dkf

„KWARTET” 04.12.2013 godz. 20.00
„SAMOTNY PORT MIŁOŚĆ” 09.12.2013 godz. 19.00
„18 SPOTKAŃ PRZY STOLE” 16.12.2013 godz. 19.00
„BLUE JASMINE” 30.12.2013 godz. 19.00


„KWARTET”

29 11 2013 dkf1

Reżyseria Dustin Hoffman

Przewrotna komedia o życiu i miłości w reżyserii Dustina Hoffmana. Prawdziwy popis gry aktorskiej w wykonaniu gwiazdorskiej obsady: laureatki dwóch Oscarów Maggie Smith, jednego z najsłynniejszych brytyjskich komików Billy’ego Connolly’ego, nominowanej do nagrody Akademii Pauline Collins i dwukrotnie nominowanego do Oscara Toma Courtenaya.

Zanim „Kwartet”, debiut reżyserski Dustina Hoffmana, wszedł do naszych kin, pokazany miał być na bydgoskim Plus Camerimage. Jako uczestnik festiwalu zapytałem, czy powinienem filmu szukać w osobnej sekcji debiutów? – „Nie ośmieliliśmy się” – odpowiedziano mi – „umieścić między debiutantami kogoś, kto skończył 75 lat!”.

Bohaterami „Kwartetu” są emerytowani muzycy i aktorzy z wytwornego, ale zagrożonego likwidacją schroniska. Zawód bohaterów nie jest przypadkiem. Na decyzję Dustina Hoffmana nie mógł nie mieć wpływu fakt, że fabuła dotyczy ludzi jego profesji. Ale był chyba jeszcze drugi powód. Dotyczący muzyczności. (…) I tu zarysowało się frapujące zadanie – ocalić najwyższy osiągalny poziom muzyczny fabuły, nie ujmując jej nic z precyzji dramaturgii psychologicznej. Wynikała z tego trudna do osiągnięcia konieczność: zatarcia różnic między grą zawodowych aktorów a grą śpiewaków. W tym właśnie szansę miał reżyser o osobistym doświadczeniu aktorskim. A od tego zawisło powodzenie filmowego „Kwartetu”.

Już tu jest miejsce, by stwierdzić, że debiutujący reżyser błyskotliwie wywiązał się z zadania. Poza aktorami filmowymi z najwyższej półki, Maggie Smith i Tomem Courtenayem, zgromadził elitę wykonawców operowych i wokalistów. Użył napisów końcowych, by przypomnieć nazwiska tych mało znanych z kinematografii osób, przedstawiając nie tylko ich twarze, ale także szczytowe osiągnięcia. Niezależnie od ilości czasu ekranowego przyznanego tej czy tamtej postaci, każda rola wydaje się kompletna, wystarczająca do zindywidualizowania bohatera, nawet gdy chodzi o pokazanie kogoś tylko przy grze w kanastę, przy ćwiczeniach krykieta czy przy akompaniowaniu na trąbce.

„Kwartet” jest filmem o starości. Przypomina powiedzenie Beethovena, że nie jest ona dla mięczaków, że można uczyć się, jak przeżywać ją z satysfakcją. W filmie Hoffmana chęć bohaterów do życia jest zaraźliwa. (…)

Dramaturgicznie „Kwartet” zbudowany jest na dwóch motywach. Pierwszym jest stosunek przybywającej do schroniska ex-gwiazdy, Jean, do znienawidzonego Rega, którego żoną „była przez dziewięć godzin”, i którego nie spodziewała się znaleźć w Beecham House. Ze zdumieniem konstatuje, że dożyła wieku zapominania i wybaczania. Drugim motywem jest muzyka. W najlepszym wykonaniu i w ogromnej ilości. Zwłaszcza muzyka – uwaga – „popularnych kompozytorów angielskich Verdiego i Pucciniego”, których doroczny koncert pensjonariusze właśnie przygotowują. Lista zacytowanych utworów jest tak długa, że aby je wszystkie zmieścić, reżyser stosuje długie ujęcia plenerowe jako tło.

