05 11 2012 dkf

„U NIEJ W DOMU” 04.11.2013 19.00
„MÓJ PRZYJACIEL, WRÓG” 18.11.2013 19.00
„PRZESZŁOŚĆ” 25.11.2013 19.00

 

„U NIEJ W DOMU”

28 10 2013 dkf1

Reżyseria Francois Ozon

Życie Germaina (Fabrice Luchini), znudzonego pracą nauczyciela i niespełnionego pisarza, zmieni się, gdy pozna 16-letniego Claude’a. Chłopak postanawia wkroczyć w życie rodziny szkolnego kolegi i opisywać wszystko, co uda mu się podejrzeć w cudzym domu. Relacja nauczyciela i ucznia przeistacza się w nietypową przyjaźń. Germain nie może doczekać się kolejnych tekstów. Mężczyzna pokazuje intymne opowieści Claude’a żonie i wspólnie ulegają fascynacji niezwykłym talentem chłopaka. Kolejne dni spędzone przez 16-stolatka z obcą rodziną prowadzą do coraz większej bliskości z atrakcyjną matką szkolnego kolegi (Emmanuelle Seigner). Niebezpieczna gra nauczyciela i ucznia wymyka się spod kontroli, kiedy spisywana na papierze fikcja zaczyna niebezpiecznie mieszać się z rzeczywistością.

Dom jako miejsce rozkładu mieszczańskiej rodziny jest powracającym – i być może najważniejszym – motywem twórczości François Ozona. Podobnie jak w debiutanckim „Sitcomie” czy „8 kobietach”, w nowym filmie francuskiego reżysera umieszczenie akcji w domu rodziny z klasy średniej (a właściwie w dwóch domach) to zapowiedź katastrofy. Cztery ściany trzeba będzie przewietrzyć.

„U niej w domu”, adaptacja hiszpańskiej sztuki Juana Mayorgi (nie tłumaczonej na polski), opowiada o nietypowej relacji nauczyciela i ucznia. Germain jest zgorzkniałym pedagogiem, znudzonym rutyną pracy i życia małżeńskiego, dopóki nie odkrywa talentu literackiego swojego ucznia, Claude’a. Chłopak pisze dla niego esej, w którym fantazjuje o domu kolegi z klasy i jego matce. Nauczyciel – sam niespełniony literat – choć nieco zniesmaczony bujną wyobraźnią ucznia, zachęca go do dalszego pisania. Pod przykrywką nauczycielskiego etosu Germain odkrywa przyjemność perwersyjnej pozycji „voyeura”. Czy to nie idealny temat dla Ozona?

Mimo że zarysowana fabuła w punkcie wyjścia ciąży ku morałowi, Ozon jest daleki od pouczania; sprawnie żongluje elementami układanki, grając błyskotliwie z oczekiwaniami widza. W prologu dowiadujemy się, że w szkole, w której uczy Germain – nomen omen placówka nosi imię Gustawa Flauberta – przywrócono mundurki na znak nadchodzącej „rewolucji”. Prolog zapowiada ironiczną opowieść o dojrzewaniu, a może nawet satyrę na szkolną instytucję, ale taka interpretacja „U niej w domu” to ślepa uliczka. Ozon dotyka tematu społecznego naskórkowo, bardziej interesuje go proces twórczy, walka ze schematami myślowymi, która jest wiodącym, autotematycznym elementem narracji.
Germain, niczym znudzona codziennością pani Bovary, wybiera drogę fantazji. Uczy Claude’a, że wyobraźnia nie zna granic. Związek Germaine’a i Claude’a można porównać do relacji reżysera i scenarzysty. Germain zdaje się podzielać zdanie Luisa Bunuela, że dobry scenarzysta powinien każdego dnia zabijać swojego ojca, gwałcić matkę i zdradzać ojczyznę. Nie jest tak radykalny jak hiszpański reżyser i nie każe swojemu uczniowi schodzić do piekła, ale ucząc go pisania, posługuje się podobną metodą.Rolę nauczyciela Ozon powierzył Fabrice’owi Luchiniemu, aktorowi sprawdzonemu na planie „Żony doskonałej”. Luchini gra ze swadą i bez wysiłku, czego nie można powiedzieć o wymuszonych gestach Ernsta Umhauera w roli ucznia. Zderzenie lekkości gry Luchiniego i sztuczności Umhauera tworzy dysonans, sprawia, że trudno uwierzyć w nich jako duet. Nie ma potknięć w obsadzie żeńskiej, co po raz kolejny potwierdza świetne oko Ozona do kobiet. Emmanuelle Seigner jest idealnym wcieleniem „femme fatale” w wieku balzakowskim, pożądanej przez dojrzewającego Claude’a. Z kolei Kristin Scott Thomas przekonująco wygrywa komediowy akcent swojej postaci: bezpłciowej kuratorki pracującej w galerii sztuki, która przypomina kuriozalny sex shop. Nawiasem mówiąc, obecność Seigner i Thomas w tym filmie to ruch obsadowy nawiązujący do „Gorzkich godów” Romana Polańskiego, gdzie aktorki zagrały podobne typy kobiet.

