dkf

„NAJLEPSZY” 04.12.2017 godz. 19.00
„SIERANEVADA” 11.12.2017 godz.19.00
„CZYM CHATA BOGATA” 18.12.2017 godz. 20.00

„NAJLEPSZY”

28 11 2017 najlepszy
Reżyseria Łukasz Palkowski

Nowy film reżysera kinowego hitu „Bogowie” Łukasza Palkowskiego. Twórca znów sięga po życiorys niezwykłej osoby. Człowieka, który udowodnił, że prawdziwi bohaterowie nie boją się upadać i potrafią podnieść się z największego dna.
Głównym bohaterem filmu „Najlepszy” jest sportowiec, który zachwycił świat, a który w Polsce do dziś pozostaje osobą praktycznie nieznaną. To fascynująca, pełna morderczego wysiłku, spektakularnych upadków i niezwykłej siły historia inspirowana życiem Jerzego Górskiego, który ukończył bieg śmierci oraz ustanowił rekord w triathlonowych mistrzostwach świata, zdobywając tytuł mistrza na dystansie Double Ironman z czasem 24h:47min:46sek. Ten rekord nie byłby jednak możliwy, gdyby w jego życiu nie pojawiły się dwie kobiety. Jedną stracił. Druga stała się inspiracją, aby zawalczył o swoje życie.
Na ekranie zobaczymy m.in.: Jakuba Gierszała, Janusza Gajosa, Magdalenę Cielecką, Arkadiusza Jakubika, Tomasza Kota, Mateusza Kościukiewicza, Adama Woronowicza, Artura Żmijewskiego, Annę Próchniak, Kamilę Kamińską i Szymona Warszawskiego.
Autorem zdjęć jest Piotr Sobociński Jr., który odebrał nagrodę podczas 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni za zdjęcia do „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego.

Biografia Jerzego Górskiego, polskiego triathlonisty i zdobywcy tytułu „podwójnego ironmana”, jest idealnym materiałem na hollywoodzką opowieść o drodze „przez ciernie do gwiazd”. Górski zaczyna jako nastoletni narkoman w peerelowskiej Legnicy: długowłosy blond-hipis, przechodzący z morfiny na kompot, pakujący się w konflikt z prawem i siłą odsunięty od ukochanej dziewczyny i ich (poczętego w pijanym widzie) dziecka. Kończy z kolei jako mistrz świata najbardziej morderczej dyscypliny sportu, jaką można sobie wyobrazić, a jego tryumf zbiega się w czasie z upadkiem muru berlińskiego. Innymi słowy, jest to nadwiślański „Rocky”, „Ali” i „Million Dollar Baby” w jednym – i nic dziwnego, że do reżyserowania całości zaproszono Łukasza Palkowskiego, który trzy lata temu stworzył w „Bogach” (2014) biograficzny hit o Zbigniewie Relidze (a raczej o tym, że „w Polsce jednak można”), obejrzany w kinach przez dwa miliony widzów z nawiązką.

Wchodzący na nasze ekrany „Najlepszy” jest nie tylko box-office’owym pewniakiem (co publiczność FPFF w Gdyni potwierdziła wyjątkowo żywiołową reakcją), ale też znakiem osiągnięcia przez Palkowskiego twórczej dojrzałości. O ile „Bogowie” byli napędzani strumieniem dialogu płynącego z wielką łatwością spod pióra Krzysztofa Raka, o tyle prawie wcale nie kłopotali się ani wewnętrznym życiem Religi, ani tym, co uczyniło go takim a nie innym człowiekiem. Tymczasem scenarzyści „Najlepszego”, Agatha Dominik i Maciej Karpiński, postawili na klasycznie hollywoodzką formułę, w której bohater wciąż musi mierzyć się ze swoją ciemną stroną, każdemu zwycięstwu grozi widmo kolejnej porażki, a ciąg klęsk i tryumfów układa się w opowieść o przemianie. Kiedy w „Bogach” grany przez Tomasza Kota kardiochirurg pojawiał się na ekranie po raz pierwszy, był już uformowanym człowiekiem: szelmowsko uśmiechniętym ironistą, któremu z dość niejasnego powodu przypadały najlepsze riposty w każdej scenie. Z kolei Jerzy Górski z pierwszej sceny „Najlepszego” to kto inny – fizycznie, psychicznie, moralnie – niż Jerzy Górski ze scen ostatnich. Dzieje się tak dzięki pracy grającego go Jakuba Gierszała, dzięki scenariuszowi przeprowadzającemu Górskiego od bieda-hipisowskiej ułudy do faktycznego tryumfu nad sobą samym – wreszcie dzięki autentycznemu zainteresowaniu, jakim Palkowski (bodaj pierwszy raz w całej swojej karierze) obdarzył własnego bohatera i zamieszkany przezeń świat.

