dkf

„JACKIE” 05.06.2017 godz. 19.00
„AMERYKAŃSKA SIELANKA” 12.06.2017 godz. 19.00
„KRÓLOWA HISZPANII” 19.06.2017 godz. 19.00
„ZWARIOWAĆ ZE SZCZĘŚCIA” 26.06.2017 godz. 19.00

 

„JACKIE”

31 05 2017 jackie

Reżyseria Pablo Larrain

Jacqueline Bouvier Kennedy ma 34 lata, kiedy jej mąż zostaje wybrany na Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Elegancka i stylowa, od razu staje się globalną ikoną, jedną z najbardziej znanych kobiet na świecie. Jej intuicja i smak w kwestiach mody, sztuki i wystroju wnętrz są powszechnie podziwiane. Jednak 22 listopada 1963 roku poukładane życie Pierwszej Damy rozsypuje się na kawałki. Podczas wyborczej podroży do Dallas, ginie John F. Kennedy, a pogrążona w żałobie Jacqueline na pokładzie Air Force One powraca do Waszyngtonu. Mierząc się z tragedią, postanawia kontynuować dzieło męża. W ciągu kilku dni nie tylko dopisze triumfalny koniec do mitu JFK, ale też ugruntuje legendę, której na imię Jackie.

 

„AMERYKAŃSKA SIELANKA”

31 05 2017 sielanka

Reżyseria Ewan McGregor

Bezkompromisowa ekranizacja, nagrodzonej Pulitzerem powieści Philipa Rotha, z Ewanem McGregorem, Jennifer Connelly i Dakotą Fanning w rolach głównych. Kolejny, po American Beauty, wstrząsający obraz destrukcji amerykańskiego społeczeństwa.
Seymour (Ewan McGregor) ma wszystko, co Ameryka lat 60-tych definiowała jako szczęście: piękną żonę Dawn (Jennifer Connelly), dobrą pracę, wymarzony dom na wsi i ukochaną córkę, Merry (Dakota Fanning). Dzień, w którym dowiaduje się, że jego jedyne dziecko jest zdolne do brutalnych ataków terroryzmu, będzie ostatnim dniem jego dotychczasowego życia. Czy amerykański sen o szczęściu, pokoju i dobrobycie był tylko marzeniem jednego pokolenia?
Powieści Philipa Rotha – najwybitniejszego chyba obecnie amerykańskiego pisarza, kronikarza współczesnych dziejów Stanów Zjednoczonych – dość często przenoszone są na ekran, jednak jak na razie bez oszałamiających rezultatów. A przecież z pozoru idealnie nadają się na adaptacje. Roth konsekwentnie trzyma się konwencji realizmu psychologicznego. Jego książki detalicznie odtwarzają realia minionych dekad, lecz jednocześnie akcji nie brakuje, narracja jest dynamiczna, zaś styl rzeczowy. Coś jednak ewidentnie ginie w przekładzie z papieru na ekran, żadnej więc z dotychczasowych ekranizacji nie można przypisać przymiotnika „wybitna”.
W czym tkwi problem? Może w pesymizmie Rotha? Kino (zwłaszcza amerykańskie) – jako rozrywka raczej ludyczna, tworzona ku uciesze tłumu – generalnie z pesymizmem sobie nie radzi. Próbuje go przykryć morałem albo sentymentalnym wzruszeniem. I to jest właśnie casus adaptacji prozy Rotha, w tym także „Amerykańskiej sielanki”. Gorzka ironia książkowego oryginału gubi się w tonach rzewnych.
Zarazem trzeba obiektywnie przyznać, że jest to udany debiut reżyserski w pełnym metrażu aktora Ewana McGregora (wcześniej nakręcił tylko jedną z części nowelowych „Tube Tales”). Starannie zrealizowany i dobrze zagrany, zwłaszcza przez trójkę głównych aktorów – McGregora, Jennifer Connelly i Dakotę Fanning. Ale swoje pięć minut ma tutaj także Pieter Riegert w roli zażywnego bezpośredniego ojca o ciętym języku. To ciekawe, że urodzony przecież w Szkocji McGregor sięgnął po tak amerykańską powieść i sam też wcielił się w postać na wskroś amerykańskiego… Szweda, bo takie właśnie przezwisko nosi główny bohater, Seymour Irving Levov.
Chłopak pochodzi z żydowskiej rodziny przemysłowców z Newark, lecz jego sława – dzięki sportowym osiągnięciom – wykracza poza granice diaspory. Zresztą, już sam wygląd Seymoura (Roth pisze m.in. o „iście wikingowskiej twarzy niebieskookiego blond zjawiska”), któremu zawdzięcza ksywę, przeczy semickim stereotypom. W połączeniu z sukcesami w baseballu i futbolu czyni on ze Szweda kogoś w rodzaju obcego, a zarazem jakże swojskiego boga uwielbianego zwłaszcza przez zapatrzonych w niego żydowskich podrostków.
Bohater potem przejmuje familijny biznes (fabrykę rękawiczek) i żeni się z byłą miss New Jersey. Rodzi im się córka i razem tworzą wzorcową amerykańską rodzinę. Do czasu. Roth opowiada o wzlocie i upadku tej rodziny, która rozpadnie się, gdy nadejdą burzliwe lata sześćdziesiąte, a ukochana córeczka przystąpi do radykalnej grupy podkładającej bomby.
McGregora zafascynował antyczny tragizm historii opisanej przez Rotha. Mniej go więc interesuje kontekst historyczno-społeczny, a bardziej uniwersalna przypowieść o siłach, nad którymi nie jesteśmy w stanie zapanować, mimo najlepszych chęci i najszczerszych uczuć. Szwed jest ukazany na ekranie jako dobry człowiek starający się wieść uczciwe, pracowite życie dla swej rodziny i społeczności. Poglądy ma umiarkowane, nie wikła się w żadne ekstrema, a jednak staje się ofiarą „wojny, której nie rozpętał”.
Układa się to w poruszającą historię, co nie zmienia faktu, że wyraźnie widać skróty, jakie poczynili twórcy (scenariusz podpisał John Romano). Bo też jak tu zmieścić w niespełna dwugodzinnym filmie powieść liczącą sześćset stron? Roth jest w książce dużo bardziej dwuznaczny i wnikliwy. Punktem wyjścia czyni osobistą relację narratora, pisarza Nathana Zuckermana, ze Szwedem, którego wielbił jako małolat i do którego wciąż, na stare lata, czuje ów dawny dziecinny podziw, choć zarazem dostrzega fasadowość jego postawy „człowieka sukcesu”.
Roth powiada na kartach powieści, że „american dream” skończył się już dawno temu, jednak Amerykanie nadal usilnie próbują go śnić. Równie ważny jak historia z lat sześćdziesiątych jest więc współczesny kontekst (książka ukazała się pod koniec lat dziewięćdziesiątych, czyli jeszcze przed zamachami z 11 września, które dla wielu stały się brutalnym przebudzeniem). McGregor kończy główną opowieść dość nagle, a przeskok do teraźniejszości głównie wywołuje w widzu pytanie, co też przez ten czas działo się z bohaterami.
Wyraźnie brakuje perspektywy, która pozwoliłaby nam dostrzec ciągłość między gwałtownymi przemianami ery „dzieci kwiatów” (niekoniecznie tylko niewinnych i pokojowo nastawionych, jak się okazuje), a naszą epoką i jej wstrząsami. Taka perspektywa mogłaby wpisać filmową „Amerykańską sielankę” w zbiór „amerykańskiej mitologii”, która wciąż kształtuje postawy i wierzenia nie tylko przecież obywateli USA.
Bartosz Żurawiecki, Amerykańska sielanka, „Kino” 2017, nr 1, s. 84-85


