dkf

„WHISKY DLA ANIOŁÓW” 07.01.2013 godz. 19.00
„CHIŃCZYK NA WYNOS” 14.01.2013 godz. 19.00
„AKACJE” 21.01.2013 godz. 19.00
„SIOSTRA TWOJEJ SIOSTRY” 28.01.2013 godz. 19.00

 

„WHISKY DLA ANIOŁÓW”

31 12 2012 whisky

Reżyseria Ken Loach

Robbie, Albert, Rhino i Mo spotykają się na życiowym zakręcie. Są bezrobotni i spłukani, ale mogą na siebie liczyć. Mo to kleptomanka, która niczego się nie boi. Albert nie wie, w jakim roku żyje, ale potrafi błysnąć genialnym pomysłem. Robbie ma wrażliwy węch i głowę na karku, a Rhino poczucie humoru, które rozbroi każdego. Razem mogą wszystko. Czeka na nich najdroższa whisky na świecie, szkocki kilt i przygoda, której długo nie zapomną.
Każdy, kto interesuje się kinem wie, kim jest Ken Loach: brytyjski reżyser i scenarzysta, jedna z najwybitniejszych postaci kina europejskiego, twórca o lewicowych poglądach i wielkiej wrażliwości społecznej. Jeden z tych filmowców, którym chodzi o coś więcej niż kino. W tzw. zachodnim świecie to dziś formacja szczątkowa. Powody są oczywiste: nie ma tu jaskrawej nędzy, nie brakuje szkół, obywatele nie żyją pod groźbą brutalnej przemocy gangów czy państwa. Istnieją jednak inne przyczyny, które zatrzymują wielu na obrzeżach społeczeństwa. Wśród tych przyczyn – deficyty kultury. Środek jest bowiem także pewną wspólnotą kulturową. Jedna z definicji kultury brzmi tak: „Zasób umiejętności lub wzorów myślenia, odczuwania i postępowania, a ściślej tych wzorów, które wiążą się z zaspokajaniem tzw. wyższych potrzeb”. Lecz dokąd zaprowadzić człowieka z owym deficytem, by poszerzył swój „zasób umiejętności lub wzorów myślenia, odczuwania?”. Nie do muzeum przecież, bo ucieknie. I oto pomysł „Whisky dla aniołów”: do gorzelni. Paradoksalność tego pomysłu wymagała, aby film, przynajmniej formalnie rzecz biorąc, był komedią.Jest w tym filmie Loacha nie tylko trochę socjorealizmu, trochę komedii, trochę wątku sensacyjnego, ale także trochę bajki. Podobnie jak jego bajkowe odpowiedniki, Robbie spotka dobrego człowieka, który mu pomoże (ów szef od robót społecznych), okpi tych z wielkiego świata, którzy gotowi są wydawać miliony, by zaspokoić swoje wyrafinowanie albo snobizm, wykaże się mądrością i odwagą, a w końcu odniesie zwycięstwo nad wiszącym nad nim złym losem. Wbrew czyjemuś proroctwu: „Jak wlazłeś w to gówno, to się nie wygrzebiesz”.
Wygrzebał się zresztą tylko on. Dokąd wyjeżdża ze swoją kobietą i dzieckiem w zakończeniu filmu – trzeba zobaczyć w kinie. I odjeżdżając, nie czuje już więzi z tymi, którzy zostają. Odzywka na odjezdnym: „Nie wydajcie wszystkiego na automaty” nie jest przecież koleżeńską radą, ocenia ich już jako ktoś z zewnątrz, bez złudzeń, że go posłuchają.
Robbie „rozszerzył swój zasób myślenia i odczuwania” i w konsekwencji odchodzi, koledzy zostają, z poczuciem przynależności do grupy takich samych jak oni. Tylko czy to jest solidarność, którą w poprzednich filmach Loach ukazywał jako wartość, czy minimalizm?
Dlaczego właśnie Robbie’emu udało się przerwać zaklęty krąg, oddzielający – niech będzie – „wykluczonych” od lepszego „środka”? Prześladuje mnie pamięć o pewnym wniosku z amerykańskiego badania społecznego sprzed lat, który to wniosek, jak to oni, ujęli również w liczby. Wyszło im, że ktoś urodzony na samym dole społeczeństwa, któremu uda się stamtąd wydostać, może potem okazać się lepszy od najlepszych. A liczby? Takim zwycięzcą jest jeden na pięć tysięcy.
Ale dlaczego właśnie ten? Nikt nie potrafiłby na to pytanie odpowiedzieć do końca. Ken Loach, zapytany o przypadek swego bohatera, zapewne też miałby z tym kłopot. Lecz zastanawia w jego filmie pewien szczegół. Jak można przeczytać w „Encyklopedii kina”, aktor filmowy „jest przede wszystkim nosicielem znaku”. Może więc nie bez powodu tym, co od razu, na pierwszy rzut oka, wyróżnia Robbie’ego spośród kumpli, jest jego inteligentna, wrażliwa twarz. Ale chyba niemożliwe, żeby Ken Loach za najważniejszy czynnik, determinujący czyjąkolwiek przyszłość, uznał geny… Chociaż, jak powiedział sześciolatek z pamiętnego filmu Marcela Łozińskiego, „wszystko może się przytrafić”.
Bożena Janicka, Whisky dla aniołów, „Kino” 2012, nr 10, s. 68