Pierwsze minuty „Najlepszego” są zwodnicze i zwiastują niemalże powtórkę z „Bogów”: oto Jurek i jego dziewczyna Grażyna (Anna Próchniak, wkraczająca na ekran w kożuszku à la Maria Schneider z „Ostatniego tanga w Paryżu”) uciekają przed milicją przez ciemne zaułki Legnicy w roku 1978 w rytm „Born to Be Wild” grupy Steppenwolf. Scena pulsuje energią, ale energią pożyczoną skądinąd – tak jak było to w „Bogach”, gdzie James Brown i Booker T & The M.G.’s na ścieżce dźwiękowej mieli dorzucać do pieca „po amerykańsku”. Tu niby jest tak samo, ale szybko orientujemy się, że tym razem świat otaczający bohatera i on sam zarysowane są o wiele precyzyjniej i z lepszym okiem do szczegółu. Chemia między Próchniak i Gierszałem dodatkowo uwiarygadnia całą pierwszą część filmu, tak że od początku wiemy dokładnie, kim są młodzi ludzie obecni na ekranie – i dlaczego wchodzą na drogę, z której co najmniej jedno osunie się w nicość.

Kiedy do krańca narkotykowego upodlenia dociera także Jurek (toczący boje z sobą samym w postaci lustrzanego demonicznego odbicia, żyjącego własnym życiem i zwracającym się do bohatera wprost), w jego życiu zaczyna się przemiana. Trafia na odwyk do Monaru, przechodzi brutalny detoks i wraca do zarzuconej w dzieciństwie pasji sportowej. Mniej więcej od połowy film zaczyna być niemal dosłowną kalką z „Rocky’ego”, z sekwencjami montażowymi streszczającymi treningi bohatera i z energią wznoszącą aż po wielki finał.
  
Ta wtórność i kliszowość „Najlepszego” mogłaby być zarzutem, gdyby nie jeden bezsprzeczny fakt: ten film naprawdę działa. Działa, bo bohater ma czytelną motywację (chce stać się godnym ojcem dla dziecka poczętego jeszcze w okresie uzależnienia z Grażyną) – a przede wszystkim działa, bo Palkowski dokładnie wie, co robi. Wspólnie z operatorem Piotrem Sobocińskim Jr. tworzy świat nocnej Legnicy, z samotnym kioskiem Ruchu przypominającym smutny, blaszany pomnik życiowego niespełnienia (powracający z wielką siłą w finale). Co ważniejsze jednak, wespół z Jarosławem Barzanem – jednym z najlepszych polskich montażystów – Palkowski nadaje filmowi pulsujący, muzyczny rytm. Pomijając nawet dwie popisowe sekwencje, w których czas i miejsce akcji ulega zakrzywieniu i rozdwojeniu (raz pod wpływem narkotyków, a drugi pod wpływem emocji i wycieńczenia ostatnich partii triathlonu), montaż w „Najlepszym” może służyć jako prawdziwe master-class na poziomie światowym.

