dkf

„DZIKIE HISTORIE” 04.05.2015 godz. 19.00
„KAPITAŁ LUDZKI” 11.05.2015 godz. 19.00
„KLUB JIMMYEGO” 18.05.2015 godz. 19.00
„CZARNY WĘGIEL, KRUCHY LÓD” 25.05.2015 godz. 19.00


„DZIKIE HISTORIE”

30 04 2015 dzikie
Reżyseria Damián Szifrón

Pedro Almodovar przedstawia dziką komedię, w której sześciu na co dzień spokojnym ludziom nagle puszczą nerwy. Większość z nas żyje w stresie i napięciu. Tylko niektórzy wybuchają. Niedoceniany muzyk, biznesmen, panna młoda, znany milioner, kelnerka oraz specjalista od materiałów wybuchowych powiedzą „dość!” i pokażą wszystkim swoje dzikie oblicze. W świecie, w którym liczy się tylko wydajność i sukces, przechytrzą system i będą walczyć o siebie, nawet jeśli będzie to wymagało przekroczenia cienkiej granicy między normalnością a szaleństwem. „Dzikie historie” ze ścieżką dźwiękową autorstwa nagrodzonego Oscarem Gustavo Santaolalla („Babel”), największy hiszpańskojęzyczny przebój ostatnich lat, są jak „Pulp Fiction” wyreżyserowane przez Almodóvara w szczytowej formie.
Historii jest sześć. Wszystkie mają rys legend miejskich i łączy je wyraźnie temat zemsty. Uprzedzając wątpliwości: tak, ten film szybko przyzwyczaja widza do schematu narracyjnego, jakim jest nieuchronność łańcucha zemsty. Nie, nie ma mowy o znużeniu i wyczerpaniu tematu, bo argentyński reżyser Damián Szifrón potrafi przekuć fatalizm logiki przemocy na swoją (i widza) korzyść.(…)
Ale powodów, dla których „Dzikie historie” zapiszą się w annałach kina zemsty, jest więcej. Reżyserska brawura w tym filmie idzie w parze z umiejętnością perfekcyjnego wyważenia napięcia. Tak jak w błyskotliwym epizodzie z kelnerką, która musi obsłużyć bandziora, odpowiedzialnego za jej tragedię rodzinną. Reżyserskie mistrzostwo polega na umiejętności balansowania na granicy poprzedzającej paroksyzm stłumionych emocji. W sposobie opowiadania widać precyzję Szifróna, który zjadł zęby na krótkich formach jako twórca seriali i spotów reklamowych. Łatwo dostrzec też inspiracje – od Quentina Tarantino po Pedra Almodovara, który (wraz z bratem) jest producentem filmu i najwyraźniej odcisnął na nim swój artystyczny stempel, w każdym razie zamiłowanie do przesady i ekscesu jest u obu reżyserów uderzająco podobne.
Oglądając „Dzikie historie” przypomniałem sobie twierdzenie Karola Irzykowskiego, że „kino jest widzialnością obcowania człowieka z materią, występującą pod maską niezliczonych żywiołów”. Krytyk słusznie zaobserwował, że najciekawszy dla widza jest żywioł ciała, „żywioł nad żywioły”. W filmie najlepsze są sceny, których tematem jest właśnie żywioł cielesności, walka przeciwieństw i gra skrajnych emocji w sytuacji granicznej, na przykład pasażerowie lecący porwanym samolotem czy desperacka bójka w samochodzie na skraju przepaści. Dodajmy, że reżyser swobodnie łączy sensację z czarną komedią, horrorem i dramatem społecznym, a nawet westernem, który wyraźnie dochodzi do głosu w ścieżce dźwiękowej – tak wygląda przepis na filmowy szampan, który szybko uderza do głowy i długo nie daje o sobie zapomnieć po wyjściu z kina.
Trzeźwo oceniając, są w „Dzikich historiach” punkty słabsze. Niedosyt budzi historia „everymana”, który na skutek urzędniczej pomyłki traci samochód, wpada w histerię, z dnia na dzień zostaje zwolniony i postanawia walczyć z administracją za pomocą… bomby podłożonej w samochodzie zgarniętym przez wyrachowane służby. Jest w tym może trafna diagnoza rozbuchanego aparatu administracyjnego w Argentynie, ale trudno nie odnieść wrażenia, że Szifrón paradoksalnie traci pazur, gdy porusza wątki społeczne. Lepiej wychodzą mu tematy egzystencjalne, jak choćby zamykająca film historia wesela, na którym zdradzona panna młoda wyrównuje rachunki ze świeżo poślubionym mężem. Epizod ów może służyć za dosadną ilustrację aforyzmu Nietzschego o tym, że w zemście i miłości kobieta jest większym barbarzyńcą niż mężczyzna. Dość powiedzieć, że na tym weselu nieswojo mógłby się poczuć nawet Wojtek Smarzowski.
„Dzikie historie” to wybitny film, który pokazując napięcie między kulturą i naturą udowadnia, że głupi błąd uczynił zwierzę człowiekiem. Nie dotyczy to Szifrona, bo akurat jego film jest niemal bezbłędny.
Łukasz Knap, Dzikie historie, „Kino” 2014, nr 10, s. 83