„KRÓLOWA HISZPANII”

31 05 2017 krolowa

Reżyser Fernando Trueba

Gwiazda filmowa (Penelope Cruz) wraca po latach do Europy, by zagrać w wielkiej produkcji „Królowa Hiszpanii”. Znane nazwiska, najlepsi fachowcy, bajeczne plany zdjęciowe i setki statystów – na pierwszy rzut oka wszystko wygląda idealnie. Do momentu, gdy statyści zaczynają wymykać się spod kontroli, fachowcy romansować, reżyser zamiast krzyczeć „akcja!” zasypia, a mający zastąpić go członek ekipy filmowej, zostaje aresztowany. Reszta filmowców – zbieranina barwnych i przezabawnych osobowości – rusza mu na ratunek i obmyśla genialny plan ucieczki.
„Królowa Hiszpanii” to zabawna komedia o kinie, przegranych marzeniach, tęsknocie za sławą i Hiszpanii lat 50. Fernando Trueba dość szybko wprowadza widzów w klimat swojej opowieści, osądzając ją na pograniczu fikcji i rzeczywistości. Początkowa przebieżka przez zdjęcia z kroniki filmowej informują o zakończonej wojnie, obozach koncentracyjnych i dochodzeniu Franco do władzy. I choć polityka i historia odgrywa tutaj dużą rolę, to pochód barwnych i zabawnych postaci wyróżnią tą produkcję z grona poprawnych produkcji.
Wariacja na temat heist movie, przerysowanej komedii i satyry ustawia ten film w kontrze do amerykańskich produkcji. Choć Trueba wzoruje się za stylu opowiadania dawnego Hollywood, przerabia go na swoje potrzeby, podbija aktorskie zachowania i przerysowuje wieloznaczne postaci. Przygląda się swoim bohaterom w krzywym zwierciadle, dając prztyczka w nos mitotwórczym właściwością kinematografii. Macarena Grande (Penelope Cruz), hiszpańska aktorka, która z powodzeniem zrobiła karierę za Oceanem, przybywa do Hiszpanii by zagrać tytułową rolę w filmie o królowej Isabelli. Przepełniona aspiracjami, nauczona swego zawodu w Aktor Studio, wierna Metodzie, pragnie w pełni poświecić się swojemu zadaniu, jednak dość szybko przekonuje się, że ogromna produkcja, będąca zapowiedzią budowy nowych amerykański-hiszpańskich relacji, jest jedną wielką improwizacją.