Jeśli dodać do tego bardzo dobrą rolę Gierszała, który jest jednym z najbardziej pracowitych polskich aktorów młodego pokolenia, świetny drugi plan z zaskakująco małą (jak na Palkowskiego) ilością grepsów i z fenomenalnym Januszem Gajosem jako Markiem Kotańskim, dostaniemy komercyjny produkt klasy A. Nie wszystkie role są tak samo trafione, ale jako tzw. enseble, czyli zespół aktorski, obsada „Najlepszego” świetnie pracuje na cały film.
Palkowski jako reżyser przeszedł długą drogę od czasu „Rezerwatu” z roku 2008: wciąż nie jest mistrzem subtelności (co w „Najlepszym” ujawnia się zwłaszcza w przesadzonym, ćpuńskim make-upie Gierszała), ale zaczyna skutecznie powściągać grubą kreskę. O ile w „Rezerwacie” mieliśmy jeszcze do czynienia z Palkowskim, który scenę obłapiania pracownicy przez szefa zaczynał od zbliżenia na jej odsłonięty brzuch macany włochatą łapą, a osiedlowego homofoba ośmieszał paskudząc jego głowę ptasimi odchodami, o tyle w „Najlepszym” po takich szczeniackich chwytach są już tylko pojedyncze ślady (należy do nich zatrudniona w klubie sportowym pani Nina: agresywna karykatura polskiej mody lat osiemdziesiątych).

Żeby robić kino doprowadzające do łez i pozwalające wierzyć, że nasze życie daje się żyć lepiej, nie trzeba być reżyserem subtelnym – ale trzeba mieć wiarę, energię i tę szczególną jakość, nazywaną przez Amerykanów „drive’em”. Palkowski wszystkie te cechy posiada. I nawet jeśli w tym hiper-amerykańskim filmie najmniej przekonuje sama Ameryka (zdjęcia udające Kolorado są jaskrawo europejskie, a w tłumku zawodników nie dostrzegamy ani jednej twarzy nie-białej i nie-słowiańskiej), to i tak widzę w „Najlepszym” prawdziwy tryumf polskiego kina popularnego, którego sprawność i szczerość współdziałają w sprawie dobrej i ważnej jednocześnie.
Michał Oleszczyk

„SIERANEVADA”