 

„CHIŃCZYK NA WYNOS”

31 12 2012 chinczyk

Reżyseria Sebastián Borensztein

W romantycznej scenerii, w ślicznie udekorowanej łodzi, nad pięknym jeziorem przystojny młody człowiek chce się oświadczyć ukochanej. Nagle dzieje się coś dziwnego – z nieba spada… krowa, wprost na zakochaną parę.
Mrukliwy Roberto prowadzi w Buenos Aires sklep żelazny. Z pogardą patrzy na klientów i wykłóca się z producentami gwoździ o swoje zamówienia. Jego życie jest spokojne i uporządkowane. Tylko pozornie. Roberto pasjami przeczesuje prasę codzienną w poszukiwaniu pikantnych, pełnych absurdu, ociekających krwią wiadomości o wydarzeniach, które przytrafiły się ludziom na całym świecie. Najciekawsze wkleja do albumów z wycinkami, które zapełniają jego mieszkanie.
Z kolei Chińczyk Jun przyjechał do Buenos Aires, aby odszukać stryja. Nie zna słowa po hiszpańsku, nikt nie jest w stanie go zrozumieć, jedyne, co ma, to adres wytatuowany na przedramieniu. W jaki sposób los połączy obu mężczyzn i co wspólnego z nimi ma krowa z początku opowieści, można się przekonać, oglądając tę ciepłą, zabawną, a przede wszystkim pełną smaku komedię, która podbiła serca publiczności i krytyków.
Przesłanie filmu jest afirmacją życia i jest oczywiste, że dzięki spotkaniu z Junem Roberto zdał sobie sprawę ze swojego opłakanego stanu. (…) Piękno tej opowieści polega przede wszystkim na tym, że Borensztein dotyka poważnych tematów w sposób delikatny i lekki, rozwiązując trudne sprawy za pomocą inteligentnych i  zabawnych sytuacji, pouczających zarówno dla publiczności, jak i Roberta. To wszystko składa się na subtelną i zabawną opowieść o niedopasowanej parze zetkniętej przez los i wynikającej z tego zmiany na lepsze.
Kwenton Bellette, „Twitch”, 15. Hiszpański Festiwal Filmowy w Australii

