07 02 2013 dkf mini

Czerwcowe propozycje Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Powiększenie”.

„ZAMIESZKAJMY RAZEM” 03.06.2013 godz. 19.00
„CRISTIADA” 10.06.2013 godz. 19.00
„NIE MA TEGO ZŁEGO” 17.06.2013 godz. 19.00
„WEEKEND Z KRÓLEM” 24.06.2013 godz. 19.00


„ZAMIESZKAJMY RAZEM”

27 05 2013 zamieszkajmy

Scenariusz i reżyseria Stéphane Robelin

Niezależna Jeanie, grzeczna i układna Annie, sybaryta Albert, wieczny aktywista Jean oraz kobieciarz Claude przyjaźnią się od ponad czterdziestu lat. Mając na względzie swój podeszły wiek i wszystkie niedogodności, które się z nim wiążą, postanawiają zamieszkać razem. W ten sposób chcą się uchronić przed przymusową rozłąką i domem starców, gdzie byliby samotni i zdani na łaskę obcych osób. Wierzą, że razem są silniejsi i mogą sobie pomóc, kiedy nastaną ciężkie chwile. Z seniorami zamieszkuje student antropologii, który prowadzi badania na temat starości…

Stéphane Robelin dowcipnie i lekko pokazał w swoim filmie niełatwy temat, jakim jest jesień życia. Powstała pokrzepiająca, ciepła i bardzo zabawna komedia o radości życia oraz o tym, że młodym można się czuć bez względu na wiek. Siłą „Zamieszkajmy razem” jest humor oraz brawurowe aktorstwo gwiazd światowego kina – Jane Fondy, Geraldine Chaplin, Pierre’a Richarda, Claude’a Richa, Guya Bedosa oraz Daniela Brühla.


„CRISTIADA”

27 05 2013 cristiada

Reżyseria Dean Wright

„Cristiada” w reżyserii Deana Wrighta to najdroższa produkcja w historii kina meksykańskiego z gwiazdorską obsadą (m.in. Andy Garcia, Eva Longoria i Peter O’Toole). Film opowiada o powstaniu meksykańskich katolików nazywanym Cristiadą (Krucjatą) przeciwko ateistycznej tyranii rewolucyjnych władz Meksyku w latach 1926–1929.

Premiera filmu odbyła się 20 marca 2012 roku w papieskim Instytucie Patrystycznym Augustinianum w Watykanie. Producentem tego pełnego akcji obrazu jest Meksykanin Pablo Jose Barroso, odpowiedzialny m.in. za głośny film „Guadalupe”.

„Cristiada” opowiada historię pięciu zwykłych ludzi (większość z nich to postaci autentyczne), którzy stają w obronie swoich praw – powiedział reżyser Dean Wright w wywiadzie dla CNA. – W końcu trafiają w sam środek wojny domowej, gdzie muszą zdecydować, czy i jak daleko pójść, by walczyć o swoją wolność. Muszą zdecydować się na podjęcie największego ryzyka dla dobra swoich rodzin, wiary i przyszłości swojego kraju – dodał reżyser, który pracował przy takich obrazach jak „Władca Pierścieni” czy „Opowieści z Narnii”.

Główną rolę w obrazie gra hollywoodzki aktor i reżyser Andy Garcia, który wciela się w postać Enrique Gorostiety Velarde, przywódcy „chrystusowców”. – Jego celem jest przywrócenie praw religijnych ludowi. Choć generał ma niewielkie szanse w walce ze wszechwładnym i bezwzględnym prezydentem Plutarco Callesem, to jednak ludzie, których spotyka na swej drodze, młodzi idealiści, zadziorni renegaci, a przede wszystkim jeden, niezwykły nastolatek imieniem Jose, uświadamiają mu, że odwaga i wiara mogą narodzić się nawet wtedy, gdy już nie można liczyć na sprawiedliwość – podkreślił reżyser.

W obrazie występuje również legenda kina Peter O’Toole, który wciela się w postać księdza Christophera, oddającego życie w obronie wiary. Warto dodać, że aktor bierze udział tylko w produkcjach kinowych najwyższej klasy. Podobnie jak Eva Longoria, odtwórczyni roli żony generała Gorostiety, Tulity.

Film opowiada historię prześladowań, jakich doświadczyli katolicy w lewicowym Meksyku. W 1926 roku prezydent Meksyku, Plutarco Elias Calles, zaczął wprowadzać antyklerykalne przepisy uderzające w Kościół katolicki. Calles był masonem i socjalistą nazywanym „antychrystem”. Za jego rządów zamknięto szkoły katolickie i większość kościołów oraz zarządzono przymusową rejestrację wszystkich księży. W odpowiedzi powstała „Krajowa Liga Obrony Wolności Religii”, która zorganizowała akcję obywatelskiego nieposłuszeństwa polegającego m.in. na bojkocie wszystkich państwowych przedsiębiorstw i instytucji. Dwa miliony Meksykanów podpisały petycję do władz z żądaniem anulowania antykatolickich zapisów konstytucji.