„U niej w domu” to chyba najbardziej kinofilski film Ozona. Pełno w nim cytatów filmowych (od Rohmera do Allena) i literackich (od Flauberta do Céline’a), ale trudno nie odnieść wrażenia, że większość reżyserskich mrugnięć oka do widza to puste ozdoby psujące prostotę konstrukcji. (…)

Łukasz Knap, U niej w domu, „Kino” 2013, nr 05, s. 69

 

„MÓJ PRZYJACIEL, WRÓG”

28 10 2013 dkf2

Reżyseria Eran Riklis

Chłopiec, który przez całe swoje życie słuchał idyllicznych opowieści o wiosce nazywanej przez jego dziadka prawdziwym domem, z czasów gdy Israel był jeszcze częścią Palestyny, czuje silne pragnienie powrotu do kraju przodków. Chce też zobaczyć drzewo oliwne, które hodował jego ojciec. Aby zrealizować swój plan, Fahed uwalnia izraelskiego pilota, Yoniego, który w zamian za uratowanie życia przyrzeka, że zabierze go do Izraela. Po oswobodzeniu więźnia, chłopiec połyka kluczyki do kajdanek, które Yoni wciąż ma na rękach, żeby mieć pewność, że nie zostanie oszukany. Yoni nie ma zbyt wielkiego wyboru – musi dotrzymać obietnicy, którą złożył Fahedowi.

W trakcie długiej podróży, podczas której są ścigani zarówno przez żołnierzy palestyńskich, jak i libańskich oraz syryjskich, Fahed i Yoni muszą pokonać budowane przez pokolenia uprzedzenia, by wyjść cało ze wszystkich niebezpieczeństw czyhających na nich w ogarniętym wojną Libanie. Wątła nić sympatii rozwija się i wzmacnia z każdą przeszkodą, którą przyjdzie im pokonać w drodze do miejsca, które obaj będą mogli nazwać domem.

Film Erana Riklisa to ciekawe połączenie klasycznego kina drogi z traktatem o nierozwiązywalnym konflikcie na Bliskim Wschodzie. Na szczęście twórca nie bawi się w tanią antyizraelską czy antypalestyńską publicystykę. Mimo umiejscowienia go w najgorętszym rejonie świata jest to obraz bardzo uniwersalny.Wojna libańska w 1982 roku do dziś rozpala emocję filmowców. W ostatnich latach kilku reżyserów mierzyło się z tym okresem w historii konfliktu Izraela z Palestyną („Walc z Bashirem”, „Liban”). Teraz do tematu wraca twórca nagradzanego na całym świecie „Drzewa cytrynowego”, który również opowiadał o życiu w skonfliktowanym Izraelu. Riklis dał się poznać jako twórca wyważony i pełen empatii, choć nie unika on pokazania czym w rzeczywistości są demony wojny. Widać to wyraźnie w jego nowym filmie.

„Mój przyjaciel wróg” opowiada o życiu w libańskich obozach dla palestyńskich uchodźców tuż przed rozpoczęciem wojny Izraela z terrorystami. Ulice Bejrutu mimo tego, że wojna jeszcze oficjalnie się nie rozpoczęła, już przypominają w niektórych miejscach zdewastowane miasta Europy w 1945 roku. W takim świecie musi żyć 12-letni Fahed (Abdallah El Akal), który wbrew zakazom wraz z kumplami opuszcza obóz, by buszować na „nędznych ulicach” miejsca, które zastępuje Palestyńczykom dom.