Samotnik Roberto to człowiek poraniony, szybko się o tym przekonujemy, lecz w swym poranieniu także komiczny. Jego codzienność porządkują niezmienne od lat rytuały: od zasypiania o ściśle określonej godzinie, poprzez monotonny system pracy, aż po wciąż takie same posiłki. Powtarzalność zdaje się dawać mu poczucie względnego bezpieczeństwa. Jest jeszcze swoista forma kolekcjonerstwa – Roberto gromadzi opasłe albumy wycinków prasowych, zawierających opisy absurdalnych, zakończonych z reguły krwawo zdarzeń z całego świata. Potwierdza to i utwierdza jego pesymizm – tak, po tym całym cholernym świecie można się spodziewać tylko tyle, że w swej koszmarności bywa zabawny. A przecież ten człowiek o znużonym, często gniewnym spojrzeniu ma jednak świadomość psychologicznej pułapki, w jakiej się znalazł, tym bardziej, że udało mu się z niej na moment wymknąć. Czy mu się to powiedzie jeszcze raz? Spoza nawykowej gburowatości i ponurego sarkazmu wyłania się stopniowo inny Roberto – łagodny, spragniony uczuć. I zdający sobie sprawę, że może już nie dać rady im sprostać.(..)
Można oczywiście zarzucić filmowi Sebastiána Borenszteina, że puenta, wraz z pojawieniem się tytułowego zagubionego w obcym mieście młodego Chińczyka, którego niechętnym opiekunem z przypadku został Roberto, staje się zbyt przewidywalna. Dość w końcu ograny koncept zderzenia dwóch samotności i kulturowej odmienności (w której wielką rolę odgrywa bariera językowa) nie został na szczęście przeprowadzony zbyt łatwo. Obcość Roberto i Juna, mimo tragikomicznych rysów, jest jak najbardziej realna. I to chyba największa zaleta filmu, rewelacyjnie wręcz wydobyta przez wygrywający wszelkie niuanse aktorski duet Ricardo Darin – Ignacio Huang. Tak, Roberto nie wydaje się stracony, jak i Jun nie jest ostatecznie zgubiony przez panujący nad nim i wyrażony niemal każdym gestem wielki i – znowu jakoś komiczny – smutek.(…)
Bezruch, pod pozorem obsesyjnej aktywności, to wstęp do śmierci za życia. Ucieczka z takiego potrzasku jest możliwa, ale czy może się powieść bez swoistego „kapitału początkowego”, jakim jest minimum zaufania i sympatii do drugiego człowieka? Obsesyjne powtarzanie: „znowu oszukują” nie rozwiąże sprawy. Najważniejsze, żeby nie oszukiwać samego siebie. Ratunek to inni. Credo „staroświeckiego humanizmu” wydaje się zużyte. Ale reżyser Borensztein wyjątkowo skutecznie a zarazem subtelnie potrafi przekonać widzów, że może ciągle być aktualne.
Tomasz Jopkiewicz, Chińczyk na wynos, „Kino” 2012, nr 11, s. 76-77

 

„AKACJE”

31 12 2012 akacje

Reżyseria Pablo Giorgelli

Prosta i uniwersalna opowieść o miłości. The Guardian
Akacja to drzewo potężne, twarde i mocne, ale pełne kolców, które mogą skaleczyć, jeśli za bardzo się do niego zbliżymy. Taki właśnie jest Rubén, zamknięty w sobie kierowca ciężarówki przewożącej drewno, udający się w służbową podróż do Argentyny. Wyjeżdżając z Paragwaju zabiera ze sobą Jacintę, która wraz z pięciomiesięczną córeczką Anahí chce dostać się do Buenos Aires w poszukiwaniu lepszego życia. Przypadkowo połączeni przez los bohaterowie nic o sobie nie wiedzą, nie zadają zbędnych pytań, ale w miarę upływu kolejnych kilometrów pozbywają się dzielącego ich skrępowania i dystansu.
AKACJE to poetycki film drogi przywołujący na myśl najlepsze dokonania Carlosa Sorina (PROSTE HISTORIE, BOMBON: EL PERRO). To opowieść o trudnej komunikacji z drugim człowiekiem, pokazująca, że wzajemne porozumienie rodzi się często nie tyle w wyniku słów, co drobnych gestów życzliwości. Wspólna podróż zbliża bohaterów i nieoczekiwanie zmienia ich życie.
W swym debiutanckim filmie, nagrodzonym Złotą Kamerą na MFF Cannes 2011, Pablo Giorgelli opowiada uniwersalną historię o otwieraniu się na drugiego człowieka i ludzkiej zdolności do przemiany, z pięknymi zdjęciami argentyńskich bezdroży, która zdobyła już uznanie publiczności i jurorów na całym świecie.
(…) Już przy pierwszym spotkaniu reżyser stawia bohaterów w zdecydowanej opozycji, każdemu przydzielając typową dla krajów Ameryki Łacińskiej rolę społeczną. On to uosobienie macho: szorstki, mało empatyczny, obcesowy w stosunku do kobiet (nawet nie próbuje pomóc wsiąść do ciężarówki objuczonej torbami Jacincie, trzymającej na ręku córeczkę). Ona egzemplifikuje kobiecość reprezentatywną dla patriarchalnej części świata: jest czuła, opiekuńcza, zaradna i… uległa (bez słowa skargi podąża z ciężkim bagażem za Rubénem, nie oczekując, że okaże się dżentelmenem w angielskim stylu). Jednak z każdą kolejną sceną ta opozycja okazuje się coraz mniej oczywista, a postaci bohaterów – coraz mniej stereotypowe.Tak jak zaskakujący jest sam film. Choć „zaskakujący” to przymiotnik mało adekwatny do debiutu Pabla Giorgelliego. Nagrodzone m.in. Złotą Kamerą w Cannes i Horizons Award w San Sebastian „Akacje” to kino drogi odarte z niemal wszelkich atrybutów przynależnych temu gatunkowi: brak tu wspólnego pokonywania napotkanych podczas podróży przeszkód, wiodącego do spektakularnego katharsis. Doświadczenie nie tyle zmienia bohaterów, co redefiniuje ich wzajemny stosunek. Maski, które tak dobrze przylegały do ich twarzy w pierwszych scenach filmu, stopniowo opadają. Tak jakby prawdziwe „ja” protagonistów tylko wstydliwie się za nimi ukrywało, czekając na okazję, by się ujawnić.Zresztą słowa nie są ważne. To, co istotne, rozgrywa się na twarzach bohaterów: najpierw zmęczonych i pełnych napięcia, stopniowo coraz bardziej odprężonych. Surowe rysy twarzy Rubéna łagodnieją, gdy patrzy na towarzyszki podróży pogrążone we śnie. Jacinta nie czuje się już intruzem w życiu małomównego mężczyzny, a kimś na tyle bliskim, że mówi mu się o tęsknocie za dawno nie widzianym synem.Giorgelli buduje fabułę z niedopowiedzeń, ledwie zauważalnych zmian nastroju, metamorfoz w pejzażach ludzkich twarzy. W niemal naturalistycznych kadrach Diega Poleriego poezja pojawia się niejako przypadkiem, jak w chwili, gdy bohaterowie, wymieniając zdawkowe uwagi, odpoczywają nad rzeką. Narracja, zbliżająca film bardziej do dokumentu niż fabuły, toczy się nieśpiesznie, w rytm wolno obracających się kół ciężarówki przewożącej ciężkie bele drewna. Ścinane w pierwszych sekwencjach filmu drzewa znajdą nowe przeznaczenie. Może w Buenos Aires powstanie z nich dom? W każdym razie szansę na jego zbudowanie daje reżyser bohaterom. Choć nie jest to rozwiązanie o magicznych konotacjach rodem z komedii romantycznej. W prawdziwym życiu happy end wymaga zaangażowania – zdaje się mówić Giorgelli. Co ważne – zaangażowania z obu stron. Nie wystarczy spotkać tę właściwą osobę – trzeba jeszcze odwagi, by zrzucić noszoną przez lata maskę i przed tą osobą się otworzyć.
Iwona Cegiełkówna, Akacje, „Kino” 2012, nr 9, s. 75