„KAPITAŁ LUDZKI”

30 04 2015 kapital

Reżyseria Paolo Virzì

Oparty na powieści Stephena Amidona o tym samym tytule, filmowy thriller z elementami kina noir, opowiadający o dwóch włoskich rodzinach, których losy połączył tragiczny wypadek samochodowy. Wieczór przed Wigilią w jednym z miasteczek w północnych Włoszech. Impreza szkolna dobiegła końca. Kelnerzy sprzątają jedzenie ze stołów. Jeden z nich wsiada na rower i jedzie do domu, a po drodze potrąca go samochód. Kierowca zostawia go w rowie i ucieka. Wypadek jest wynikiem serii niefortunnych zdarzeń, prowadzących do tragedii, w którą uwikłanych jest kilka osób.
Podtytuł tego filmu mógłby brzmieć „Komedia ludzka”, bo podobnie jak Balzac przyglądał się w swoim cyklu ludziom niczym gatunkowi przyrodniczemu, tak samo Paolo Virzi portretuje swoich bohaterów, pokazując ich w różnych środowiskach. Samo pojęcie kapitału ludzkiego dotyczy tutaj wartości odszkodowania, które przysługuje poszkodowanemu (w filmie dochodzi do wypadku łączącego dwie włoskie rodziny), a pośrednio odnosi się również do kapitalistycznego społeczeństwa i produkcji, które sprowadzają wartość człowieka do pieniędzy.
Tytuł może więc sugerować wydumany komentarz do dzieła Karola Marksa i gdyby tak go traktować, trzeba by uznać, że wykład Virziego jest raczej mętny. Na szczęście „Kapitał ludzki” ma inne walory, a jednym z nich są ciekawe portrety współczesnych Włochów – przedstawicieli bogaczy, aspirującej klasy średniej – i dwóch pokoleń: dorosłych i ich dzieci. Film składa się z czterech części, a w każdej historia została opowiedziana z punktu widzenia innego bohatera. Jeden z nich to jowialny agent nieruchomości Dino, który marzy, żeby zrobić interes z Giovannim – ojcem chłopaka córki Dina, Sereny, obracającym milionami euro. Gdy nadarza się okazja, wchodzi w interes, inwestując w fundusz wysokiego ryzyka. Za chciwość przyjdzie mu zapłacić, ale wbrew pozorom nie jest „Kapitał ludzki” naiwnym moralitetem, choć naiwni są jego bohaterowie.
Lustrzane odbicie Dina stanowi Carla, zmanierowana żona milionera. Kiedyś marzyła o karierze aktorskiej, teraz męczy się w zbyt ciasnej roli żony i matki. Podobnie jak Dino, chce zmienić coś w swoim życiu, próbuje więc za wszelką cenę wejść w nie swoje buty, ignorując fakt, że są o kilka rozmiarów za duże. Namawia męża do zakupu i renowacji zrujnowanego teatru. Powołuje coś w rodzaju rady, zaprasza do niej krytyków i artystów, ale podczas obrad widać czarno na białym, że porwała się z motyką na słońce. Ambitny projekt szybko okazuje się zwykłym kaprysem, lecz w pogoni za kolejną iluzją Carla próbuje szczęścia w miłości i wdaje się w romans z powołanym przez siebie dyrektorem artystycznym. Samo życie. Komedia ludzka.
Virzi ma rzadką umiejętność kreowania typów reprezentujących klasę bądź postawę, ale wykraczających poza stereotyp. Przygląda się im w krzywym zwierciadle, jednak ich nie ośmiesza, a wręcz sympatyzuje z ich wadami. Emocjonalnie film jest rozpięty gdzieś między krytyką a empatią, ma to oczywiście swoje plusy, lecz w efekcie trudno powiedzieć, czy lubimy bohaterów czy nie: są trochę jak my, ale też trochę inni. Trochę jak z Bergmana, a trochę jak z „Klanu”.
Ani gorący, ani zimny. Film to idealnie letni, co brzmi może dziwnie, skoro zdjęcia kręcono w czasie zimy w północnych Włoszech. Z „Kapitału ludzkiego” można odczytać diagnozę, że przyszło nam żyć w czasach, kiedy w kapitalistycznej sztafecie wszyscy pielęgnują swój egoizm, zapominając, że biegną do tej samej mety. Niektórzy po drodze upadają i nie wstają, ale na nich nikt nie zwraca uwagi.
Przy wszystkich mieliznach „Kapitału ludzkiego” nie można nie zwrócić uwagi na Valerię Bruni Tedeschi, która w roli Carli z lekkością stworzyła postać współczesnej pani Bovary, na pozór wrażliwej i czułej, a naprawdę odgrodzonej od życia i innych przez kokon własnych iluzji, zbudowany na fortunie męża. Podobnie jak bohaterka Flauberta, jest królową konwenansu, która bezmyślnie rzuca się w „dół fizjologiczny”, szukając metafizycznych uniesień.
Porównania do dziewiętnastowiecznych francuskich klasyków same się nasuwają, bo jest „Kapitał ludzki” próbą panoramy społecznej w starym stylu. Nie do końca powiódł się zamiar ukazania, jak tytułowy kapitał zainfekował współczesne relacje, za to kapitalnie udało się pokazać Virziemu, jak w krzywych zwierciadłach odbijają się dzisiejsze klasy społeczne.