28 11 2017 SIERANEVADA

Reżyseria Cristi Puiu

Po co spotyka się każda rodzina? Z miłości? Z obowiązku? Żeby sobie wygarnąć? „Sieranevada”, najnowszy film w reżyserii Cristiego Puiu, to pełen czarnego humoru komediodramat o rodzinnej uroczystości z nieoczekiwanym finałem. To przenikliwa wiwisekcja relacji między bliskimi oraz refleksja nad codziennymi kłamstwami i niedopowiedzeniami, tworzącymi fundament każdej rodziny.
Bukareszt. W sobotnie przedpołudnie 40-letni lekarz wraz z żoną udaje się na rodzinną uroczystość ku pamięci zmarłego 40 dni wcześniej ojca. Gdy krewni czekają na spóźniającego się kapłana, na światło dzienne wychodzą sekrety i zadawnione urazy, a temperaturę spotkania dodatkowo podnosi bieżąca polityka. Wkrótce rodzinny zjazd przeradza się w regularną wojnę domową.
Cristi Puiu, obok Cristiana Mungiu, jest jednym z ojców rumuńskiej Nowej Fali. W 2005 roku jego „Śmierć pana Lazarescu” zdobyła główną nagrodę w canneńskiej sekcji Un Certain Regard. „Sieranevada” miała swoją światową premierę w konkursie ostatniego festiwalu w Cannes, została też rumuńskim kandydatem do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny.
Nieczęsto ma się wrażenie, oglądając film zagranicznego twórcy, że udało mu się uchwycić niezwykle ważny aspekt również polskiej rzeczywistości. Cristi Puiu w „Sieranevadzie” przedstawił oryginalnie, minimalistycznie, a przy tym sugestywnie społeczne napięcia panujące obecnie w krajach byłego bloku wschodniego. Nie chodzi jedynie o kwestie polityczne i niewygasłe spory o spadek po komunizmie, ale również, a może właśnie przede wszystkim, o problem wciąż niedokończonego procesu modernizacji i wynikających z tego konfliktów o percepcję otaczającego nas świata.
Film rozpoczyna jedna z najbardziej oryginalnych i zapadających w pamięć scen otwarcia w kinie ostatnich lat, przypominająca eksperymenty z percepcją filmową przeprowadzane przez Michaela Hanekego. Z oddali, jakby z drugiej strony ulicy, obserwujemy szamoczącą się parę ludzi. Kobieta wychodzi z samochodu, mężczyzna odjeżdża, następnie pojawia się starsza kobieta z dzieckiem. Wszyscy są podenerwowani i wymieniają zdawkowe uwagi.
Puiu wprowadza widzów w niezrozumiałą sytuację, dodatkowo umiejscawiając kamerę w taki sposób, żeby zasugerować obecność osoby trzeciej – anonimowego obserwatora. Operator łamie święte zasady obiektywizacji punktu widzenia kamery – skąpi informacji o obserwowanych wydarzeniach, pozornie niechlujnie filmuje scenę, by zwodzić widzów, zaniepokojonych tym, co oglądają.
Kluczowym zabiegiem zastosowanym we wspomnianym kilkuminutowym ujęciu z początku filmu jest humanizacja perspektywy kamery. Jej chaotyczne ruchy symulują sposób percepcji człowieka, który reaguje na dźwięk klaksonu czy wzburzone gesty obserwowanych osób, podążając wzrokiem za najmocniejszymi bodźcami. Wrażenie zrównania punktu widzenia kamery z ludzkim spojrzeniem zostało dodatkowo wydobyte poprzez jej pozornie niefortunne usytuowanie.
Banalną scenę obserwujemy z nietypowego dla filmowych dzieł dystansu: słyszymy jedynie strzępki rozmów, a bohaterów raz po raz zasłaniają przejeżdżające samochody. To ujęcie, nienaturalnie przeciągnięte, jak na standardy klasycznej filmowej narracji, ustanawia zasady, którymi będą się rządzić kolejne sekwencje. Puiu zdaje się już na wstępie przestrzegać, że wszystko, co oglądamy, jest pokazywane z konkretnej, zsubiektywizowanej perspektywy, która zakrzywia ekranową rzeczywistość.
Ta metarefleksja na temat klasycznych zasad budowania filmowej dramaturgii i przyzwyczajeń percepcyjnych widzów ma przełożenie również na warstwę fabularną. W ciasnym mieszkaniu zbiera się rodzina, żeby uczestniczyć w stypie po pogrzebie seniora rodu. Na kilkudziesięciu metrach kwadratowych przeciskają się, przytulają, wyzywają i kłócą reprezentanci różnych klas społecznych i pokoleń – choć należący do jednej rodziny.
