dkf

Repertuar Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Powiększenie” – listopad 2014

„CASANOVA PO PRZEJŚCIACH” 03.11.2014 godz. 19.00
„STULATEK, KTÓRY WYSZEDŁ PRZEZ OKNO I ZNIKNĄŁ” 10.11.2014 godz. 19.00
„HOTEL” 17.11.2014 godz. 19.00
„PO ŚLUBIE” 24.11.2014 godz. 20.00

 

„CASANOVA PO PRZEJŚCIACH”

30 10 2014 casanova

Reżyseria John Turturro

Swoimi przebojami – „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać”, „Wszyscy mówią: kocham cię”, „Zakochani w Rzymie”, czy „Co nas kręci, co nas podnieca”, król komedii Woody Allen udowodnił, że jak mało kto potrafi lekko i dowcipnie opowiadać o miłości. Teraz pod jego fachową opieką John Turturro spróbuje sił w najstarszym zawodzie świata i na własnej skórze poczuje… nagi instynkt Sharon Stone.
Murray Schwartz (Woody Allen), właściciel antykwariatu, popada w problemy finansowe. Postanawia namówić przyjaciela – nieśmiałego kwiaciarza Fioravante (John Turturro), na spotkanie ze swoją dermatolog (Sharon Stone). Nie chodzi jednak o zwyczajną wizytę u lekarza, tylko o spełnienie seksualnych fantazji znudzonej życiem pani doktor. Oczywiście za „skromną opłatą”. Fioravante, choć z oporami, zgadza się na propozycję. W końcu czego nie robi się dla przyjaciół w potrzebie? Tak zaczyna się dochodowy biznes dwójki panów, który z dnia na dzień przynosi większe zyski, gdyż sława kochanka do wynajęcia zatacza coraz szersze kręgi. Jednak pewnego dnia, za sprawą Murraya, Fioravante pozna kolejną potencjalną klientkę – Avigal (Vanessa Paradis). To spotkanie odmieni na zawsze życie obojga.
W nowym filmie Johna Turturro sytuacja wyjściowa, która ma dostarczyć komediowej pożywki dla całej opowieści, przedstawia się tak: pracujący w kwiaciarni Fioravante (Turturro) zaczyna dorabiać jako męska prostytutka. Decyduje się na ten krok za namową przyjaciela Murraya (Woody Allen), który chce podreperować budżety obu panów. Interes idzie lepiej niż ktokolwiek by się spodziewał: chętne kobiety dobrze płacą Fioravante, a zadowolony Murray pobiera procent za pośrednictwo.
A może zadanie wykonywane przez Murraya należałoby nazwać po imieniu stręczycielstwem? Te i inne określenia rodem z ponurego dramatu o marginesie społecznym nie pasują do beztroskiego tonu filmu. Jednak używanie wobec bohaterów eufemizmów też nie wydaje się w porządku, bo zdejmuje z nich odium prostytucji – jakby w ogóle nie robili niczego niewłaściwego. I tak właśnie postrzega ich kamera. Ba! Fioravante jest chwilami wręcz dumny ze swoich łóżkowych osiągnięć i nawet ortodoksyjna Żydówka Avigal (Vanessa Paradis) wydaje się szanować jego pracę, stwierdzając, że wnosi on magię w życie samotnych pań.
Może to mało realistyczne podejście, ale nie w takie rzeczy uwierzymy w kinie, jeśli tylko odpowiednio się je nam zaprezentuje. Niestety, Turturro stanął na rozdrożu i chyba sam nie był do końca przekonany co do swojego pomysłu: wszystko jest tu niedopowiedziane, wszystko jest „tak jakby, ale nie do końca”. Fioravante rekompensuje nową pracą złe doświadczenia z przeszłości w relacjach z kobietami, ale jakie doświadczenia – tego się nie dowiemy. Dlatego trudno widzowi znaleźć zrozumienie dla jego procederu. Gdy pojawiają się problemy (a właściwie gdy tak jakby pojawią się problemy), z kamiennej twarzy Turturro trudno wyczytać czy przejmuje się zaistniałą sytuacją. Rozumiem intencje takiej konstrukcji: miało być subtelnie, inaczej niż w mainstreamowej amerykańskiej komedii. Tylko że zamiast subtelnie, wyszło mętnie.
Reżyserowi udało się coś innego – zgromadzić na planie wielu utalentowanych aktorów. W rolach drugoplanowych błyszczą tu Sharon Stone i Sofía Vergara, obie zgrabnie wygrywając swoje emploi obiektów emanujących seksapilem. Liev Schreiber jako chasyd i wielbiciel bohaterki granej przez Paradis, z okoloną pejsami twarzą zbitego psiaka, wzbudza więcej sympatii niż sam Turturro.
No i jest oczywiście Allen, który gra nerwowego, szybko mówiącego nowojorskiego Żyda-intelektualistę, znanego z ekranu od lat. Jego kwestie są najzabawniejsze, a ich wykonanie – najlepsze. Poza tym opiekuje się kilkorgiem czarnoskórych dzieci, które swoim zachowaniem jeszcze podbijają komediową stawkę.