Wówczas wybuchło powstanie, które przeszło do historii pod nazwą cristiady, a jej uczestnicy zasłynęli jako cristeros, czyli chrystusowcy. W ciągu kilku lat w walce z socjalistami zginęło ok. 90 tysięcy ludzi. Jednym ze sportretowanych w „Cristiadzie” postaci jest José Luis Sánchez del Río. W chwili śmierci w 1928 r. miał niecałe 15 lat. Był żołnierzem armii powstańczej w stanie Michoacán. Bronił się do wyczerpania amunicji, a następnie dostał się do niewoli podczas potyczki z wojskami rządowymi, gdy odstąpił swojego konia dowódcy cristeros, gen. Prudencio Mendozie. Został wtrącony do więzienia w rodzinnej miejscowości. Gdy nie chciał przejść na stronę rządową i zaprzeć się wiary, młodego cristero poddano torturom – zdarto mu nożem skórę ze stóp i pędzono na piechotę na miejscowy cmentarz, gdzie został powieszony i dobity strzałem z pistoletu. Pytany przez oprawców, co mają powtórzyć jego rodzicom, odpowiedział: „Niech żyje Chrystus Król! I że się spotkamy w niebie!”. José Luis Sánchez del Río został beatyfikowany przez Benedykta XVI w 2005 r.

 

„NIE MA TEGO ZŁEGO”

27 05 2013 niema

Reżyseria Mikkel Munch-Fals

Cztery zagubione dusze i cztery zupełnie inne rodzaje samotności. Każda z nich podszyta strachem i iluzją. Ingeborg ubolewa, że wiek zniszczył jej atrakcyjność. Siedząc w sterylnym wnętrzu swojego mieszkania, szuka w myślach choćby jednej osoby, do której mogłaby się odezwać. Jej córka Anna nie może pogodzić się z utratą jednej piersi; wraz z nią straciła także pewność siebie i ochotę na seks. Chce znowu czuć się pożądana, wybiera więc najprostszą drogę: porno. Anders obnaża się przed kobietami, co rujnuje jego życie kawałek po kawałku. Kiedy szuka pomocy u seksuologa, jego syn Jonas, chłopiec o aparycji cherubina, nie wybrzydza wśród potencjalnych klientów. Godzi się na wszystkich – kobiety, mężczyzn, starych, młodych, pary… To jego sposób na samodzielność. Wszyscy są na swój sposób samotni, wszyscy pragną miłości i bliskości. Życie bywa boleśnie śmieszne, więc w końcu ich ścieżki zejdą się w najbardziej nieoczekiwanym dla nich miejscu.

(…) Pokrętność losów ludzi samotnych okazuje się więc ostatecznie zdumiewająca, ale zdaje się, że nie o samą prezentację tychże chodzi. Reżyser idzie krok dalej, próbuje odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: czy ci ludzie są do uratowania? Czy wmanewrowani przez obiektywne czynniki w przekleństwo samotności – mają szansę, by się z niej wydobyć? Czy jest na świecie ktoś, kto może im pomóc? Odpowiedź jest zaskakująca: nikt – jeżeli oczywiście pominiemy Boską Opatrzność – nie jest tym ludziom potrzebny. Rychło okazuje się, że sami pomagają sobie wzajemnie. Bodźcem, tym czymś, co skłania ich do działania, jest świadomość własnej ułomności. Jest poczucie niepełnej przydatności społecznej. Oglądamy w tym filmie szczególny układ mozaikowy. Tworzą go ludzie poniżeni, przegrani, świadomi swego nieszczęścia, pozbawieni pewności siebie. Szukający kogoś, kto gotów byłby wyciągnąć do nich pomocną dłoń. Są penitentami, gotowi do pokuty za wszystko, co im się w życiu nie powiodło, co sami w nim popsuli. Paradoks tego układu polega jednak na tym, że pomoc przychodzi od ludzi, którzy sami owej pomocy potrzebują. Czyli licząc na dobrodziejstwo ze strony bliźnich, trzeba samemu stać się ich dobroczyńcą, w przeciwnym razie traci się moralne prawo do ich pomocy, a wołanie o ratunek staje się jedynie aktem natarczywości Anders nigdy nie angażowałby się w pomoc dla Ingeborgi, gdyby nie poczucie własnej niepełnowartościowości. Gdyby nie poczucie winy, byłby przekonany, że zasługuje na kobietę znacznie młodszą, bardziej atrakcyjną, olśniewającą. Ale on bierze poprawkę na własne kalectwo. Otóż tak się dzieje we wszystkich czterech przypadkach. Cała czwórka występuje jednocześnie z tą samą inicjatywą, świętuje Boże Narodzenie starając się stworzyć namiastkę prawdziwej rodzinnej serdeczności. Czy to się uda? Tego nie wiemy, ale inna szansa nie będzie im dana.