Wtręty plenerowe nie są tu ciałem obcym. Przeciwnie, stanowią uprawniony odpoczynek po obfitości dialogów z teatralnego oryginału, zresztą wcale dowcipnych („Twój śpiew wycisnął mi łzy z uszu; Rzucenie palenia przedłuży jej życie? O ile? O tydzień, który i tak będzie deszczowy!”). Mówi się tu dużo, ale sens filmu wyjawią dopiero dwa pojedyncze słowa, które padną w finalnej scenie.

Hoffman zrobił film angielski, nie amerykański. Świadczy o tym nie tylko to, że Beecham House znajduje się w Anglii. Także i to, że jak w filmie angielskim każda z postaci ma ściśle określone miejsce na drabinie społecznej, co nienatrętnie, ale czytelnie hierarchizuje uczestników. Kiedy na koncercie oklaski nagradzają grupę wykonawców, kamera wpatruje się nie w nich, tylko w despotycznego reżysera, Cedrica: to on wstaje, woła „Dziękuję” i przypisuje sobie większą część owacji. Gdy do domu ma przyjechać Jean, kierownictwo wysyła po nią samochód, choć robi to nie dla każdego. Uwadze pensjonariuszy nie uchodzi, że zarezerwowano dla niej jeden z największych pokoi pałacyku. Kiedy po filmie my, widzowie, zechcemy klaskać, Dustin ma prawo wstać i powiedzieć „Dziękuję”, trafnie przypisując sobie większość owacji, jako nowo odkrytemu talentowi reżyserii.

Jerzy Płażewski, Kwartet, „Kino” 2013, nr 04, s. 71-72

„SAMOTNY PORT MIŁOŚĆ”

29 11 2013 dkf2

Reżyseria Aku Louhimies

Vuosaari to wielokulturowe wschodnie przedmieścia Helsinek, gdzie w pewien śnieżny zimowy tydzień krzyżują się drogi kilkorga bohaterów. Narkomanka Iiris i niebieski ptak Make kochają się i nienawidzą. 17-letnia Milla pragnie uciec od zwyczajnego życia i rozpocząć karierę modelki. Samotna matka Marika wręcza każdemu z bliskich wyraz swoich uczuć, jakby się z nimi żegnała. Pewien mąż szuka ciepła i zrozumienia u blondwłosej kochanki, bo nie znajduje ich u zimnej jak lód żony. Chłopczyk z rozbitej rodziny przelewa wszystkie uczucia na psa, którym się opiekuje…

„Samotny port – miłość” to przejmująca opowieść o poszukiwaniu miłości, a zarazem wielowymiarowy portret współczesnego fińskiego społeczeństwa: dorosłych i dzieci, bogatych i biednych, Finów oraz „przyjezdnych”. Historie ludzi przedstawionych przez Aku Louhimiesa są szczere i tak prawdziwe, że każdy może się w nich odnaleźć. Po tym filmie ma się ochotę przytulić swoich bliskich – na tym polega jego wielka siła!

(…) Fiński film, który w oryginale nosi tytuł „Vuosaari” – co jest nazwą portowej dzielnicy Helsinek. Nowoczesnej i to bardzo – a więc wielopiętrowe bloki i puste przestrzenie między nimi. W intencji architektów niewątpliwie przeznaczone na zieleń, ale na ekranie pokryte śniegiem, w którym gdzieś tam grzęzną ludzkie sylwetki. Aż robi się zimno! Nie ma wątpliwości, że mieszkańcy Vuosaari są samotni i wyobcowani. W każdym razie ci, których historie poznamy na ekranie. Taka jest wizja reżysera (jednocześnie scenarzysty), Aku Louhimiesa. Każdy artysta widzi po swojemu, więc nie ma znaczenia, że Vuosaari jest w gruncie rzeczy tętniącą życiem, barwną dzielnicą zamieszkałą przez robotników i imigrantów.

