dkf

POWSTANIE WARSZAWSKIE 01.09.2014 godz. 19.00
JACK STRONG 08.09.2014 godz. 19.00
POD MOCNYM ANIOŁEM 15.09.2014 godz. 19.00
HARDKOR DISKO 22.09.2014 godz. 19.00
OBIETNICA 29.09.2014 godz. 19.00

„POWSTANIE WARSZAWSKIE”

27 08 2014 powstanie

scenariusz Joanna Pawluśkiewicz, Jan Ołdakowski, Piotr C. Śliwowski

„Powstanie Warszawskie” to pierwszy na świecie dramat wojenny non-fiction zmontowany w całości z materiałów dokumentalnych, opowiadający o tytułowym wydarzeniu poprze historię dwóch młodych reporterów, świadków powstańczych walk. Film wykorzystuje autentyczne kroniki filmowe z sierpnia 1944 roku. Posiłkując się nowoczesną technologią koloryzacji i rekonstrukcji materiałów audiowizualnych oraz zapraszając do współpracy grup znamienitych twórców, jego autorzy zrealizowali projekt, który nie ma odpowiednika w skali światowej.
6 godzin oryginalnych kronik z Powstania Warszawskiego; 7 miesięcy pracy; zespół konsultantów ds. militariów, ubioru, architektury, również urbanistów, varsavianistów i historyków; 1000 godzin konsultacji kolorystycznych; 1200 ujęć; 1440 godzin koloryzacji i rekonstrukcji; 112.000 wybranych klatek; 648.000 minut rekonstrukcji; 22.971.520 megabajtów danych – to tylko niektóre liczby pozwalające uświadomić sobie, choćby częściowo, ogromny nakład pracy i środków włożonych w realizację projektu.

„Powstanie Warszawskie” nie zostało podpisane nazwiskiem reżysera, bo też trudno tu o takowym mówić. Materiał filmowy powstawał w czasie insurekcji. Za kamerą stali, w większości dziś anonimowi, operatorzy pracujący dla Biura Informacji i Propagandy KG AK. Z ich pracy pozostały skrawki, trwające zazwyczaj po kilkanaście sekund.Ekipa filmu postawiła sobie za cel pokolorowanie pojedynczych klatek i ułożenie z nich jednej spójnej narracji. Rozmiar przedsięwzięcia budzi szacunek, ale to nie jedyny powód, dla którego należy się realizatorom uznanie. Swoim dziełem twórcy uzupełniają lukę w powstańczych opowieściach, bowiem zwracają uwagę na codzienne życie powstańców.  „Powstanie Warszawskie” to przede wszystkim realizm drobnych spraw: przygotowania i spożywania posiłków, codziennej higieny, dbania o bezpieczeństwo rodziny etc. To także bezcenna kronika mody (choć może to akurat nie do końca właściwe słowo) i obyczajów – w filmie zobaczymy i prawdziwe wesele, i żołnierskie manewry. To wszystko składa się na niezapomnianą panoramę Warszawy 1944 roku, z jej dramatami i tragediami, ale też małymi radościami. To także hołd dla powstańczych filmowców, o których historia rzadko dziś pamięta. Wykluczeni z kręgu bohaterów, dzięki temu filmowi wchodzą do niego w wielkim stylu. Dopiero po latach ich zasługi zyskują realną wartość. W czasie powstania żołnierzom z kamerami podobno częściej ubliżano, wyzywając ich od migających się od obowiązku służenia ojczyźnie  tchórzy, którzy wolą chować się za obiektywem niż stawiać czoła wrogowi. Także Karol i Witek, młodzi operatorzy, których twórcy uczynili głównymi bohaterami tej opowieści, po wielokroć zadają sobie pytanie, czy to, co robią, może się równać z działaniami ich walczących kolegów. Starszy nie ma wątpliwości, młodszy musi dopiero dojrzeć, by dostrzec wartość pracy, którą wykonuje. Bracia towarzyszą widzowi przez cały czas, chociaż ich twarzy nigdy nie widzimy. Mówią do nas z offu głosami Macieja Nowickiego (Witek) i Michała Żurawskiego (Karol), przedstawiają swoją historię, a czasami tłumaczą to, na co właśnie patrzymy. Nie ma tu uproszczeń ani łopatologii. Operatorzy mówią tyle, ile jest potrzebne, by widz niezależnie od wieku zrozumiał rozgrywające się na ekranie wydarzenia. W tym aspekcie udało się utrzymać twórcom dyscyplinę, za to pofolgowali sobie, uzupełniając – niepotrzebnie – relację Karola i Witka o wątek rodzinny i miłosny. Kiedy chłopcy kręcą powstanie, w domu czekają stęsknione kobiety: schorowana matka i umierająca z miłości Joasia, narzeczona Karola. Ich rzewne listy wytrącają widza z opowieści, dodają niepotrzebnego melodramatyzmu, tak jakby przedstawione na ekranie wydarzenia nie były same z siebie wystarczająco wymowne. To pójście na łatwiznę. Gwarancja tego, że widz opuści kino z mokrą chusteczką. Mimo to „Powstanie Warszawskie” wywiązuje się z zadania. Połączenie dokumentów z najnowszą technologią sprawia, że widz ma wrażenie, jakby Powstanie rozgrywało się tuż obok niego, za murami kina.  W dodatku, jest to wreszcie film, który w newralgicznym momencie naszej historii dostrzega życie, a nie tylko śmierć.
Autor jest redaktorem naczelnym portalu Stopklatka.pl
Artur Zaborski, Powstanie Warszawskie, „Kino” 2014, nr 06