Czy ten mozaikowy obraz społeczeństwa jest pełny? Czy wspiera sam siebie? Może niekoniecznie. Z informacji prasowych wynika, że Munch-Fals jest nie tylko filmowcem, lecz także scenarzystą. Więc może pisarzem? Gdyby tak było, powinien w gruncie rzeczy – zwyczajem wszystkich ambitnych pisarzy – dążyć do ukazania świata w całej jego wieloznaczności, postrzegając jego sprzeczności, paradoksy, potencjalne absurdy. I tak się właśnie dzieje! Myślą przewodnią filmu jest pokazanie, że wykolejeńcy, przy pewnym łucie szczęścia, mają jakąś szansę – niezbyt dużą, to prawda – powrotu na łono normalności. Ale bywa też odwrotnie: osobnik całkowicie zanurzony w normalność może zostać niespodziewanie dla samego siebie, bez wyraźnego powodu, mocą własnej lekkomyślności, wykatapultowany w obcy świat, w którym – jak mówi Pismo – królować będzie płacz i zgrzytanie zębów.

Właśnie taki sens ma konstrukcja ramowa filmu, dwie odrębne sceny nie łączące się nijak z fabułą. W pierwszej widzimy człowieka eleganckiego i rozsądnego, który niemalże stracił żonę w wypadku samochodowym. Jest roztrzęsiony, nie potrafi opanować płaczu, ale pocieszenia szuka u prostytutki. Ten tajemniczy osobnik znika następnie z ekranu, potem powraca w scenie ostatniej, świętuje Boże Narodzenie z żoną i dwojgiem dzieci. I wszystko wygląda tam tak, jak gdyby płacz i zgrzytanie zębów właśnie przejmowały nad nimi władzę. Wychodzi na to, że świat, mimo wszystkich swych wygibasów, ma jednak konstrukcję symetryczną. Jan Olszewski, Nie ma tego złego, „Kino” 2012, nr 7-8

„WEEKEND Z KRÓLEM”

27 05 2013 weekend

Reżyseria Roger Michell

Niezwykły romans za kulisami wydarzeń, które zmieniły bieg Drugiej Wojny Światowej. Pełna subtelnego dowcipu historia miłosna Daisy (trzykrotnie nominowana do Oscara Laura Linney), dalekiej kuzynki Franklina Delano Roosevelta (kolejna wirtuozerska kreacja Billa Murraya po nominacji do Oscara za „Między słowami”), której skrywana zażyłość  z prezydentem wychodzi na jaw w trakcie pierwszej w historii amerykańskiej wizyty brytyjskiego monarchy Jerzego VI (Samuel West, znany z „Notting Hill” oraz „Powrót do Howard’s End”) i królowej Elżbiety (Olivia Coleman, znakomita jako córka Margaret Thatcher w „Żelaznej Damie”), wcześniej błyskotliwie sportretowanych przez Colina Firtha i Helenę Bonham Carter w oscarowej komedii „Jak zostać królem”.

(…) „Weekend z królem” jest przykładem znakomitej roboty reżyserskiej. Bohaterowie – pełnokrwiści i wielowymiarowi, choć portrety brytyjskiej pary królewskiej często zatrącają o satyrę. Nieśmiały, marudny król nie ma nic wspólnego z Jerzym VI, którego znamy z kronik historycznych czy z filmu „Jak zostać królem”. Był wprawdzie nieśmiały, ale silny, skutecznie walczył z wadą wymowy i dzielnie podtrzymywał Brytyjczyków na duchu podczas londyńskiego Blitzu. Albo jego małżonka Elżbieta: w rzeczywistości nie było w niej nic z kłótnicy i hetery, wręcz przeciwnie, znana była z taktu i łagodnego usposobienia. Film pełen jest zabawnych scen, takich jak piknik z hot dogami, nowinka, która nie dotarła jeszcze do Londynu, więc król nie bardzo radził sobie z fast foodem. Albo zderzenie stylu życia nad Hudsonem i nad Tamizą, kiedy Jerzy VI dziwi się niepomiernie: „Prezydent mieszka w domu matki, żona w swoim własnym domu, w dodatku Franklin prowadzi takie bujne życie towarzyskie”. Z pewnością podczas prawdziwej wizyty nie brakowało konfrontacji charakterów i stylów życia, jednak wiele scen filmowych trzeba między bajki włożyć. Reżyser najwyraźniej chciał ubarwić film, dodać mu humoru. Jednak prawdziwe czy nie, dialogi są zajmujące i zabawne, a gra aktorska – zwłaszcza Billa Murraya – po prostu rewelacyjna! Zagrał rolę Roosevelta brawurowo i z fantazją. Tak, często szarżuje, ale robi to w taki sposób, że trudno się wykłócać o prawdę historyczną! A dla Laury Linney rola Margaret Suckley to na pewno jedna z ról życia.

Elżbieta Królikowska-Avis, Weekend z królem, „Kino” 2013, nr 03, s. 68-69