„Mój przyjaciel wróg” jest zrealizowany w konwencji klasycznego filmu drogi. Riklis stosuje nawet kilka wytartych schematów tego rodzaju kina ( brawurowa ucieczka przed wrogiem, komiczna epizodyczna postać pomagająca bohaterom, budowanie męskiej przyjaźni etc.), Ten typowy dla hollywoodzkiego kina zabieg bez wątpienia pozwala nam lepiej wczuć się w opowiadaną przez izraelskiego reżysera historię. Ułatwia to też główna rola amerykańskiego aktora Stephena Dorffa, który od czasu „Krwi i wina” z Jackiem Nicholsonem na przemian bierze udział w ambitnym ( „Somewhere” Sofii Coppoli) i komercyjnym repertuarze ( „Blade”, „Alone in the dark”). Amerykański aktor wprowadza do historii, która mogłaby być hermetycznie bliskowschodnia bliższego nam ducha.

Mój przyjaciel wróg” jest również filmem pełnym symboliki. Nie tylko drzewo oliwne, które Fahed za wszelką cenę pragnie posadzić obok dawnego domu jego rodziny symbolizuje pragnienie stabilizacji przez Palestyńczyków. Riklis we wzruszający i niejednoznaczny sposób pokazuje umieranie rannego od kuli snajpera chłopca, który z uśmiechem na twarzy wita śmierć. Ten sam wyraz twarzy ma w jednej z ważnych scen Fahed. Wzruszająco wygląda też klasa szkolna Faheda, której codziennie bomby zabierają jednego ucznia. Symbolika filmu izraelskiego twórcy w połączeniu z paradokumentalnym ukazaniem zdewastowanego Bejrutu jest bardzo mocnym punktem obrazu.

Łukasz Adamski

 

„PRZESZŁOŚĆ”

28 10 2013 dkf3

Reżyseria Asghar Farhadi

Nowy film twórcy nagrodzonego Oscarem i Złotym Globem „Rozstania”, poruszający dramat psychologiczny, skonstruowany z precyzją najlepszego thrillera, który był jednym z największych odkryć ostatniej edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes.  W rolach głównych – uhonorowana w Cannes nagrodą dla Najlepszej Aktorki Bérénice Bejo (gwiazda obsypanego nagrodami „Artysty”) oraz Tahar Rahim, laureat Europejskiej Nagrody Filmowej i Cezara za występ w głośnym „Proroku”.

Ahmad i Marie nieformalnie zakończyli swój związek cztery lata temu. Po długiej rozłące mężczyzna przylatuje do Paryża, aby ostatecznie podpisać dokumenty i tym samym doprowadzić sprawę rozwodową do końca. Marie potrzebuje tych formalności, aby móc wejść w nowy związek małżeński z Samirem. Spotkanie nabiera dramatyzmu, kiedy Ahmad dowiaduje się, że atmosfera w domu Marie daleka jest od normalności. Z każdą chwilą kolejne tajemnice z przeszłości wychodzą na jaw i odciskają swoje piętno na życiu wszystkich.

„Ależ w lewo, skręć w lewo! Już zapomniałeś?” – to słowa skierowane przez rozwodzącą się Marię do jej męża Irańczyka, który po czterech latach rozłąki przyleciał do Paryża, by zakończyć formalności rozwodowe. Mąż skręca więc w lewo i oboje bez przeszkód docierają do domu Marii, położonego na bogatych paryskich przedmieściach. Jestem pewien, że widzowie nie zwrócą uwagi na tę banalną kwestię z początku filmu, skutkującą równie banalnie dojazdem na miejsce. Ale nie uprzedzajmy faktów. Jeśli w korespondencji z Cannes pozwoliłem sobie „Przeszłość” Asghara Farhadiego ocenić jako najlepszy film tegorocznego festiwalu, to właśnie dlatego, że nas zadziwił. Bo od pierwszych ujęć zdołał zasiać obawę, że będzie to film nudny i o niczym. Od początku wiemy, jaki jest powód przyjazdu Ahmada. Gdy więc widzimy, że rozwodząca się żona traktuje męża życzliwie i bez pretensji, to zastanawiamy się, czy nie uciec od razu z kina, bo cóż tu się może zdarzyć godnego uwagi?