„STULATEK, KTÓRY WYSZEDŁ PRZEZ OKNO I ZNIKNĄŁ”

30 10 2014 stulatek

Reżyseria Felix Herngren

Niezwykła komedia, okrzyknięta przez amerykańskich krytyków nowym „Forrestem Gumpem”, przebojem zdobywająca europejskie kina. Adaptacja bestsellerowej powieści Jonasa Jonassona, która sprzedała się na całym świecie w ponad sześciomilionowym nakładzie.
Zdawać by się mogło, że pełne ekscytujących przygód życie Allana Karlssona dobiegnie końca w domu spokojnej starości. Nic bardziej mylnego – bohater, pomimo setki na karku, wciąż cieszy się doskonałym zdrowiem. Podczas, gdy personel szykuje dla niego wielkie przyjęcie urodzinowe, Allan wyskakuje przez okno i brawurowo ucieka z ośrodka, inicjując serię zabawnych i zaskakujących zdarzeń. Walizka pełna pieniędzy, banda motocyklistów, słoń-cyrkowiec, angielski gangster-choleryk, najbardziej flegmatyczny policjant świata – dla przeciętniaka każdy z elementów tej osobliwej wycieczki stałby się przygodą życia. Ale nie dla Allana, który odegrał kluczową rolę w najważniejszych wydarzeniach XX wieku. Podróżując po całym świecie i wykonując tajne misje, zawarł, między innymi, znajomość z generałem Franco, Stalinem, prezydentami USA Trumanem i Reaganem, Michaiłem Gorbaczowem oraz niezbyt lotnym bratem-bliźniakiem Alfreda Einsteina.