Kamera przepycha się między nimi i w bardzo długich ujęciach z antropologiczną skrupulatnością przygląda się napiętym relacjom. Stypa w „Sieranevadzie” ma zbliżoną funkcję do wesela w polskiej kulturze. Podobnie jak to było u Wyspiańskiego, Wajdy, Smarzowskiego czy Wrony, Puiu gromadzi pod jednym dachem cały naród. Jednak w przeciwieństwie do polskich dzieł, autor wykracza poza lokalne spory, podejmując uniwersalny problem kolizji ludzkich wspólnot, definiowanych poprzez różną wiedzę.
„Sieranevadę” można nazwać filmem weberowskim, fotografującym niezwykły moment w kulturze, w którym dochodzi do zapętlenia procesu racjonalizacji przy równoczesnym funkcjonowaniu wielu równoległych kulturowych światów. Reprezentantką świata tradycji jest seniorka rodu, która wielką wagę przykłada do zachowania obyczajów – nie pozwala, na przykład, zasiąść do stołu przed wizytą popa – natomiast przedstawicielami oświeconej nowoczesności są młodzi, dobrze wykształceni.
Jednak w swoim gronie również nie są w stanie dojść do porozumienia – jeden z nich podaje wszystko, o czym rozmawiają, w wątpliwość, powołując się na spiskowe teorie wyczytane w Google’u, a tym samym podkopuje w duchu postmodernizmu osiągnięcia procesu modernizacji i racjonalizacji wiedzy. Rodzinne spotkanie z czasem przeradza się w małe piekiełko – na światło dzienne wychodzą długo skrywane tajemnice, biesiadnicy zaczynają wchodzić w jałowe spory o historię i bieżącą politykę. Zahaczają nawet o globalne konflikty zbrojne i atak na World Trade Center. Każdemu się wydaje, że tylko on ma monopol na prawdę i może ironicznie spoglądać zarówno na nieoświeconych, jak i cyników.
Puiu przygląda się bohaterom z etnograficznym dystansem, jakby obserwował nieznane mu indiańskie plemię ze wzgórz Sierra Nevady. Interesuje go to samo, co wyruszających na badania terenowe antropologów, wchodzących w interakcję z reprezentantami obcej kultury: ich obyczaje, zachowania społeczne i mechanizmy budowania wspólnoty. Wrażenie przeprowadzania przez autora czasochłonnej obserwacji uczestniczącej wzmaga sposób fotografowania filmowej rzeczywistości.
Puiu korzysta z długich, kilkuminutowych ujęć i stawia kamerę w taki sposób, żeby obserwować bohaterów z jednego punktu widzenia. Akcja tego prawie trzygodzinnego filmu rozgrywa się niemal w czasie rzeczywistym i, z małymi wyjątkami, w jednej przestrzeni, zatłoczonego, ciasnego mieszkania. Reżyser celowo dedramatyzuje filmowe wydarzenia i nie snuje jednej spójnej opowieści. Raczej rozszczepia narrację na serię genialnych mikroscenek.
Największą siłą „Sieranevady” jest jej niewiarygodny wręcz realizm – z tego względu można uznać dzieło Puiu za najdonioślejsze osiągnięcie rumuńskiej nowej fali, której znakiem rozpoznawczym jest kurczowe trzymanie się codzienności i zwykłego życia. Osiągnięty efekt jest konsekwencją nie tylko jedności czasu i miejsca, i nieefektownej lecz niezwykle przemyślanej pracy kamery, ale również wybitnej inscenizacji i wyjątkowo naturalnej gry aktorskiej.
Dzięki synergii tych elementów, oglądając „Sieranevadę”, ma się wrażenie podglądania prawdziwych ludzi, niespotykane w takim nasileniu nawet w filmach dokumentalnych. Przy całym tym potężnym artystycznym i intelektualnym potencjale dzieło Puiu odznacza się również lekkością i komizmem – gdy do głosu dochodzi humor, okazuje się, że Rumun nie tylko obserwuje bohaterów, ale również celnie punktuje ich przywary.
Napięcie między sugerowanym etnograficznym dystansem, humanizacją spojrzenia kamery, fabularnością ekranowych wydarzeń i subiektywizacją perspektywy sprawia, że „Sieranevada” zadaje pytania zarówno na temat konfliktów społecznych, przemian politycznych w krajach byłego bloku wschodniego czy procesów modernizacyjnych, jak i dyskursów realizmu, autorefleksyjności sztuki filmowej i mechanizmów percepcji. Tak wielopoziomową refleksję są w stanie podjąć tylko najwybitniejsze dzieła – a taka bez wątpienia jest „Sieranevada”.
Michał Piepiórka, Sieranevada, „Kino” 2017, nr 6, s. 74-75