Mozaikowa konstrukcja (trudno o inne określenie) filmu nie przynosi jakiejś socjologicznej syntezy. Trudno byłoby nazwać Louhimiesa kontynuatorem Roberta Altmana („Na skróty”) czy Alexandra Gonzáleza Inárritu („Babel”). Jego luźno zestawione, krzyżujące się raczej przypadkowo opowieści są poetyckimi refleksjami na temat samotności. Samotności egzystencjalnej, czasem tylko zawinionej przez warunki społeczne.

Owszem, społeczność – w tym akurat przypadku niewielka, bo szkolna – winna jest wyobcowaniu rosyjskiego emigranta, kilkunastoletniego chłopca, prześladowanego przez kolegów. Chłopak chce się zbuntować, ma nawet w ręku broń palną. Oczekujemy krwawej szkolnej tragedii, jednej z tych, o jakich czyta się co jakiś czas w prasie, ale film przynosi niespodziankę. Pozytywną. To z pewnością jeden z lepszych epizodów, pełen dramatycznego napięcia i ludzkiej prawdy. Z innymi bywa różnie. Wzrusza opowieść o dziewczynce, którą z oddaniem opiekuje się przechodzącą chemioterapię samotną matką – ale brakuje wyraźniejszej pointy. Nie ma też pointy historia dziecka dla odmiany zaniedbywanego, chłopca dręczonego przez egoistyczną matkę, któremu odebrany zostaje jedyny przyjaciel – pies.

Tyle o dzieciach. Jest jeszcze nastolatka gotowa zrobić wszystko, aby stać się sławna, ale jej naiwność poddana zostanie bolesnej i niebezpiecznej próbie. Mentalność dziewczyny jest produktem tabloidów, które są dziś chorobą cywilizacyjną, ale inną sprawą jest bezmyślna bierność, z jaką się poddaje tej szkodliwej fikcji, bierność wynikająca z nieobecności jakichkolwiek wartości w życiu rodzinnym. Portowe miasto ma swoje ciemne podziemie, którego pierwszym kręgiem jest porno-biznes. A gdzie indziej mogłaby trafić śliczna jak lalka dziewczyna, bezbronna, bo pozbawiona jakiejkolwiek opieki?

No i kolejny temat: dorośli. Dręczący dorastającego syna nieudacznik, który chce w ten sposób zrealizować swoje żałosne ambicje. To historia dość płaska i męcząca, ale prowadzona konsekwentnie, nawet z niespodziankami. Oczywiście, w takim filmie musi być małżeński kryzys, trójkąt – bardziej seksualny niż miłosny – w sterylnym, chłodnym apartamencie. I coś gwałtownego: opowieść o opętanej seksem i pragnieniem ucieczki nimfomance i jej czarnoskórym partnerze, masochistycznie poddającym się każdemu poniżeniu. Kobieta chce uciec, nieważne dokąd, nieważne jak. Jeśli trzeba po drodze popełnić przestępstwo, to się je popełni. Byle tylko wyrwać się, choć nie bardzo wiadomo gdzie i po co. To jakby karykatura klasycznego melodramatu z dawnych lat. Na koniec – świadek, choć nie dosłownie, ale przez samo przeżycie obcości – którego rola przypada amerykańskiemu biznesmanowi. Zabłąkany w mieście, skazany na niemożność porozumienia (nie zna języka!), doznający w końcu fizycznej przemocy. To świadek, ktoś obcy, kto wyczuwa przygnębiający ciężar miasta, ale nie potrafi zdobyć się na żaden osąd. Pozostaje tylko przybyszem.