„JACK STRONG”

27 08 2014 strong

reżyseria Władysław Pasikowski

Rzucił wyzwanie Imperium. Zmienił losy świata. Zapłacił za to najwyższą cenę. Jack Strong – szpieg, który ryzykował wszystko, co kochał. Władysław Pasikowski sięga po ukrywaną przez lata, prawdziwą historię największego szpiega naszych czasów.

Dyskusja o pułkowniku Ryszardzie Kuklińskim, tajnym agencie amerykańskiego wywiadu, skazanym przez władze PRL na karę śmierci, po 1989 roku przybrała łatwą do przewidzenia dynamikę. Spór toczył się wokół nieśmiertelnego pytania: bohater narodowy czy zdrajca, który złamał przysięgę? Chociaż emocje związane z tą postacią ucichły, film Władysława Pasikowskiego, stawiający słynnego szpiega na piedestale polskiego patriotyzmu, prawdopodobnie podzieli widownię. Skądinąd wiadomo, że wkładanie kija w mrowisko jest sprawdzoną strategią autorską twórcy „Pokłosia”, ale publicystyka w żadnym razie nie stanowi o największej wartości jego nowej produkcji.
„Jack Strong” nie ujawnia żadnych rewelacji historycznych i nie będzie przełomem w myśleniu o sprawie Kuklińskiego. Jest za to trzymającym w napięciu thrillerem, czerpiącym pełnymi garściami z klasycznych filmów szpiegowskich, kapitalnie wykorzystującym estetykę kina noir do opowiedzenia historii polskiego szpiega jako faceta, który wykiwał „Ruskich”. Nie brakuje w „Jacku Strongu” stereotypów, ale część z nich to koszt kina gatunków karmiącego się kliszami. Poza wszystkim to dobra rzemieślnicza robota.
(…) Kukliński, grany przez Marcina Dorocińskiego, jest postacią tajemniczą, samotną, niespełnioną, psychologicznie tylko naszkicowaną, niepełną i naznaczoną brakiem – jak bohaterowie romantyczni. Widz widzi, że to patriota, ale właściwie nie wie, dlaczego ryzykuje on własne życie i bezpieczeństwo rodziny dla ryzykownej akcji bez gwarancji powodzenia. Ten konstrukcyjny unik wybiela Kuklińskiego, spłaszcza go, ale ma też zaletę, bo pozwala Pasikowskiemu zrezygnować z psychologizowania i skupić się na budowaniu napięcia i tempa akcji. Reżyser umiejętnie wykorzystał zasadę, że nie musimy wszystkiego wiedzieć o bohaterze, aby mu kibicować.
Kukliński ukrywał przed rodziną swoją podwójną tożsamość. Im bardziej był oddany tajnej służbie, tym bardziej izolował się i zamykał w sobie. Szkoda, że sceny rodzinne, ilustrujące samotność bohatera, wypadają najsłabiej. Pasikowski, specjalista od męskiego kina, nie radzi sobie z językiem kobiet (gender się kłania) i młodzieży. Dynamicznie pokazuje za to dramat bohatera w zawieszeniu, rozdartego między Sprawą a rodziną, Wschodem i Zachodem, bohaterstwem i zdradą. W narracji czuje się inspiracje klasykami. Słychać echa filmów ulubionych reżyserów Pasikowskiego, na których lubi się powoływać: Scorsese, Peckinpaha, a nawet Melville’a. Duża w tym zasługa innych realizatorów, autora muzyki Jana Duszyńskiego i autorki zdjęć Magdaleny Górki, która z sukcesem wykorzystała doświadczenie z USA na polskim podwórku. Stylizowana rzeczywistość PRL chwilami wygląda straszniej niż nawiedzony dom z horroru „Paranormal Activity 3″, do którego kręciła zdjęcia.
W roli zagranej przez Dorocińskiego nie ma aktorskiej szarży. Jest dużo milczenia. Milczenie jest złotem. Chociaż aktor chciał pokazać dramat zwykłego człowieka, w jego postaci buzuje mitotwórczy potencjał życiorysu Kuklińskiego. W tym bohaterze, jak w narodowym zwierciadle, odbija się pełna resentymentów fantazja o polskim herosie, który dzięki sprytowi (i kilku jankeskim gadżetom) robi Rosjan w konia. Agent Jack Strong, stający incognito w obronie narodu, ba, walczący z narażeniem życia o bezpieczeństwo międzynarodowe i ład globalny, to nowe wcielenie Konrada Wallenroda, skrojone na miarę nieskromnych aspiracji współczesnej Polski.
Warto na koniec zwrócić uwagę, że pomimo nacisku na wykorzystanie schematów kina szpiegowskiego i sensacyjnego, Pasikowski zachowuje autorski charakter pisma, widoczny zwłaszcza w oszczędnych, ale sugestywnych dialogach. Reżyser ma nadzieję, że po obejrzeniu „Jacka Stronga” Polacy uznają Kuklińskiego za jednego z największych bohaterów XX wieku. Nie wiem, czy tak się stanie, ale być może uwierzą, że polskie kino gatunków nie jest oksymoronem. To i tak będzie misja specjalna!
Łukasz Knap, Jack Strong, „Kino” 2014, nr 02, s. 68