Międzynarodowe środowisko, różne podejścia do wykonywanej pracy i konfrontacja światopoglądów przynoszą wiele zabawnych sytuacji. Trueba tak jak bracia Coen w Ave, Cezar! Przygląda się filmowemu środowisku i z wprawą bawi utrwalonymi stereotypami. W pochodzie przerysowanych postaci otrzymamy przegraną aktorkę, która tęskni za wielką karierą, ukrywającego się geja i lesbijkę, którzy dla niepoznaki są małżeństwem, pijanego i wiecznie śpiącego szkockiego reżysera, przystojnego członka ekipy technicznej, amerykańskiego przystojniaka z homoseksualnymi zapędami i hiszpańskiego macho. Ich wzajemne interakcje, choć pełne ciepła i serdeczności, złośliwych komentarzy i kąśliwych uwag, niezwykle dynamizują akcję.
„Królowa Hiszpanii” jest kinem pełnym sprzeczności, ale właśnie przez to staje się zabawny. Zatknięcia wielkiego Hollywood ze złudzeniem wielkiego tworzenia. Absurdy powojennej rzeczywistości za rządów Franco i wielka przyjaźń, która nie pozwala porzucić przyjaciela na pastwę losu. Bogactwo wątków i postaci przyciąga uwagę, intryguje i zachwyca stylistką. Aktorzy momentami w groteskowy sposób wyolbrzymiają reakcje i emocje, stają się oderwani od rzeczywistości, aby za chwilę do niej powrócić i w bardzo naturalny sposób podążać za fabularnymi rozwiązaniami.
Maskarada przebierańców zanurzonych w szarym świecie, który z pewną tęsknotą spogląda w odległą przeszłość, kiedy tworzyły się legendy, staje się intrygującą rozrywką z intelektualnymi pretensjami. Polityczny wątek wciąż rezonuje gdzieś w tle, ale nigdy nie przejmuje sceny. Trueba doskonale bawi się wizerunkiem Penelope Cruz, która ocieka seksapilem, ale nie jest przy tym wulgarna. Doskonale wpisuje się w stereotypowe wyuzdanie środowiska i podniosły charakter odgrywanej przez siebie postaci królowej Izabelli.
Ten film to szaleństwo, pozytywna energia i radość tworzenia (pojawia się nawet ironiczny komentarz do Evity Alana Parkera). Hiszpański reżyser prezentuje miks gatunkowy, który, pomimo kilku oczywistych rozwiązań, potrafi zaskakiwać. „Królowa Hiszpanii” to pojemna szkatułka pełna niespodzianek. Forma, dowcip i celne uwagi dają satysfakcję oglądania.
Małgorzata Czop


„ZWARIOWAĆ ZE SZCZĘŚCIA”

31 05 2017 zwariowac

Reżyseria Paolo Virzì

Beatrice (Valeria Bruni Tedeschi) jest gadatliwą manipulantką, która stylizuje się na milionerkę obracającą się w środowisku wyższych sfer. Donatella (Micaela Ramazzotti) to wrażliwa introwertyczka o wytatuowanym i kruchym ciele, która skrywa mroczną tajemnicę swojej przeszłości. W komedii Paola Virzìego te dwie pacjentki „ośrodka terapeutycznego dla kobiet z problemami psychicznymi” połączy przyjaźń. Pewnego popołudnia postanawiają uciec, by szukać szczęścia i miłości w wolnym świecie „zdrowych” ludzi.