A przecież oczekuje się jakiejś konkluzji. Te historie nie układają się w żaden wzór. Trudno byłoby to jednak uważać za błąd twórcy. Raczej zamierzenie: rzeczywistość obserwowana obiektywnie musi pozostać przypadkowa. Może więc żadnego wzoru nie powinniśmy szukać? Ale polski tytuł podsuwa trop interpretacyjny, który jednak daje się odczytać. Jest nim słowo „miłość”. Tego właśnie brakuje wszystkim przedstawionym na ekranie ludziom. Pragną jej, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy. Pragnienie miłości najboleśniej naznacza skazane na samotność dzieci – a tylko niektórzy z dorosłych zdolni są do przekazania uczucia. Bo nie tylko miasto pokrywa zimna skorupa śniegu. Nieobecność miłości mrozi ludzką codzienność, paraliżuje życiową aktywność. Aku Louhimies wydaje się uczulony na ten właśnie aspekt rzeczywistości. Ma już przecież w dorobku dwa filmy zatytułowane, z pewnością nieprzypadkowo, „Kraina mrozu i „Zamarznięte niebo”.

Andrzej Kołodyński, Samotny port – miłość, „Kino” 2013, nr 05

„18 SPOTKAŃ PRZY STOLE”

29 11 2013 dkf3

Reżyseria Jorge Coira

Uliczny muzyk usiłujący odzyskać straconą miłość, dwóch skacowanych przyjaciół przy śniadaniu, aktor gotujący dla ukochanej, która nigdy nie przychodzi, dwóch kochanków ukrywających się przed światem, kucharka marząca o karierze piosenkarki, zagubiony Macedończyk, starsi państwo, którym jedzenie zastępuje miłosne słowa… Jeden dzień, 6 śniadań, 6 obiadów, 6 kolacji i 6 historii starych i nowych miłości: tych szczęśliwych, tych, którym nie daje się szansy oraz tych, które już wygasły. Układanka z uczuć wielu różnych postaci, które łączy jeden cel: szczęście.

Hiszpania, Galicja, Santiago de Compostela — już same te nazwy wywołują nutkę ekstazy, rozkoszy i relaksu. Kiedy dodamy do tego urok tamtejszej kuchni to zmysły rozpoczynają ciekawą podróż, w którą zabierają nas ze sobą. Jednak, by była ona pełna, potrzebni są odpowiedni ludzie, dopełniający tę aromatyczną przestrzeń.

Wszystkie składniki miesza ze sobą Jorge Coira w filmie 18 spotkań przy stole, tworząc bardzo ciekawe, psychologiczne wręcz przedstawienie postaci, których najważniejsze decyzje, przemyślenia, kłopoty, troski i smutki ukazywane są podczas przygotowywania oraz spożywania posiłków.

Akcja filmu rozgrywa się podczas jednego dnia, który zostaje podzielony na trzy części: śniadanie, obiad i kolację. Każda pora posiłku ukazuje sześć różnych historii, których nierozłącznym tłem jest kuchnia. Na całość 18 spotkań przy stole składają się ciekawe osobistości, które wraz z biegiem dnia oraz godzin posiłków, przeżywają coraz większe i bardziej intensywne emocje. Ich działania nabierają coraz szybszego tempa, zawirowania oraz rozterki stają się bardziej dokuczliwe, by w końcu mogły zostać zastąpione przez podjęcie właściwej decyzji, która będzie prowadziła do szczęścia.

Przy stole poznajemy: niespełnioną mężatkę, tęskniącą za dawną miłością życia, ulicznego grajka, który nie potrafi wymazać z pamięci ukochanej sprzed lat kobiety, dwóch podpitych przyjaciół przy śniadaniu, emigranta Macedończyka, próbującego rozpocząć nowe życie, parę gejów, podejmujących próbę ujawnienia się światu, aktora przygotowującego śniadanie, obiad i kolację na dziewczyny, która nigdy nie przychodzi, kucharkę marzącą o karierze piosenkarki, parę młodych kochanków poznanych przypadkiem zeszłej nocy, w końcu starsze małżeństwo, którym słowa nie są już potrzebne do miłości…

Wbrew pozorom wszystkie powyższe postaci oraz ich perypetie są ze sobą związane. Niektórzy z nich mijają się wzajemnie, uzupełniają, zaś pewni zostają bądź też pozostaną ze sobą połączeni. Kuchnia będzie tych wydarzeń świadkiem. Wraz z rozpoczęciem filmu wydaje nam się, że będziemy świadkami zupełnie różnych historii. Jednak stają się one wspólne dla wszystkich bohaterów.