Tymczasem mistrzostwo dramaturgiczne scenariusza (Farhadi sam go napisał) polega na tym, że nadchodzące zdarzenia, ciągle banalne i powszednie, potrafią niesłychanie zdynamizować stosunki między piątką bohaterów (może słuszniej zredukować byłoby tę liczbę do osób czterech, bo piąta, samobójczyni, pogrążona jest w śpiączce i na dobrą sprawę nie wiemy, czy jeszcze żyje). Mogłoby się wydawać, że Farhadi zbuduje napięcie na jedynym wątku niebanalnym, raczej wyjątkowym: na różnicy etosów irańskiego i francuskiego. Otóż nie! Reżyser szczegółowo wyjaśnia, jak bardzo się bronił przeciw pokusie lansowania konfliktów międzynarodowych. „Przykładałem wiele uwagi” – powiedział na konferencji prasowej – „żeby moi bohaterowie nie byli zdefiniowani przez ich sztandar czy narodowość. To sytuacja dramatyczna określa ich postępowanie”. A sytuacja – i to jest główny motyw filmu – to nie tylko teraźniejszość, ale właśnie tytułowa przeszłość. Niezależnie od tego, czy uświadamiamy to sobie, czy nie, owa przeszłość kształtuje nasze dzisiaj.

Jury w Cannes przyznało „Przeszłości” nagrodę aktorską dla Bérénice Bejo (znanej z roli w Artyście Hazanoviciusa). Ale ten dramat zasługiwał na więcej. Farhadi jest niemal jedynym wielkim talentem filmowym ujawnionym w ostatnim dziesięcioleciu. Deszcz nagród posypał się na Co wiesz o Elly?, a jeszcze bardziej na Rozstanie, ale już niemal zapomnieliśmy, że w 2004 Grand Prix Warszawskiego Festiwalu Filmowego otrzymało jego Piękne miasto (Shah-re ziba).

Przyjrzyjmy się poetyce Farhadiego. Programowo unika wykładania kawy na ławę. Raz jeszcze oddajmy mu głos: „W moich filmach bohaterowie wypowiadają się raczej pośrednio. To postawa w mej kulturze częsta i często czynię z niej użytek. Zauważyłem, że we Francji taka postawa przejawia się rzadziej”. Kochanek rozwodzącej się Marii ma synka, Fouada. Matka chłopca złożona jest niemocą, małym musi opiekować się ojciec. To niby oczywiste. Ale już nie jest wcale oczywiste, by Fouad musiał być za to ojcu wdzięczny. To przecież ojciec spowodował odejście chorej z ich życia. Lecz miłość do rodzicielki manifestowana jest właśnie pośrednio. Fouad nie chce wraz z ojcem wysiąść z metra. Albo odpowiada bez sensu na jego pytania.

Podobnie z ubocznym jakby wątkiem Lucie, córki Marii. Ma ona za złe naganne prowadzenie się matki, ale jej dezaprobata wyraża się przede wszystkim pośrednio: w życzliwości dla przybysza z Teheranu. Umyślnie scenarzysta nie zrobił dziewczyny córką Ahmada, ale dzieckiem z jeszcze wcześniejszego związku Marii. Właśnie serdeczny stosunek do niespokrewnionego człowieka wskazuje, że dziewczyna wyżej stawia jasne kryteria moralne niż mityczne związki krwi. Najzupełniej niebanalna jest końcowa scena filmu, wielki plan zwisającej dłoni ludzkiej. Żeby uczynić ją niezapomnianą, Farhadi uciekł się do twierdzenia (może sam je wymyślił?), że ze wszystkich zmysłów człowieka najdłużej trwa zapach. Kiedy inne zmysły ostatecznie już usnęły, ten jeden może jeszcze przywrócić je do życia. Ale nie musi. A jak to się dzieje – tego już nie opiszę. To trzeba zobaczyć.

Jerzy Płażewski, Przeszłość, „Kino” 2013, nr 09, s. 63