„CZYM CHATA BOGATA”

28 11 2017 chata

Reżyseria Philippe De Chauveron

Jean-Etienne Fougerole, bogaty pisarz-celebryta podczas telewizyjnego programu, promując swoją nową książkę „Czym chata bogata”, nieopatrznie zaprasza pod swój dach romską rodzinę. Gdy do jego wspaniałego domu wprowadzą się nowi lokatorzy, cały świat stanie na głowie. Dwie rodziny, dwa światy, różne obyczaje. Czy wzajemne uprzedzenia mogą doprowadzić do… wielkiego cygańskiego wesela?

Znamy to wszyscy: politycy, publicyści, domorosłe autorytety dzień po dniu prezentują się w telewizji, uczestnicząc w demagogicznym plebiscycie popularności. Wygłaszają obietnice bez pokrycia, składają deklaracje, których nie spełnią i w zasadzie nikt tego od nich nie oczekuje. Widownia gadającym głowom już dawno przestała wierzyć. Co jednak stałoby się, gdybyśmy zaczęli brać polityków za słowo, gdybyśmy zmusili ich do odpowiedzialności za złożone obietnice? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w nowej francuskiej komedii „Czym chata bogata!”.
 

Bohaterem filmu jest Jean-Etienne Fougerole (Christian Clavier). To popularny lewicowy ideolog, autor bestsellerowych książek na tematy sprawiedliwości społecznej, tolerancji i otwartości. Ostatnimi czasy jego poglądy nie sprzedają się jak ciepłe bułeczki. Większą popularnością cieszą się wypociny prawicowego ksenofoba Clémenta Barzacha. Podczas telewizyjnej debaty, wyprowadzony z równowagi przez młodszego i przystojniejszego oponenta, Fougerole składa deklarację: zaprasza do swojego domu Romów. To miała być tylko medialna wrzutka, która powinna podbić jego popularność. Nie spodziewał się, że ktokolwiek potraktuje ją poważnie. Tak się jednak stało. I już wkrótce (za namową pewnego krętacza) przed bramą luksusowego domu Fougerole’a pojawiła się cała rodzina Babika (Ary Abittan), łącznie ze świnią…
Tak zaczyna się zabawna satyra na współczesnych polityków oraz ideologów. Twórcy z całkowitą bezwzględnością rozdzierają zasłonę obłudy i demagogii. Mocno dostaje się przede wszystkim lewicowym populistom. Fougerole i jego żona to weterani walki o lepsze jutro z lat 60. W kółko opowiadają o niedoli klasy robotniczej i deklarują poparcie dla emigrantów. Jednak w filmie pełno jest scen pokazujących, w jakich luksusach żyją, a jedynym obcym, z jakim mają do czynienia, jest ich hinduski lokaj. 

Twórcy wykorzystują w filmie również wszystkie najgorsze stereotypy, które o obcych opowiadają wszelkiej maści rasiści i ksenofobi. Stąd Babik i jego rodzina pokazani są jako biedacy, żebracy, drobni złodzieje, psychicznie upośledzeni, których higiena osobista pozostawia sporo do życzenia. Te żarty byłyby nie do zniesienia, gdyby nie fakt, że wszyscy w filmie traktowani są równo.

Ważne jest też to, że reżyser i scenarzyści nie są złośliwi wobec bohaterów. Mogą bezlitośnie naśmiewać się z prostoty Romów i dwulicowości lewicowych ideologów, ale same postaci filmu traktują z wielką sympatią. Babik, Fougerole i cała reszta nie są wyrafinowanymi draniami. To ludzie o złotych sercach i dobrych intencjach, którzy chwilowo się pogubili. A co ich może naprowadzić z powrotem na właściwą drogę? Tylko kontakt z tym, co obce, inne, nieznane. Pozytywnej energii dostarczają też sami aktorzy. Clavier i Abittan oddają się satyrycznemu szaleństwu z zaangażowaniem, ale i dystansem, co sprawia, że chcąc nie chcąc widz zaczyna pałać sympatią do bohaterów.

Niestety na poziomie pomysłu film jest o wiele ciekawszy i wartościowszy od tego, co ostatecznie dostajemy. Twórcy nie do końca panują nad komediowym chaosem. I nie jestem przekonany, czy w ogóle próbują. Dlatego też, by naprawdę dobrze się bawić, potrzeba odrobiny dobrej woli. Fani francuskiego poczucia humoru powinni być jednak usatysfakcjonowani.

Marcin Pietrzyk