Łukasz Knap, Kapitał ludzki, „Kino” 2014, nr 10, s. 65

„KLUB JIMMYEGO”

30 04 2015 klub

Reżyseria Ken Loach

Najnowszy i zarazem ostatni film w karierze wielkiego brytyjskiego reżysera. Pokazywany w oficjalnej selekcji tegorocznego festiwalu filmowego w Cannes „Klub Jimmy’ego“ stanowi zamknięcie ważnego etapu w kinematografii światowej, który wyznaczył swoimi filmami Ken Loach.  Jest tematycznym dopełnieniem jego najgłośniejszego, nagrodzonego Złotą Palmą dramatu „Wiatr buszujący w jęczmieniu“ i jednocześnie dużo jaśniejszą opowieścią o przedwojennej Irlandii, w której nie zabraknie charakterystycznego dla tego twórcy poczucia humoru.
Stworzyć młodzieżowy klub. Miejsce, w którym można się uczyć, wymieniać poglądy, otwarcie mówić o tym, co się myśli, bawić się, tańczyć. Czy to grzech? Na prowincji w Irlandii lat trzydziestych ubiegłego wieku, nikt by się na coś takiego nie odważył. Nikt, poza Jimmym Graltonem.
„Klub Jimmy’ego” to opowieść o barwnym życiu niepokornego wizjonera, który uczył młodych ludzi niezależnego myślenia i czerpania radości z tańca, za co w katolickiej Irlandii stał się wrogiem numer jeden. Historia, w której powraca wciąż aktualne pytanie: na ile kościół może ingerować w nasze życie?
Nie sposób tego filmu nie czytać jako luźnej kontynuacji „Wiatru buszującego w jęczmieniu”, który przyniósł Loachowi Złotą Palmę w 2006 roku. W „Wietrze…” reżyser i jego stały scenarzysta Paul Laverty pokazywali, jak szeroki narodowy front walczący o niepodległość Irlandii rozpada się w pierwszych latach istnienia Wolnego Państwa Irlandzkiego, jak dawni towarzysze broni w walkach przeciw Brytyjczykom zwracają się przeciwko sobie. Osią konfliktu jest spór wokół narzuconego przez Londyn podziału wyspy, ale nie tylko. Równie ważny staje się konflikt klasowy. Okazuje się bowiem, że walcząc o wolną Irlandię, zupełnie co innego na myśli miały irlandzkie klasy średnie, a co innego masy robotników, chłopów, biedoty. Dla tych drugich walka o niepodległość była jednocześnie walką o rewolucję społeczną – zmianę stosunków własności, reformę rolną, upodmiotowienie świata pracy wobec kapitału.
 „Klub Jimmy’ego” rozgrywa się o ponad dekadę później niż „Wiatr…”. W Irlandii panuje porządek. Rządzi krzepnąca irlandzka klasa średnia i Kościół katolicki, o jakiejkolwiek groźbie – lub nadziei – rewolucji społecznej można zapomnieć. Do tego świata, na rodzinną wieś, wraca ze Stanów James Gralton. Z Ameryki wygnał go Wielki Kryzys. Na początku lat dwudziestych Jimmy próbował organizować w rodzinnych stronach lokalną społeczność. Na swojej ziemi zbudował klub, gdzie ludzie z okolicy mogli się dokształcać, uczyć stolarki, wspólnie czytać, analizować wiersze i teksty polityczne, urządzić