„Wesołe jest życie staruszka” – śpiewał Wiesław Michnikowski w Kabarecie Starszych Panów Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory. Gdyby obejrzeli film Feliksa Herngrena, pewnie ta piosenka zaczynałaby się od słów: „Przygodowe jest życie staruszka”. Szwedzki reżyser przypomina bowiem, że z dynamiczną akcją rymuje się nie tylko młodość i wspomagana efektami komputerowymi sprawność fizyczna, a charyzma bohatera filmowego niewiele ma wspólnego z wiekiem. W Hollywood obecność wiekowych postaci w kinie akcji ma związek ze starzeniem się gwiazdorów filmowych i brakiem ich godnych następców. Najlepszym przykładem w tej materii jest seria „Niezniszczalni”, firmowana przez sztucznie wygładzone oblicza herosów sprzed lat: Sylvestra Stallone’a, Arnolda Schwarzeneggera czy Dolpha Lundgrena. Kino europejskie robi więcej miejsca dla starszych bohaterów, tu warto wspomnieć drugą skandynawską premierę z maja, czyli „Seks, narkotyki i podatki” Duńczyka Christoffera Boe, gdzie bohaterowie mają grubo po pięćdziesiątce, a aktorzy, grający główne role, zostali postarzeni.
Tytułowy stulatek w filmie Herngrena, Allan Karllson, jest pensjonariuszem w domu spokojnej starości, która, jak się szybko okazuje, taka znów spokojna nie będzie. W dniu urodzin Allan pod wpływem impulsu wychodzi przez okno i wyrusza w świat. Po drodze niechcący zabiera walizkę z cenną zawartością, należącą do gangu przestępczego, co uruchamia typową dla kina akcji lawinę zdarzeń, w której pojawi się broń, wielka kasa, a nawet uwolniony z cyrku słoń. W nową przygodę Allan wplata opowieść o swoim życiu – pełnym przypadkowych spotkań z kluczowymi postaciami XX wieku. Skojarzenie z Forrestem Gumpem jest tu jak najbardziej na miejscu.
Szwedzki stulatek przypomina trochę kulkę w automacie do gry, przesuwaną po planszy bez swojej woli i nie mającą wpływu na kierunek ruchu. Podobne wrażenie robi scenariusz pisany przez Herngrena oraz Hansa Ingemanssona (na podstawie powieści Jonasa Jonassona). To kolorowy automat, który – pozornie – bez reguł i zasad serwuje widzom szereg atrakcji. Przypadkowość jest jednak chwilowa, bo z rozwojem akcji ujawnia się precyzja narracyjno-dramaturgicznych sztuczek twórców. W tej rozgrywce nie ma elementów niepotrzebnych ani ozdobników – akcja filmu rozpędza się aż do godnego zwieńczenia. Jednocześnie scenarzyści zadbali, by pierwszoplanowi bohaterowie mieli nie tylko przygody, ale i osobowość, dzięki czemu identyfikacja widza z kilka razy starszym od niego Allanem jest szybka i niezauważalna. Zabawne są obserwacje szwedzkiej codzienności – kraju, gdzie jest taki dobrobyt, że starcy umierają głównie z nudów, gang wyglądający na neonazistów ma na kurtkach antyfaszystowskie hasło Never again (Nigdy więcej), a policja nie ma co robić.
„Stulatek…” jest świetnie wyważoną mieszanką akcji, komedii, rzemiosłem na świetnym poziomie, dowodem na to, że inteligencja w kinie jest ważniejsza od budżetu i efektów specjalnych, które w filmie Herngrena są zresztą prawie niezauważalne.
Ola Salwa, Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął, „Kino” 2014, nr 07-08, s. 87

„HOTEL”