Współczesne kino włoskie układa się poniekąd we wzór trójkąta bermudzkiego, którego punkty szczytowe wyznaczają nazwiska tak uznanych reżyserów jak Matteo Garrone („Gomorra”, „Pentameron”), Paolo Sorrentino („Boski”, „Wielkie piękno”) i Nanni Moretti („Habemus Papam”, „Moja matka”). Tym ciekawsi stają się zatem autorzy, którym od czasu do czasu udaje się wyrwać z tego układu. Tak dzieje się w przypadku Paola Virziego. Swoim najnowszym filmem twórca „Kapitału ludzkiego”, udowadnia, że bez wątpienia gra w pierwszej lidze włoskiego kina.
Beatrice Morandini Valdirana (Valeria Bruni Tedeschi) jest postacią równie wydumaną, jak jej wieloczłonowe arystokratyczne nazwisko. Nie bez przyczyny rozpuszczona elegancka mitomanka budzi skojarzenia z niejaką Blanche DuBois, bohaterką „Tramwaju zwanego pożądaniem” Tennesse’ego Williamsa. Donatella Morelli (Micaela Ramazzotti) stanowi rzecz jasna jej przeciwieństwo. Milcząca, wiecznie smutna, prawdę o sobie ma rozpisaną na ciele, w postaci licznych tatuaży.
Bohaterki poznają się przypadkiem w ośrodku przymusowej terapii odwykowej Villa Biondi w Toskanii. Każda z nich skrywa tajemnice, do tego stopnia mroczne, że związane z wyrokami sądowymi (w przypadku Valdirany jest ich wręcz kilkanaście). Pomimo odmienności charakterów i statusu społecznego, ekstrawertyczka i introwertyczka znajdują nić porozumienia. Pewnego dnia włoskie Thelma i Louise spontanicznie uciekają z ośrodka, żeby – dosłownie i w przenośni – zwariować ze szczęścia. Ich szalona podróż zmieni się jednak w misję, która nie tylko jeszcze bardziej je do siebie zbliży, ale też pomoże im zmierzyć się z prześladującymi je demonami przeszłości.
Paolo Virzi bez wątpienia wyrasta na spadkobiercę wielkiej tradycji włoskiej tragikomedii, której rozkwit i złote czasy kojarzy się zazwyczaj z takimi gigantami jak Dino Risi, Pietro Germi czy Ettore Scola. Commedia all’italiana w najlepszym wydaniu cechuje się groteską, moralną niejednoznacznością, satyrycznym ostrzem, łamaniem tabu. Od zawsze stanowiła również próbę analizy socjologicznej włoskiego społeczeństwa.
W całej swojej twórczości Virzi próbuje pokazać Włochom ich mroczne oblicze. Najpełniej uczynił to w znakomitym „Kapitale ludzkim” (2014), w którym chłodno i w konwencji noir opisał „wielką brzydotę” Italii, gnijącej w politycznych odchodach jej byłego premiera, osławionego Silvia Berlusconiego. Nie bez przyczyny twórczość Virziego zestawia się z filmami Paola Sorrentina. Virzi jest o wiele bardziej zdyscyplinowany formalnie, stroni od efekciarstwa i monumentalizmu. Ale podobnie jak twórca „Młodości”, stawia na interesujące postacie, które niosą na swoich barkach ciężar całego filmu.
Tak dzieje się w przypadku „Zwariować ze szczęścia”. Bez cienia przesady można stwierdzić, że nie było wcześniej we włoskim kinie podobnie charyzmatycznego kobiecego duetu. Beatrice i Donatella są szaleńczo dynamiczne, słabe i silne zarazem. W żadnym momencie nie mizdrzą się do widza, chwilami bywają antypatyczne albo wręcz autystyczne. Jako widzowie mamy zresztą świadomość ich mentalnej kruchości.
Doskonale wiemy, że Beatrice i Donatella potrzebują pomocy psychiatrycznej i że nie trafiły na odwyk przez pomyłkę czy przypadek. Ale pomimo tej wiedzy nie przestajemy im kibicować w (skazanej na porażkę) wyprawie. Beatrice i Donatelle są – najprościej mówiąc – stuknięte, ale równocześnie bliskie, ludzkie. Virzi i partnerująca mu przy pisaniu scenariusza Francesca Archibugi (jedna z najważniejszych reżyserek we współczesnej Italii) dają bohaterkom przestrzeń, żeby mogły zarówno nieziemsko zaszaleć, jak i koszmarnie się wygłupić. Zabawić się i mieć na drugi dzień morderczego kaca. Bez zbędnego moralizatorstwa i nadmiernej ckliwości, za to z dużą dozą czułości, na którą Donatella i Beatrice – pomimo popełnionych głupot i licznych wad – zasługują.
Reżyser nie usprawiedliwia zachowania bohaterek wprost. Ale można wyczytać w jego filmie następującą myśli: współczesne Włochy gniją. I to od wewnątrz. Pozbawione są racjonalnego planu naprawczego, pomysłu na jakąkolwiek lepszą przyszłość. To chyba wystarczający powód, żeby oszaleć. Niekoniecznie ze szczęścia.
Diana Dąbrowska, Zwariować ze szczęścia, „Kino” 2017, nr 3, s. 77