sobie potańcówkę. Klub był także miejscem pracy politycznej, najemcy organizowali się tam na przykład, by bronić swoich interesów wobec właścicieli ziemskich. Klub nosił imię Jamesa Connolly’ego, irlandzkiego przywódcy robotniczego, pisarza politycznego i działacza niepodległościowego, rozstrzelanego w 1916 roku przez brytyjski pluton egzekucyjny za udział w powstaniu wielkanocnym. Działalność klubu budziła opór lokalnych elit tak wielki, że Jimmy musiał opuścić kraj.
Teraz, gdy wraca, obiecuje sobie, że nie będzie się angażował. Ale nie wytrzymuje, remontuje klub, otwiera go na nowo. Nie potrafi też nie pomóc najemcom wyrzucanym z farmy, którą ich rodzina uprawiała od pokoleń, przez właściciela ziemskiego domagającego się zaległych opłat za dzierżawę. Blokuje ich eksmisję, co ostatecznie zaostrzy jego konflikt z miejscowymi notablami.
Twarzą protestu przeciw działalności Jimmy’ego jest miejscowy ksiądz, ojciec Sheridan. Nie godzi się, by w jego parafii ktokolwiek poza Kościołem uczył i organizował ludzi. Na kazaniach grzmi przeciw „bolszewizmowi Jimmy’ego, grzesznej, murzyńskiej muzyce” (jazzowi), przy której w klubie odbywają się potańcówki, wyczytuje z ambony nazwiska osób biorących udział w zabawach. Państwo Irlandzkie z lat trzydziestych w filmie wydaje się rzucone przez Kościół na kolana. W kinie przed seansem kronika filmowa pokazuje papieskiego legata odbierającego paradę wojskową w Dublinie, w gabinecie proboszcza wisi obraz przedstawiający przywódcę Republiki klęczącego przed księciem Kościoła.
Loachowi zarzuca się często, że subtelność i wieloznaczność nie są jego szczególnie mocną stroną. Krytycy jego twórczości podnoszą też zarzut, że przy szlachetnych intencjach bywa ona politycznie rozbrajająco naiwna. „Klub Jimmy’ego” wydaje się potwierdzać te zarzuty. Z jednej strony prości ludzie próbujący organizować się w walce o swoje interesy, kształcić się i bawić, z drugiej usiłujący im tego zabronić aparat represji, wielka własność ziemska i Kościół. Ale jeśli obejrzymy film uważnie, przekonamy się, że wcale nie jest on ani naiwny, ani anachroniczny. (…)
Tylko pozornie naiwny jest też obraz tytułowego klubu, wspólnoty prostych ludzi połączonych pragnieniem lepszego życia. Jasne, w obrazie tym nie ma konfliktów, lud jest wyidealizowany, ale jednocześnie obraz ten tworzy bardzo potrzebną nam dziś wizję mikroutopii. Wspólnoty, która daje oparcie, a zarazem służyć ma zmaksymalizowaniu szans rozwoju każdego z jej członków. Ta demokratyczna, egalitarna obietnica zawarta w klubie Jimmy’ego nie przestaje tracić swojej siły. Polityczną naiwnością jest natomiast niedostrzeganie realnego wymiaru utopii.
Jakub Majmurek, Klub Jimmy’ego, „Kino” 2014, nr 11, s. 78-79