30 10 2014 hotel

Reżyseria Lisa Langseth

Oto naprawdę zwariowany komediodramat klimatem nawiązujący do słynnego filmu Sophii Coppoli „Między słowami”. Perfekcyjna w każdym calu – to określenie idealnie pasuje do Eriki. Jest piękna, odnosi sukcesy w pracy, ma wokół siebie mnóstwo przyjaciół, wspaniałego partnera i spodziewa się dziecka. Jest doskonale przygotowana na jego narodziny: kupiła wszystkie niezbędne sprzęty, zaplanowała poród co do minuty, a także szczęśliwe macierzyństwo. Los jednak chciał inaczej: po przedwczesnym porodzie przychodzi na świat chore dziecko, a Erikę dopada wyjątkowo ciężka depresja poporodowa. Kobieta szuka pomocy na terapii grupowej prowadzonej, gdzie poznaje dziwaków i wariatów.
„Hotel” Lisy Langseth oferuje ryzykowne połączenie dramatu psychologicznego z gorzką komedią. Wbrew pozorom nie jest to konwencja niemożliwa do wygrania. Mistrzami takich karkołomnych kombinacji są choćby „niezależni” Amerykanie w rodzaju Aleksandra Payne’a. Kinematografia skandynawska również obfituje w filmy, których autorom udało się zbalansować te dwa stylistyczne bieguny. Langseth nie znajduje jednak kompromisu między chorobliwą depresją a leczniczym śmiechem.
Początek jest zdecydowanie posępny. Erika (Alicia Vikander) i Oskar (Simon J. Berger) to młode małżeństwo z kompletem asów w talii. Do pełni szczęścia brakuje im tylko dziecka – to jednak jest już w drodze. Rodzicielstwo zaplanowali w najdrobniejszym szczególe: od przygotowania pokoiku dziecięcego i niezbędnych sprzętów, po podjęcie z wyprzedzeniem decyzji o cesarskim cięciu. Poród przebiega jednak niezgodnie z grafikiem, dziecko rodzi się chore, zaś Erika nie czuje przypływu macierzyńskiej miłości. Wręcz przeciwnie – zamyka się w sobie, unika kontaktu z mężem i noworodkiem, wpada w depresję.
Langseth bierze na warsztat ciekawy problem: pokutujący w kulturze imperatyw macierzyństwa. Kobieta jest przecież rzekomo stworzona do tego, by być matką. Jeśli na widok pyzatej twarzyczki świeżo narodzonego potomka jej niespodziewanie pusty brzuch automatycznie nie wypełnia się motylami, to zasługuje ona jedynie na potępienie. Jako matka, jako kobieta, jako człowiek. Zaraz, zaraz, mówi jednak reżyserka, stając w obronie swojej bohaterki i zapewne setek podobnych jej osób. Ta defensywa jest skuteczna nawet mimo niedostępności głównej bohaterki. Erika pozostaje zamknięta i wycofana niemal przez cały film, lecz w jego początkowych partiach reżyserka oraz Vikander bez wysiłku zyskują naszą empatię.  Dalej Langseth nie jest już jednak tak przekonująca. Erika zaczyna uczęszczać na spotkania grupy wsparcia, na których paradoksalnie o wsparcie trudno. Trafia za to na grupę podobnych sobie ludzi, którzy postanawiają wspólnie okiełznać swoje neurozy. Reżyserka pozostaje sceptyczna wobec takiego aktu samopomocy i motywującej go nieufności wobec instytucji.
Dużo ciekawsza okazuje się nieco wcześniejsza scena samotnego wypadu Eriki do baru, gdzie dobre wychowanie i społeczne konwenanse wymuszają na niej nieszczerość. Przypadkiem wyznaje nieznajomej ciężarnej kobiecie, że sama jest matką, i, zmuszona do kłamania o własnym szczęściu, znajduje w tym fałszu nieoczekiwany komfort.
Jakub Popielecki 28 sierpnia recenzja kinowa „Hotel”

„PO ŚLUBIE”