„POD MOCNYM ANIOŁEM”

27 08 2014 aniol

reżyseria Wojtek Smarzowski.

Pomysł na opowieść opiera się na założeniu, że czas pijaka nie jest czasem linearnym. To co przedtem dzieje się jednocześnie potem i teraz. Żeby to zrozumieć, trzeba pić. Czas w tym filmie to kluczowy element. Główny bohater pije, leczy się, trafia na odwyki, znowu pije. Szybko gubimy poczucie czasu. Nie wiemy, który to odwyk, nie wiemy który raz nasz bohater pierze swój obsrany dres. On też tego nie wie. Ucieka mu czas. W momencie, w którym sobie to uświadomi, zacznie się leczyć naprawdę. Takie traktowanie czasu narzuca rozpięcie historii na trzech porach roku, wiosenno-letniej, jesiennej i zimowej. Niektóre sceny chcę tak prowadzić, żeby między jednym a drugim słowem zmieniała się aura przy jednoczesnym zachowaniu ciągłości dialogu i emocji. Chciałbym, żeby przez pierwszą część filmu widz się świetnie bawił (kto z nas się nie śmiał z pijaka?), przez następną czuł narastające zażenowanie, a na koniec, żeby przerażony milczał.
Zapewniam, że z powieści Jerzego Pilcha oraz z mojego – sądzę, że mogę tak napisać – niegrzecznego widzenia kina można zmontować extra-mocny koktajl. Będzie miał sporo kolorów bo pracuję z aktorami na półtonach i niuansach, będzie międzynarodowy bo wierzę, że są szanse na festiwale, i zapewniam, że będzie popularny bo picie to jednak cały czas nasz sport narodowy. Tylko z tym kacem każdy będzie musiał sobie radzić sam.
Na zdrowie. Prosit.
Wojtek Smarzowski