 

„SIOSTRA TWOJEJ SIOSTRY”

31 12 2012 siostra

Reżyseria i scenariusz Lynn Shelton

Jednym z moich głównych zainteresowań jako artystki jest to, jak postrzegamy samych siebie i co się dzieje gdy stajemy twarzą w twarz z faktem, że nasze wyobrażenie o sobie nie zawsze pokrywa się z rzeczywistością. Fascynuje mnie co robimy w tych sytuacjach, gdy bacznie wpatrujemy się w siebie i stajemy się samoświadomi. A najczęściej dzieje się tak, gdy zderzamy się z innym człowiekiem. W tym wszystkim chodzi o pojawiającą się wtedy dynamikę i o zdanie sobie sprawy, że wszyscy jesteśmy niedoskonali. Pewnego dnia usłyszałem w radio Cornela Westa mówiącego, że wszyscy jesteśmy jak popękane naczynia i pomyślałam wtedy: „Tak! I to jest piękne. Bylibyśmy tacy nudni, gdyby było inaczej!„.
W przypadku tego konkretnego filmu chciałam zbadać relacje między rodzeństwem. W „Siostra twojej siostry” są takie dwie, obie bardzo silne, a w jednej z nich drugie z rodzeństwa nie żyje. Jack jest naprawdę głęboko wstrząśnięty tym, że nie był z bratem blisko, gdy ten umierał. Nie może dojść do siebie właśnie z tego powodu. Częścią tego trudnego procesu powrotu do zdrowia będzie dla niego to, że z jego powodu zbliżą się do siebie siostry. To pozwoli mu wybaczyć samemu sobie i ruszyć dalej. Tego rodzaju relacje interesowały mnie w tym filmie. LYNN SHELTON