„CZARNY WĘGIEL, KRUCHY LÓD”

30 04 2015 czarny

Reżyseria Yi’nan Diao

“Czarny węgiel, kruchy lód” to błyskotliwy, nastrojowy kryminał, nawiązujący do klasyków kina noir (reżyser wspomina o inspiracji „Sokołem maltańskim” i „Trzecim człowiekiem”) i przewrotnych gangsterskich filmów z Hong Kongu. W kilkunastu fabrykach, rozproszonych po całej prowincji, w transporcie węgla odnalezione zostają fragmenty ludzkiego ciała. Policja podejrzewa pracowników firmy przewozowej. Przy próbie aresztowania padają strzały – oprócz podejrzanych ginie dwójka policjantów. Prowadzący akcję Zhang Zili (nagrodzony aktorskim Niedźwiedziem Liao Fan) zostaje odsunięty od obowiązków. Pięć lat później, pogrążony w nałogu alkoholowym, trafia przypadkiem na dawnego współpracownika. Okazuje się, że w sprawie pojawiło się kilka nowych tropów, prowadzących do jednej kobiety – prześladowanej, a może chronionej przez tajemniczego mordercę.
Zwycięzca festiwalu w Berlinie, film Diao Yinana „Czarny węgiel, kruchy lód” pokazuje, jak wielkie możliwości kryje stary, uniwersalny wzorzec filmu noir. Punkt wyjścia, jak w przypadku każdego filmu gatunkowego, jest prosty, podany według przepisu. Podobnie prosta jest rama historii, czyli dochodzenie pełne zwrotów akcji. Dana z góry została także tonacja filmu i widzowie wiedzą, że będą się nią rozkoszować, patrząc przez prawie dwie godziny na ludzi niekoniecznie złych, ale takich, których życie nagle boleśnie się skomplikowało. Wszystkie te składowe są podane w „Czarnym węglu…” wzorowo, reszta to naddatki historii, odcienie, które niemal ze sceny na scenę każą czytać całość nieco inaczej. I to one, rzecz jasna, są najważniejsze, bo wnoszą w „Czarny węgiel…” element nienachalnej poezji, za który kocha się czarne kryminały.
Na liniach produkcyjnych kilkunastu fabryk robotnicy odkrywają makabryczne znaleziska. Razem z dostawami węgla przyjechały fragmenty ludzkich zwłok. Identyfikacja byłaby trudna, gdyby nie to, że przy jednym z kawałków ciała zostają znalezione dokumenty młodego mężczyzny, pracownika obsługującego węglową wagę. Dochodzenie prowadzi Zhang (Liao Fan, nagroda aktorska w Berlinie), a pierwszy trop, który wybiera, okazuje się katastrofą. Kierowca ciężarówek z węglem jest uzbrojony i rutynowe zatrzymanie zmienia się w masakrę. Zhang wychodzi ze strzelaniny lekko ranny, ale nie może darować sobie pomyłki.
Pięć lat później życie Zhanga nadal jest naznaczone przez popełniony błąd. Mężczyzna pije, karierę policjanta zamienił na fuchę w podrzędnej firmie ochroniarskiej. Pewnego dnia dawny znajomy z policji wprowadza Zhanga w śledztwo, które wiąże się z tamtym tajemniczym morderstwem sprzed lat. Podejrzenie tym razem pada na Wu Zhizhen (Gwei Lun-Mei), żonę pierwszej ofiary. Zhang koniecznie chce wrócić do gry, zaczyna śledzić kobietę, w poszukiwaniu ostatniej szansy na wyrwanie się z życiowego letargu.