W przeciwieństwie do „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” Marka Koterskiego szlak alkoholowy nie jest Drogą Krzyżową. To błędne koło – sklep monopolowy, knajpa, izba wytrzeźwień, nierzadko oddział intensywnej terapii, odwyk… „I apiat”, od nowa, aż do usranej (często, niestety, w dosłownym tego słowa znaczeniu) śmierci. „Po raz kolejny postawiliśmy pana na nogi” – niczym mantra powracają na ekranie słowa doktora Granady (Andrzej Grabowski), kierowane do głównego bohatera, pisarza Jerzego (Robert Więckiewicz) na zakończenie kuracji odwykowej. Ile jeszcze razy się uda, zanim delikwent wyląduje na cmentarzu?
(…) Wszyscy jesteśmy równi wobec butelki, a wszelkie próby wywyższania się, czynienia ze swego chlania „duchowej misji” natychmiast zostają przez kuracjuszy i personel wyszydzone. Także pisarza, któremu wydaje się, że może kontrolować swoje uzależnienie, sprowadzają tutaj do parteru. Jednak inaczej niż w „Weselu” czy „Domu złym”, gdzie Smarzowski malował fresk społeczny z wieloma równorzędnymi bohaterami, w „Pod Mocnym Aniołem” postać Jerzego wyraźnie wybija się na pierwszy plan. Robert Więckiewicz prawie nie schodzi z ekranu (a że prawdziwe z niego zwierzę aktorskie, to i tę bestię ludzką gra bezbłędnie), dzieło zaś jest przede wszystkim próbą przełożenia alkoholowych doświadczeń pisarza na język kina. Stąd np. montażowe odpowiedniki „urwanego filmu” – zdania przerwane w pół słowa, niedokończone sytuacje, nagłe przeskoki w czasie i przestrzeni. Im bliżej końca, tym obraz coraz bardziej się zapętla.
Jerzy z sali szpitalnej przechodzi do knajpy, tam ląduje nieprzytomny we własnej wannie, by znaleźć się w monopolowym. Majaki, ale bez wizji. Z drugiej strony, zdjęcia z monitoringu umieszczonego pod sufitem oddziału czy, kojarzące się z Big Brotherem, wyznania bohaterów czynione na czarnym tle do obiektywu kamery ustawiają widzów w pozycji pełnych odrazy a zarazem fascynacji obserwatorów człekokształtnych szczurów kierowanych odruchami bezwarunkowymi. Lecących do wódy jak muchy do gnoju, potem zaś kajających się za swe postępowanie przed niewidzialnym Bogiem.
Ten turpizm przełamują motywy ocieplające postać głównego bohatera. Głównym jest – typowy dla opowieści o straceńcach – topos miłości do kobiety (Julia Kijowska), która jako jedyna może ocalić Jerzego przed ostatecznym upadkiem na dno. Na szczęście, wątek ów potraktowany został po żołniersku, bez zbytnich sentymentów. Nieco bardziej drażni metafizyczna (a jednak!) postać Anioła (Adam Woronowicz), mieszkająca na zapleczu monopolowego i towarzysząca bohaterowi w jego pijackiej odysei. Lecz to drobiazg przy cięższych grzechach, jakie obciążają film.
Bo za przesunięcie akcentu z portretu zbiorowego na obserwację jednostki płaci Smarzowski cenę monotonii. Mimo drastyczności niektórych obrazów i sytuacji, alkoholizm jest w sumie dość nudny. Powtarzające się cykle od kieliszka do zapaści i z powrotem w pewnym momencie zaczynają raczej usypiać niż szokować, zwłaszcza, że w gruncie rzeczy autorzy „Pod Mocnym Aniołem” nic specjalnie odkrywczego na temat owej przypadłości nie mówią. Słusznie rezygnują z nadbudowy picia, ale niewiele proponują w zamian. Film zmienia się więc w narcystyczne i masochistyczne jednocześnie upajanie się alkoholizmem, choć ten narcyzm chyba bardziej niż ze Smarzowskiego bierze się z książki Pilcha.(…)
Bartosz Żurawiecki, Pod Mocnym Aniołem, „Kino” 2014, nr 01, s. 74-75

„HARDKOR DISKO”