30 10 2014 poslubie

Reżyseria: Jana Hřebejka

Małe, czeskie miasteczko wypełnia się dźwiękiem dzwonów kościelnych. Tereza ma na sobie piękną, białą suknię. Radim w dobrze skrojonym garniturze wygląda jak książę z bajki. Lato jest w pełni. Wszystko zapowiada, że młodą parę czeka najszczęśliwszy dzień w życiu. Wreszcie mają to z głowy – wzdycha siostra panny młodej. W odpowiedzi słyszy jednak: Przecież dopiero teraz się zacznie. Wraz z tymi słowami w słoneczny dzień wkrada się cień. W relacjach między bohaterami długo oczekiwanej ceremonii zaczyna kiełkować niepokój. Ziarno niepewności zasiewa dziwny, ubrany na czarno mężczyzna. Jest obcym, którego ewidentnie należy się bać. Nikt go nie zna. Pan młody twierdzi, że go nie pamięta, choć tajemniczy Jan Benda utrzymuje, że jest jego szkolnym kolegą. Niechęć otoczenia nie odwodzi niechcianego gościa od wspólnego ucztowania i beztroskiej zabawy z dziećmi. Jego uporczywa obecność sprawia jednak, że weselna atmosfera napina się jak struna, która nie chce pęknąć. Wszystko się zmienia, kiedy panna młoda odkrywa prezent, jakim osobliwy mężczyzna postanowił obdarować ją i jej męża. Czy otwiera wówczas puszkę Pandory? Czy nowa droga życia państwa młodych, zamiast różami, będzie usłana nieszczęściami?
Zdaje się, że Janowi Hřebejkowi skończyły się pokłady wyrozumiałości. Dotąd był najbardziej pobłażliwym z najlepszych europejskich reżyserów: nigdy nie rozliczał swych bohaterów, nie wystawiał im cenzurek, starał się rozumieć. Opowiadał o małych grzeszkach swoich postaci, jednocześnie odpuszczając im winy. Ale w „Po ślubie” (tak jak w dziewięć lat wcześniejszym „Na złamanie karku”) nikogo już nie rozgrzesza. Opowiada  o hipokryzji będącej fundamentem międzyludzkich relacji i o życiowej sielance skrywającej mroczne tajemnice. Nie usłyszymy tu komediowych tonów obecnych dotąd w większości obrazów Hřebejka . Bo „Po ślubie” bliżej jest do surowej „Uroczystości” Vinterberga czy też „Melancholii” von Triera aniżeli krzepiącego”Niedźwiadka” czy „Musimy sobie pomagać”.
Kamera z góry obserwuje weselną karawanę samochodów. Za białym kabrioletem państwa młodych ciągnie się sznur aut. Są zaślubiny, stukanie kieliszkami i radosne melodie grane przez weselnych muzyków. Wszystko ulega zmianie, gdy do wiejskiego domku, w którym odbywa się weselna impreza, przybywa On (Jiří Černý). Obecność mężczyzny w czarnym garniturze i ciemnych okularach burzy sielską atmosferę uroczystości. Nikt go nie rozpoznaje, nikt nie wie, dlaczego znalazł się wśród weselnych gości ani co zrobić z jego niespodziewaną obecnością…
Nie wiedzą tego także widzowie, bo Hřebejk bardzo uważnie dozuje informacje, utrzymując publiczność w niepewności. Od pierwszych minut buduje w ten sposób atmosferę niepokoju. Za pastelowo-gładkimi obrazkami weselnej imprezy kryje się bowiem tajemnica. Nawet jeśli nie zostaje nazwana, na ekranie czuć jej obecność. Czerń i biel, światło i mrok – w napięciu między nimi Hřebejkbuduje swój film. Weselna biel skontrapunktowana zostaje czernią stroju tajemniczego przybysza, podczas gdy na łące goście grają w piłkę lub niewinnie pluskają się w jeziorze, w ciemnej piwnicy dzieci brutalnie wymierzają sobie niesprawiedliwość…
Hřebejk po raz kolejny udowadnia, że jest wybitnym znawcą reżyserskiego rzemiosła, który bezbłędnie panuje nad rytmem i potrafi łączyć ze sobą zupełnie różne filmowe faktury. Mimo że „Po ślubie” zapowiada się na lekką rodzinną komedię, bardzo szybko przeradza się w pełnokrwisty psychologiczny dramat o tajemnicach z przeszłości i złu, które bezskutecznie domaga się zadośćuczynienia.
Fabularny schemat filmu Hřebejka przywodzi skojarzenie z „Funny Games” i „Borgmanem”. I  choć czeski reżyser stawia podobne diagnozy na temat społeczeństwa co Haneke i van Warmerdam, wygłasza je zupełnie innym głosem. W „Po ślubie” nie usłyszymy wieszczych tonów ani  rewolucyjnych nawoływań. Hřebejk atakuje hipokryzję społeczeństwa, ale robi to bez złudzeń, że cokolwiek da się zmienić, że można przerwać zaklęty (bo bardzo wygodny) krąg kłamstw i pustych społecznych rytuałów.  Być może właśnie przez to jego film okazuje się tak poruszający i smutny. Bartosz Staszczyszyn 17 lipca 2014 recenzja kinowa „Po ślubie”