Dynamika opowieści opiera się, zgodnie z regułami gatunku, na napięciu między Zhangiem a Zhizhen. Rzecz nie jest prosta, bo podobnych par były w kinie tysiące, trzeba więc precyzyjnego rysunku postaci, żeby całość nie wydała się zbyt konwencjonalna, pozbawiona życia. Twórcy filmu poradzili sobie znakomicie, także dlatego, że nie bali się doprowadzić postaci do ekstremum, aż do granicy, poza którą całość stałaby się mało znośna dla widza. Zhang nie jest ani tragicznym amantem, ani zgorzkniałym mędrcem – często jest po prostu zataczającym się i obłapiającym kobiety pijakiem.
Jego życiowa katastrofa nie została wystylizowana i byłaby krępująca dla widzów, gdyby nie spryt, który Zhang potrafi z siebie wykrzesać. Mężczyzna odstaje od swoich znajomych z policji – w podniszczonych ubraniach i z wiecznie potarganymi włosami wygląda jak ktoś, dla kogo czas zatrzymał się w miejscu. Podobnie Zhizhen nie jest modelową „zimną kobietą”, ale kimś jakby w stanie stuporu, jej emocjonalne wycofanie jest jednym ze źródeł grozy w filmie. Dlatego też przyciąganie pomiędzy parą bohaterów – obowiązkowe jak szereg innych elementów – wypada wyjątkowo niepokojąco. Zhizhen uwodzi Zhanga, wykorzystując właśnie swoją pustkę, swoją niezdolność do czucia i działania. Jeśli femme fatale udaje martwą, to kim staje się jej kochanek, detektyw?
Diao Yinan używa wyrazistych efektów, ale nie przekracza granicy, poza którą film zmieniłby się w kino eksploatacji, przyjemnych dla koneserów okropieństw. W sposób zupełnie niepojęty udaje mu się podtrzymać ten rodzaj zainteresowania i, mimo wszystko, sympatii dla oglądanych na ekranie postaci, który sprawia, że „Czarny węgiel…” pozostaje w granicach gatunku, nie tracąc nic ze swojego intrygującego charakteru. Mnóstwo jest tu zresztą dyskretnych poetyckich atrakcji, o których wspominałem na początku.
W kadr operatora filmu, często korzystającego z ogólnych planów, trafia krajobraz chińskiej prowincji, ani malowniczej, ani okropnej. Podobnie większość scen rozgrywa się w zwykłych miejscach: tandetnych salonach fryzjerskich, niemodnych salach tanecznych, jadłodajniach, w których się je, nie zdejmując zimowej kurtki. W każdym chyba filmie noir jest przynajmniej jeden element, który nie do końca daje się skleić z resztą i dzięki temu działa niczym zaklęcie (vide hasło „Chinatown” w filmie Polańskiego lub powtarzająca się muzyczna fraza grana na saksofonie w „Harrym Angelu”). W filmie Diao Yinana jest tym elementem tajemniczy klub nocny, który stanowi klucz do rozwiązania zagadki. Jego rozświetlona, wielokolorowa fasada wydaje się pochodzić z innego świata i, podobnie jak bar Jacquesa Renaulta w „Twin Peaks”, to ona staje się punktem przejścia. Granicą między normalnością a drugą stroną lustra. Tą stroną, po której wreszcie odkryta zostaje prawda.
Oglądając „Czarny węgiel…” cieszyłem się, że taki film wygrał na dużym międzynarodowym festiwalu. Że ów rodzaj trudnej filmowej poezji, tworzonej nie dzięki artystowskiej pozie, ale uporczywej pracy z estetyką i techniką opowiadania, nadal bywa doceniany. Oby to znaczyło, że więcej takich filmów będzie można zobaczyć w kinach.
Krzysztof Świrek, Czarny węgiel, kruchy lód, „Kino” 2015, nr 01, s. 74