27 08 2014 disko

reżyseria Krzysztof Skonieczny

„Hardkor Disko” to debiut filmowy Krzysztofa Skoniecznego, reżysera i twórcy kultowych, wielokrotnie nagradzanych teledysków dla m.in. Brodki, Nosowskiej, Projektu Warszawiak, donGURALesko, czy hitu Jamala – „Defto.” W roli głównej Marcin Kowalczyk, jeden z najciekawszych polskich aktorów młodego pokolenia, uhonorowany Nagrodą Aktorską Festiwalu Filmowego w Gdyni i Nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego. Współczesna, pełna kontrastów metropolia. Nowobogaccy rodzice i ich pochłonięte hedonizmem, żyjące chwilą dzieci, a wokół nich rzeczywistość, w której wzbiera gniew i napięcie bliskie eksplozji. W takiej scenerii poznajemy Marcina, młodego chłopaka, który zaraz po przyjeździe do miasta spotyka trochę młodszą od siebie Olę. Zafascynowana nim dziewczyna zaprasza go do swojego świata, w którym królują mocne używki, niekończące się imprezy artystycznej bohemy i nielegalne wyścigi samochodów. Marcin przyjechał jednak z głęboko skrywaną tajemnicą i dokładnym planem zemsty, o którym ani dziewczyna, ani jej najbliżsi nie mają pojęcia…
Na opozycji ognia i lodu buduje Krzysztof Skonieczny cały film, rozpinając go pomiędzy hałaśliwym klubem a ciszą luksusowego apartamentu. Pomiędzy nocą a dniem; miastem a naturą; Bajmem a Haendlem; kreską wciągniętą na dyskotece a kieliszkiem wina do kolacji; pomiędzy rozdygotanym światem młodych i sytym, spokojnym światem starych. Od kluczowych słów wiedzie nas reżyser do kluczowych scen: w sennej wizji „Dzień ojca” naznaczony jest smugą ognia, a „Dzień matki” oprószony śniegiem, cały w bieli. Trzeci rozdział filmu nosi tytuł „Dzień dziecka” i to właśnie dziecko jest głównym bohaterem całości, ba! zaryzykowałabym nawet tezę, że w ogóle „Hardkor Disko” przenika duch dziecięcości, niedojrzałość, która ujścia dla frustracji i niepokoju szuka w demolce, w psuciu zabawy i zabawek.
(…)Brudna noc się kończy, czysty poranek nastaje, dziewczyna znika, na scenę rodzinnego dramatu wkraczają zaś matka (Agnieszka Wosińska) i ojciec (Janusz Chabior) dziewczyny; wyluzowani, zrelaksowani, obrzydliwie bogaci i zadowoleni z siebie. I tu zaczyna się polska wersja „Teorematu”, w której Marcin zyskuje coraz więcej cech demonicznych, a film stopniowo traci klarowność i napięcie na rzecz wypieszczonych artystowskich ujęć i rozmywających się znaczeń.
Ki diabeł? – zastanawiałam się, obserwując poczynania milczącego Marcina, którego enigmatyczna obecność znaczy i wszystko, i nic. Może więc być Marcin mrocznymi instynktami Oli, wyzwolonymi w hormonalnej burzy dojrzewania. Cierpienia dorastających nastolatków uwikłanych w konflikty edypalne wydają mi się jednak równie oczywiste, co banalne. Może więc jest Marcin jakimś niechcianym, odrzuconym przed laty dziecięciem rodziców Oli, dyszącym żądzą odwetu? Cóż, wraz z tym rozwiązaniem film zaczyna ciążyć niebezpiecznie ku telenoweli, a to chyba nie było intencją twórców.
A gdyby tak Marcin był emanacją frustracji pokolenia, któremu rodzice dali za dużo wolności, a za mało wartości? No to mielibyśmy kolejny moralizatorski, konserwatywny arthouse w polskim kinie. Chodzi więc o nienawiść do burżujów, o „zjadanie bogatych”? Zdumiewa mnie trwałość tego negatywnego stereotypu. A może na celowniku Krzysztofa Skoniecznego znajduje się polska rodzina, zakłamana, opresyjna? Hmm… takiej tu, szczerze mówiąc, nie widzę. Bohater – stworzony przez Marcina Kowalczyka na zamknięciu, emocjonalnym wycofaniu – krok po kroku realizuje swoją niszczycielską misję bez wątpliwości, bez pęknięcia, które dałoby nam szansę dostrzeżenia w nim kogoś więcej niż jedynie wykonawcy poleceń losu, figury rodem z antycznej tragedii, sunącej pewnie przez film, niczym pionek przez szachownicę.(…)
Małgorzata Sadowska, Hardkor Disko, „Kino” 2014, nr 04, s. 70


„OBIETNICA”

