jakichkolwiek wpływów lokalnej kultury. Miejsce akcji filmu służy jedynie jako źródło uroczych plenerów, ciepło sfotografowanych przez Dariusa Khondjiego.
Po raz kolejny główny bohater stanowi alter ego samego Allena, inteligentnego sztukmistrza, który w pełni kontroluje świat stworzonych przez siebie iluzji. Reżyser jakoby za młodu próbował sił jako amatorski magik, a jego fascynację tym tematem mogliśmy już zauważyć parokrotnie we wcześniejszych filmach. Tym razem Firth nie stara się w pełni naśladować demiurga, ale odpowiednie skojarzenia i tak się narzucają.
Niewątpliwie jednak wybór uznanego brytyjskiego aktora do zagrania centralnej roli nadaje postaci mężczyzny w średnim wieku odpowiednią klasę i nobilituje słabość bohatera wobec uroków młodej damy. Ale może sercowe przypadki wcale nie są słabością? Może wręcz wspaniale jest stracić dla kogoś głowę i dać się zwariować? Może to jedyna na świecie prawdziwa magia, której mocy należy całkowicie się poddać? A jeśli tak, to co dalej? Pod tym względem, w odróżnieniu od „Blue Jasmine”, najnowsza wizja Allena jest romantyczna aż do bólu.
Niektórzy obserwatorzy wytykają reżyserowi, że epatuje magią związku, w którym mężczyzna jest znacząco starszy od kobiety. Pamiętajmy jednak, że scenariusz ma genezę w doświadczeniach samego autora, który, jak wiadomo, żyje z dużo młodszą od siebie partnerką.
Zbigniew Banaś, Magia w blasku księżyca, „Kino” 2014, nr 09. s. 74-75