Lynn Shelton łączy styl „mumblecore” z konwencją komedii romantycznej, w której nieporozumienie na moment jedynie zawiesza możliwość szczęścia. Z „mumblecore” pozostaje wątek zawieszenia szczęścia w ogóle, przynajmniej w rozumieniu komedii romantycznej, gdzie bywa tak wielkie, że nie nadaje się do pokazania na ekranie i rzecz cała kończy się na ślubnym kobiercu. Film zachowuje surowość i świeżość zarazem, niezobowiązującą, by tak rzec, formę narracji, pewien luz – jak po trawce (na tyle, na ile mogę to sobie, oczywiście, wyobrazić). A propos używek należy zresztą zauważyć, że to pokolenie (prawie) trzydziestolatków już nie pali. To zresztą warto podkreślić: trójka bohaterów tego kameralnego filmu – precyzyjnie i z wdziękiem zagrana przez Emily Blunt (Iris), Rosemarie DeWitt (Hannah) i Marka Duplassa (Jack) – wyraźnie pokazana jest jako reprezentatywna dla szerszej grupy. Jej przedstawiciele sporo jednak piją, z radością witając istnienie tequili. Są uprzejmi i mili, a pracę zawodową traktują jako rzecz konieczną, ale chyba nie najważniejszą. Nie czynią też problemu z tożsamości homoseksualnej, chyba że wiąże się ona z kłopotami w związkach.To właśnie charakter relacji międzyludzkich jest najważniejszym tematem filmu. Tytuł nie kłamie – owszem, może sugerować komedię pomyłek i powiedzmy, że nieporozumienia odgrywają pewną rolę w rozwoju akcji, ale w istocie, podobnie jak opowieść o „Zemście frajerów”, cofa zegar do czasów nastoletnich i znaczenia więzi z rodzeństwem. Widząc, jak wygląda relacja między siostrami, zaczynamy rozumieć, dlaczego Jack nie może się pozbierać po śmierci brata. Do pewnego stopnia ta relacja wydaje się paradoksalna: siostry najwyraźniej nie widują się często, Iris nic też nie wie o rozstaniu Hannah z wieloletnią miłością. A jednak wiedzą o sobie rzeczy najintymniejsze i najmocniej potrafią się zranić. Jedna podziwia drugą, druga kocha w tamtej potencjał, który widzi w sobie. Mają też niezwykłą cielesną więź, stwarzającą bezpieczną bliskość. W gruncie rzeczy to ona staje się wzorcem wszelkich relacji międzyludzkich, odsyłając seks i namiętność na drugi plan. Ma to znaczenie dla konsekwencji i dalszych ciągów, bo choć akcja filmu kończy się znakiem zapytania, to przecież najważniejsze się stało – została wskazana nowa formuła życia rodzinnego, a przynajmniej jej możliwość.Wskazana także została pewna granica wymagań od samego siebie. „Pomyśleć nad wodą nad sobą” – to jedna z bardziej powszechnych klisz popularnej (auto) terapii; tutaj okazuje się skuteczna, choć niekoniecznie w sposób właściwy popularnym narracjom, w których w jednej chwili można zmienić swoje życie: zbudować dom w pięknej okolicy, spotkać księcia, napisać książkę lub przynajmniej wyprodukować wino i urodzić trójkę dzieci, w tym parę bliźniaków. Chodzi o impuls jedynie, ten sam, który może popłynąć z kina (w końcu chyba każdy z nas obejrzał kiedyś film, który jakoś odmienił nasze życie).Tyle że impuls ten nie czyni z nas superbohaterów ani nie zmienia tożsamości (Tom nie stanie się wzorowym pracownikiem korporacji, Hannah nie przestanie być lesbijką): pozwala jedynie (?) dojść do wniosku, że warto „jakimś” próbować się stać – i że stajemy się jakimiś jedynie w związkach, szeroko rozumianych związkach z ludźmi. Zespół Perfect kiedyś śpiewał „Niewiele ci mogę dać” i tę piosenkę mogliby powtórzyć bohaterowie Lynn Shelton. Tyle że bez patosu, dowcipniej, bez obietnicy wielkiego uczucia, które rekompensuje wszelkie inne braki. Zawsze będą nie „dość” jacyś, będą w czymś niedomagać i z czymś nie dawać sobie rady – pozostając jednak w swoich przyjacielsko-bratersko-siostrzanych ciepłych związkach.Pewnie nie jest to program dla każdego, ale radykalizm wielkich projektów uszczęśliwiających świat też raczej jest im obcy. Iwona Kurz, Siostra twojej siostry, „Kino” 2012, nr 9, s. 73