dkf

„UPROWADZONA ALICE CREED”

20110309 alice

Reżyseria J Blakeson

„Nie potrzebuję zbędnych szczegółów!” – krzyczy jeden z porywaczy do uprowadzonej dziewczyny, kiedy ta nagrywana jest kamerą wideo, aby swoją wypowiedzią przekonać ojca do spełnienia finansowych żądań porywaczy. Dziewczyna zaczyna jednak opowiadać o okolicznościach, w których została uprowadzona, a to wyraźnie porywaczowi się nie podoba. Wymaga tylko konkretu.
Na podobnej zasadzie zbudowany jest cały film – obiecujący debiut angielskiego scenarzysty ukrywającego się pod pseudonimem J Blakeson. Żadnych zbędnych ozdobników czy atakowania widza eksplozją słów i obrazów. Zaintrygować i racjonalnie dawkować napięcie, a w międzyczasie zaskakiwać, zmieniać nastawienie oglądającego do przedstawianych bohaterów – oto dewiza, którą zdaje się kierować Blakeson w „Uprowadzonej Alice Creed”.
Blakeson rezygnuje z metody szokowania sadystycznymi scenami przemocy; bardziej interesuje go psychologiczna gra, która rozegra się pomiędzy trójką bohaterów w ciasnym pomieszczeniu. O przeszłości całej trójki dowiadujemy się ze strzępów rozmów. Starszy Vic i młodszy Danny znają się z więzienia; po wyjściu na wolność postanowili urządzić się na całe życie, porywając dla okupu córkę zamożnego biznesmena.
Co ciekawe, największą siłą tego filmu nie jest wcale intryga kryminalna, lecz ludzki wymiar historii. Bardzo często padają w filmie słowa „kocham cię”. Bohaterowie wykorzystują je jako element gry między sobą. Kiedy na szali znajduje się stawka w wysokości dwóch milionów funtów (okup za dziewczynę), wszelkie szczere uczucia schodzą na dalszy plan. „Skup się na robocie, nie myśl!” – wykrzykuje Vic do zastanawiającego się Danny’ego.
Sam autor przyznaje w wywiadach, że tak skąpe kino może istnieć jedynie dzięki odpowiednim odtwórcom ról. Eddie Marsen w roli kipiącego nerwami Vica potwierdza swoją wysoką klasę jako brytyjski aktor charakterystyczny (np. pamiętny kierowca neurastenik w „Happy-go-lucky” Mike’a Leigh). Niemiła postać, w której Marsenowi udało się „przemycić” ciepło (tak!) to nie lada wyczyn. Z kolei Martin Compston („Sweet Sixteen” Kena Loacha) nadaje ekranowemu Danny’emu enigmatyczny wdzięk poprzez swój nie do końca jasno określony stosunek zarówno do Vica, jak i do Alice.
„Uprowadzona Alice Creed” okazał się biletem wstępu do Hollywood dla 24-letniej Brytyjki, Gemmy Arterton. Pomimo oczywistych ograniczeń roli, zwłaszcza w pierwszej połowie filmu  jej Alice to równorzędna partnerka obu porywaczy. Dzieje się tak, ponieważ Blakeson odrzuca klisze w przedstawianiu roli ofiary. Andrzej Dołgowicz „Kino”

 

„AJAMI”