Niezwykłym atutem 18 spotkań przy stole jest poczucie braku scenariusza, sztywnych ram oraz ról aktorskich tego filmu. Ogląda się go niczym dokument, zaś widzowie są bezpośrednimi świadkami rozgrywających się wydarzeń. Jest to skutek sposobu przedstawienia opowieści bohaterów. Jakby pozostawiona przez reżysera kamera w ich domach rejestrowała ich poczynania i słowa. Stąd niezwykłe poczucie prawdziwości i spontaniczności postaci oraz samego obrazu, który bezdyskusyjnie wart jest obejrzenia.

„BLUE JASMINE”

29 11 2013 dkf4

Reżyseria Woody Allen

Po spektakularnej filmowej wycieczce po najbarwniejszych miastach Europy (zmysłowa Barcelona, romantyczny Paryż i kipiący humorem Rzym), Woody Allen powraca do rodzinnej Ameryki.

Jasmine (Cate Blanchett) przywykła do wygodnej egzystencji u boku męża-biznesmena Hala (Alec Baldwin). Do świata luksusowych rezydencji i limuzyn, kolacji w najdroższych restauracjach Nowego Jorku i zakupów w butikach topowych projektantów. Jednak kiedy Hal zostaje zatrzymany pod zarzutem malwersacji, a konta małżeństwa zablokowane, jej uporządkowane życie z dnia na dzień zmienia się nie do poznania. Żeby ukoić skołatane nerwy i uniknąć kłopotliwych spotkań ze znajomymi z nowojorskiej elity, Jasmine przenosi się do San Francisco, by tymczasowo zamieszkać u  swojej siostry Ginger (Sally Hawkins). Szybko popada w konflikt z Chilim (Bobby Cannavale), prostolinijnym narzeczonym siostry. Szukając mężczyzny dla siebie, postanawia przy okazji uszczęśliwić Ginger i znaleźć jej odpowiedniejszego partnera.

Wkrótce siostra pozna rozrywkowego Ala (Louis C.K.), a o względy Jasmine zaczną zabiegać temperamentny lekarz (Michael Stuhlbarg) i szarmancki dyplomata Dwight (Peter Sarsgaard), zafascynowany jej urodą i arystokratycznym szykiem. Zawiłe relacje męsko-damskie staną się okazją do popisów błyskotliwego poczucia humoru Woody’ego Allena, który z właściwą sobie przenikliwością i inteligencją punktuje ludzkie słabości swoich bohaterów.

„Jestem z Nowego Jorku, a ściślej z Park Avenue” – powiada Jasmine (Cate Blanchett), bohaterka najnowszego filmu Woody’ego Allena, a nowojorska publiczność wybucha śmiechem. Jasmine żyje obsesją statusu, mimo brutalnej degradacji, jaka ją spotyka. Jej mąż, milioner Hal (Alec Baldwin), okazał się oszustem i powędrował za kratki, gdzie popełnił samobójstwo. Każdy skrawek zgromadzonego przezeń luksusu trafił pod młotek, zostawiając Jasmine bez niczego. Apartament przy Park Avenue nagle zmienił się w ciasne mieszkanie jej siostry Ginger (Sally Hawkins), zamieszkałej w San Francisco i rozpamiętującej finansową krzywdę, jaką Hal wyrządził także i jej. Roztrwonił bowiem wygraną loteryjną, mogącą odmienić życie zarówno Ginger, jak i jej byłego męża imieniem Augie (Andrew Dice Clay). Jasmine – świadomie bądź nie – nie zrobiła nic, by temu zapobiec.