27 08 2014 obietnica

reżyseria Anna Kazejak

Generacja online kontra zagubieni rodzice w nowym obrazie Opus Film, producenta trzech oficjalnych polskich kandydatów do Oscara – „Ediego”, „Sztuczek” i „Z odzysku” oraz wielokrotnie nagrodzonej „Idy”, w reżyserii Anny Kazejak – autorki kinowego przeboju „Skrzydlate świnie”. Poruszający, wnikliwy i odważny portret młodego pokolenia. Światowa premiera filmu miała miejsce 13 lutego na festiwalu Berlinale.
Lila i Janek, uczniowie wielkomiejskiego liceum, należą do generacji, która komunikuje się głównie przez Skype’a i Facebooka. Wraz z przyjaciółmi korzystają z życia na całego. Imprezują, eksperymentują z alkoholem i marihuaną. Jednak pewnego dnia Lila nieoczekiwanie zrywa z Jankiem, oskarżając go o zdradę. Zakochany chłopak będzie musiał zapłacić wysoką cenę za niewinny błąd. Jeśli spełni obietnicę, którą wymogła na nim dziewczyna, nic już nie będzie takie jak przedtem…
Scenariusz napisali wspólnie Anna Kazejak i Magnus von Horn, szwedzki absolwent łódzkiej filmówki. Ten film to wzorowa europejska koprodukcja, powstała przy udziale Szwecji, Polski i Danii (formalnie producentami są dwa ostatnie kraje), a tę „międzynarodowość” wyraźnie widać na ekranie. Akcja toczy się w Szczecinie, ale równie dobrze mogłaby w Esbjerg lub Malmö, zresztą autorzy scenariusza inspirowali się wydarzeniami, które miały miejsce w Szwecji.
Gdyby bohaterowie „Obietnicy” nie mówili po polsku, nie byłoby wiadomo, z jakiego europejskiego kraju pochodzą. Trudno znaleźć w filmie element typowo polski – osiedle, na którym mieszka nastoletnia Lila z rodziną, wygląda skandynawsko, jej mieszkanie również, stroje bohaterów są jak z H&M albo Bershki, a grająca główną rolę Eliza Rycembel wygląda niczym wyjęta z debiutu Lukasa Moodysoona „Fucking Amal”. Ma takie same problemy w klasie i w swej „patchworkowej” rodzinie jak tysiące rówieśniczek z bogatszej części świata.
Kazejak rewelacyjnie obsadziła Rycembel i wyśmienicie ją prowadzi – Lila na zmianę wzbudza niechęć i sympatię, wydaje się szlachetniejsza, lepsza od otaczającego ją świata, ale jest w tej wyższości też pogarda. Nie wiemy, czy dziewczyna jest okrutna, zraniona, nadwrażliwa, czy tylko głupia. Ta niejednoznaczność staje się głównym motorem dramaturgii, obok budującego napięcie pytania, czy dojdzie do zbrodni, którą bohaterka zaplanowała.
Aktorstwo generalnie jest tutaj najwyższej próby. Natomiast stylistycznie Kazejak pożycza trochę od Gusa Van Santa („Paranoid Park”!), trochę od Sofii Coppoli, Jacka Borcucha i hipsterskiej aplikacji do obróbki zdjęć, zmieniającej pospolitość w niezwykłość. Z jednej strony opowiadanie o nastolatkach przy użyciu ich estetyki to klisza, z drugiej nie ma tutaj taniego efekciarstwa i teledyskowej przesady. Można więc film Kazejak pochwalić za to, że „jest na czasie”, albo zganić, że zamiast wytyczać nowe ścieżki w kinie, idzie tymi już wytyczonymi przez zagranicę. Tylko czy wobec europejskiej „Obietnicy” w ogóle można użyć słowa „zagranica”?
I czy o taką uniwersalność polskiego kina chodziło krytyce? Niezupełnie, bo pominięcie kontekstu społeczno-kulturowego sprawia, że film jest uboższy znaczeniowo, rozgrywa się jakby w mydlanej bańce. Tę aseptyczność do pewnego stopnia usprawiedliwia scenariusz, którego głównym tematem jest poszukiwanie źródeł zła rodzącego się w człowieku, gdy z dzieciństwa przechodzi w dorosłość. Jest to zresztą ulubiony temat von Horna, co widać w jego dwóch etiudach „Echo” i „Bez śniegu” – obie opowiadają o bezrefleksyjnej przemocy. W „Obietnicy” zło wkrada się w uładzony, dobrze zaprojektowany „zachodni” świat jak wąż do Edenu – nie wynika z wojny, gwałtu lub silnej traumy.(…)

Ola Salwa, Obietnica, „Kino” 2014, nr 03, s. 70