20110309 ajami

Reżyseria Scandar Copti, Yaron Shani

Ajami to miejsce leżące wszędzie i nigdzie, niczym wyjęte z mrocznej opowieści fantastycznej spisanej ręką szalonego literata. Nasze homogeniczne społeczeństwo działa zgodnie z zupełnie innym mechanizmem niż wieloetniczne Ajami, zresztą również nieprzygotowane na multikulturową egzystencję. Wymuszona symbioza Arabów i Żydów, muzułmanów i chrześcijan opiera się jedynie na krzyżujących się interesach, zazębiającym się biznesie.
Dlatego przedstawiona w filmie Scandara Coptiego i Yarona Shaniego historia Omara i Hadir nieubłaganie dąży do wypełnienia schematu Romea i Julii. Być może przebiegnie nieco inaczej, lecz skończy się tragedią, bowiem od uczucia łączącego młodych ważniejsze są więzy rodzinne, religijne, kulturowe. W Ajami mury dzielące wyznanie od wyznania, człowieka od człowieka, nadal są wysokie i niemożliwe do przeskoczenia.
Autorzy „Ajami”, Scandar Copti oraz Yaron Shani, sami pochodzą z różnych środowisk – pierwszy z nich jest Palestyńczykiem wychowanym w Jaffie, drugi to Izraelczyk. Ajami znają więc z autopsji, zresztą do filmu zaangażowali wielu ludzi – nie-aktorów – zamieszkałych tam na stałe, co wzmaga wrażenie autentyzmu, nadaje obrazowi charakter prawie dokumentalny. Z kolei aktorom nie dano nawet do przeczytania całości scenariusza, kazano improwizować.
Niestandardowe metody realizatorskie opłaciły się – „Ajami” w swym brutalnym realizmie osiąga efekt wstrząsający, wywierając wrażenie nie mniejsze niż produkcje południowoamerykańskie, z „Miastem Boga” na czele. Copti i Shani tworzą kino bez upiększeń, porażające prawdziwością, zatopione w ponurej rzeczywistości odrapanych budynków Jaffy. Kreując swoją wizję nie posługują się demagogią czy emocjonalnym szantażem; bezstronnie obserwują, ale nie mogą oprzeć się pokusie opowiedzenia historii w formie i kształcie godnym wielkich dzieł filmowego suspensu. Nadają widowisku znamiona kina gatunkowego, lecz nie pozwalają, by zdominowało ono warstwę znaczeniową.
Bartosz Czartoryski „Kino”

 

„MUZYKA”

20110309 muzyka

Reżyseria Juraj Nvota

Historia w filmie Juraja Nvoty rozgrywa się na przełomie lat 70. i 80. w małym, sennym przygranicznym czechosłowackim miasteczku, którego krajobraz szpecą kolczaste druty i wieże strażnicze. To była istna wieża Babel ludzkich losów, życiorysów ludzi, którzy mieli więcej niż jedną tożsamość
Wyzwolenie od tradycyjnych więzów społecznych przyniosło mu poczucie niezależności – jest wolny jak ptak, co obiecał mu lider przy angażowaniu do zespołu, lecz jednocześnie samotny i nieszczęśliwy. Martin pozbył się swoich dawnych „wrogów wolności” – obsesyjnie zazdrosnej żony, toksycznej teściowej, krytykującej i poniżającej go przy każdej okazji, i wpadającego w autorytarne tony uciążliwego teścia, z którym tak naprawdę nikt w rodzinie się nie liczy. Ucieka także od wrogo nastawionych towarzyszy, z jednej pracy do drugiej, a z czasem do artystycznej twórczości, która przynosi tyleż profitów, co rozczarowań i poczucia niespełnienia. Ucieczka od tych uwarunkowań i przymusów wpędziła go w nowe pułapki. Czy jego wolność i niezależność są identyczne z izolacją i poczuciem wewnętrznej pustki, lęku i bezradności?
Film „Muzyka” na bazie kulturowych stereotypów i klisz podejmuje grę, odwracając konwencjonalne sensy. Poprzez utarte treści, z rozpadowych elementów oczywistych znaczeń, powstają nowe: życie w państwie totalitarnym i jego cyniczni beneficjenci; radzieccy towarzysze częstujący innych „texas-tea”; rozpad tradycyjnych instytucji społecznych i pułapki nowych; miłość i wyzwolona zmysłowość, które prowadzą Martina donikąd; starcie artystycznych charakterów – swoisty styl życia jazzmana i jego „fuzja” z szalonym i niedojrzałym rockmanem, a także z tzw. komercją, obrotnym, zakłamanym liderem i przekupnym aparatczykiem; wreszcie Zachód, jako idealne miejsce ucieczki do wolności, którym gardzi bohater, wybierając z miłości małą wojskową bazę na Wschodzie. Płaszczyzny te przenikają się i łączą, jako nowe formy obyczajowości, nowy typ emocjonalności, nowa estetyka. To właśnie klisze wywołują emocje, bez których wydaje się niemożliwa „komunikatywność” filmu. Jednak bez takich utartych znaczeń trudno o zrozumienie i rozwój sztuki. „Muzyka” jest w istocie opowieścią o odnajdywaniu na nowo sensów i stałych powrotach do naszych kulturowych korzeni. Alicja Sikoń, „Kino”