Film ma kilka tematów wiodących, spośród których większość rozpoznajemy błyskawicznie jako klasycznie Allenowskie. Jest tu więc neuroza, chroniczne poczucie klęski, a także ironia losu, wywracającego szachownicę w połowie partii i zmuszającego do gry innym zestawem pionków. Tak jak w „Drobnych cwaniaczkach” (2000) i we „Wszystko gra” (2005), struktura klasowa pokazana została jako Stendhalowska drabina, po której szczeblach daje się co prawda przy odpowiednim wysiłku wejść, ale które nieraz pękają w połowie drogi. Ten wymiar „Blue Jasmine” oczywiście doczekał się błyskawicznych pochwał w Stanach, jako że Ameryka ma bzika na punkcie kryzysu ekonomicznego i postrzega się jako ofiarę chciwości „bankierów z Wall Street” (ciekawe jednak, że dla polskiego widza „biedne” mieszkanie Sally Hawkins wygląda jak spełniony sen o wygodnej stabilizacji).

Rola Jasmine jest narcystycznym aktorskim marzeniem: mieszanką mitomanii, kabotyństwa, paniki i wrażliwości, pozwalającą na błyskawiczne zmiany tonu i oscylowanie między skrajnościami, bliskimi sercu każdej divy. Blanchett jest bezwstydna w wyciskaniu roli niczym cytryny (musiała wymyślić bodaj 20 różnych sposobów nerwowego odkręcania butelki wódki), a Allen z radością jej sekunduje, obficie igrając z jej ekranowym wizerunkiem: w jednym i tym samym filmie dostajemy i Blanchett – wcielenie elegancji, i Blanchett z plamami potu pod pachami i tuszem do rzęs spływającym po twarzy. Co druga scena wygląda jak oscarowy klip grany przy wyliczaniu nominacji – mimo wielu wspaniałych momentów i subtelności, pod koniec pozostaje wrażenie nachalnego popisu.

Operator Javier Aguirresarobe pracuje z Allenem po raz drugi (wcześniej sfilmował dlań „Vicky Cristinę Barcelonę” w rodzimej Hiszpanii) i ma to szczęście, że mistrz postanowił (zaledwie trzeci raz w karierze liczącej sobie 43 pełne metraże) nakręcić film panoramiczny, idealnie oddający piękno tak ulic San Francisco, jak i rozległych nowojorskich (i nie tylko) wnętrz, do których przyzwyczajona jest Jasmine. Struktura filmu oscyluje między przeszłością a teraźniejszością, z retrospekcjami wplecionymi dość siermiężnie – tak, że elegancja zdjęć zostaje podminowana wybojami montażu.

Prawdziwą niespodzianką jest wyciszona rola Andrew Dice’a Claya – obecnie siwiejącego już komika estradowego, który swego czasu słynął ze spływających mizoginią występów, a tu przypomina zranionego niedźwiedzia, nadrabiającego miną i kryjącego rozpacz pod skorupą cwaniactwa. O roli obecnej supergwiazdy stand-upu, Louisa C. K., najlepiej milczeć, bo wygląda jakby Allen omyłkowo wpiął w scenariusz „Blue Jasmine” scenę ze swego kolejnego filmu (który już powstaje, rzecz jasna).

Jedno jest pewne: film godny jest obejrzenia. Mimo wad, zawiera też prawdziwe skarby, takie jak scena ostatnia. Zamiast mocnego dramatycznego efektu dostajemy przyciszoną, ale wstrząsającą kodę świadczącą o ostatecznym odklejeniu się Jasmine od rzeczywistości. Legendarna piosenka Rodgersa i Harta „Blue Moon” – służąca przez cały film za memento zaręczyn Jasmine z Halem – powraca raz jeszcze, ale Jasmine nie pamięta już słów. Allen, miłośnik muzyki popularnej z pierwszej połowy XX wieku, z całą pewnością liczy, że odpowiednie linijki – na przykład te o sercu wytartym z marzeń i o miłości, która go nie zamieszkuje – dopowiemy sobie sami. Ta cicha, wyszeptana modlitwa dziękczynna do księżyca za zdarzający się nagle cud miłości w uszach melancholika z Manhattanu jest jedynie znakiem ułudy, nieodmiennie kończącej się ruiną.